Pan Czesław Szczepaniak Poeta, pisarz i dziennikarz urodził się 23 czerwca1954 r. w Grójcu. Wydał 154 książki, w tym 143 nakładem własnym. Jego teksty ukazały się w 30 almanachach/antologiach. Poza tym był 109 razy laureatem konkursów literacko-dziennikarskich. Publikował w ponad 150 tytułach prasowych. Uprawia małe formy literacko-dziennikarskie.

Wiele utworów poświęcił Wleniowi, w którym spędził wiele lat swojego dzieciństwa, lecząc się w sanatorium „Na Leśnym Dworze”. Ludzie, których wówczas spotkał, zafascynowali go tak bardzo, iż mimo to, że od wielu lat mieszaka na warszawskim Ursynowie pamięć o nich w sercu zachował na zawsze.

Miastu i jego mieszkańcom zadedykował między innymi. „Zapiski wleńskie” „Balladę o Michale z Kasztelanii Wleńskiej”, „Z listów Michała Fludra”, „Wspomnienia wleńskie”, „Okno pejzażowe okolic Kwitnącej Jabłoni i Kasztelanii Wleńskiej”, „Glosariusz wleński”. „Alfabet z listów i kartek od Michała Fludra”. A ostatnio „Zapisz jako Wleń

Dzisiaj publikujemy pierwszy rozdział kolejnego cyklu wspomnień poświęconych naszej miejscowości który przeniesie nas w sentymentalną podróż do czasów dawno minionych, gdy czas płyną wolniej, ludzie byli sobie bardziej życzliwi a miasto piękniejsze.

Cykl nosi tytuł „Na miarę Wlenia”.



Wleńska „Jutrzenka”

W latach 60 XX w., kiedy to przebywałem w sanatorium dziecięcym PKP „Leśny Dwór”, oglądaliśmy filmy w czarno-białym telewizorze, w południowym skrzydle obok łącznika. W świetlicy. A raz, pamiętam, zabrano nas na rynek, do kina „Jutrzenka” – co było naprzeciwko Ratusza. Wchodziło się do niego po drewnianych schodach. Tu były też pomieszczenia sekcji szachistów Pogoni Wleń. Pamiętam, bo często wychowawca pan Wacław Łazarewicz zabierał mnie „na barana”, żebym pograł sobie w szachy. A następnie znikał i powracał za kilka godzin, miał spoconą twarz i w jego włosach czułem zapach damskich perfum.

Grupą poszliśmy na radziecki film Ogniste wiorsty (Ogiennyje wiersty), w reżyserii S. Samsonowa, z roku 1958, dozwolony od 14 lat. Pamiętam, że mijaliśmy w gablocie plakat: ręka w kształcie skrzydła, kciuk naciskający na spust karabinu maszynowego. Z lufy wylatuje pocisk z czerwoną plamką. Po latach sprawdziłem i dzięki temu wiem, że anons wykonał Franciszek Starowieyski.

To był film wojenny. Co rusz było to urrra! urrra! Liczba mnoga, bo osoba pojedyncza nic nie znaczy. Kino było prawie puste i zimne. Krzesełka skrzypiały. Podłogi były wypaczone. Gdyby nie dzieciaki z „Leśnego Dworu”, pewnie nie odbyłaby się projekcja, choć kto tam wie. Siedzieliśmy w przyciemnionej sali i byliśmy bardzo pokojowo nastawieni. Ani nam było w głowie, żeby kogoś zabić. Naumyślnie bawiliśmy się w wojnę, ale nie taką, jaką pokazywano na dużym ekranie. W kinie we Wleniu. Film był pełen krzyków, wybuchów i złych Niemców. Trup słał się pokotem. Rosjanie parli do przodu i ogniem niszczyli wszystko, co stawiało opór. Oczywiście, że nie wiedziałem o tym, że wiorsta to tyle, co 1066 metrów.

Z kina wyszliśmy na dwór nieco oszołomieni. Po drodze do „Leśnego Dworu” ochłonęliśmy. O tym batalistycznym filmie nikt nie rozmawiał. I to była moja jedyna wizyta w kinie „Jutrzenka”. Dziwna nazwa instytucji kulturalnej, bo leksykalnie rzecz biorąc, jutrzenka to: 1. «jasność poprzedzająca ukazanie się słońca na horyzoncie», 2. Jutrzenka «planeta Wenus widoczna nad horyzontem przed wschodem słońca».

A swoją drogą, jakim prawem się znalazłem na seansie filmowym, skoro miałem 12 lat, a film był od lat 14?

Sprawa przedawniona jak śniegi sprzed lat, tj. z PRL-u. Z dzieciństwa.

Dawne małe kino, w którym można było się wymościć w głębokim fotelu i odbyć podróż dookoła marzeń, oderwanych od podłogi.


Czesław Mirosław Szczepaniak, Warszawa-Ursynów