NA MIARĘ WLENIA (12)

Witold Szczurek (13 VII 1935−9 XII 2016)

Kiedy opracowywałem życiorys Witolda Szczurka, to nieraz powtarzałem, że można jego życie zamknąć w dwóch słowach homo viator (podróżny, pielgrzym, piechur) – w drodze. Ale wedle definicji, jaka obowiązywała w XIX i XX wieku.

(…) Podróżować, jak mądrze mówią Francuzi, znaczy po trosze umrzeć dla tego, kim byliśmy, i urodzić się bez rangi i tytułu ku temu, do czego jedziemy (Sándor Márai, W podróży).

Biografia mgr rehabilitacji wpisuje się w to, o czym pisał w 1858 roku Cyprian Kamil Norwida w liście do Józefa Ignacego Kraszewskiego: (…) Koźmiana słusznie nazywałeś  ż e l a z n y m   człowiekiem… Zaiste, zaleta to wielka nożyczek, ćwieków lub innego narzędzia – ale człowiek powinien b y ć   l u d z k i, nie  ż e l a z n y (…).

Na podstawie relacji Wojciecha Szczurka, syna Bogusławy i Witolda Szczurków, zredagowałem coś na wzór curriculum vitae (łac. bieg życia). Warto mieć w zasięgu rąk résumé osoby, która miała szwung (witalność). Spróbowałem i przy okazji odkryłem przysłowie holenderskie: Trzeba się zgiąć, kiedy się chce przejść przez życie.

Witold Szczurek urodził się 13 lipca 1935 roku w Poznaniu. W sobotę.

Jego matką była Krystyna (z d. Talaśka), urzędniczka państwowa, zaś ojcem Bolesław Lipski, starosta pucki i wejherowski, w czasie wojny członek Armii Krajowej; więziony i zamordowany przez NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRR).

W 1946 roku w niewyjaśnionych do końca okolicznościach wychodzi z domu (najprawdopodobniej jest świadkiem aresztowania ojca). W 1947 roku trafia do domu dziecka w Malborku.

Kończy szkołę podstawową i liceum, w którym spotyka Antoniego Franaszka (zostaje dla niego przewodnikiem, mentorem – beniaminkiem).

W latach 1954−1958 studiuje na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie na wydziale lekkiej atletyki.

W maju 1958 roku, na zaproszenie ówczesnego dyrektora sanatorium dr. Tadeusza Klekowskiego, przyjeżdża do Wlenia. Dostaje propozycję pracy na stanowisku instruktora gimnastyki leczniczej w sanatorium dla dorosłych oraz nauczyciela wychowania fizycznego w szkole podstawowej. Z sanatorium PKP wiąże się na całe zawodowe życie – przepracowuje w nim 38 lat, zaś w szkole  17 lat (prowadzi też Szkolny Klub Sportowy). Jest nauczycielem, wychowawcą, rehabilitantem i trenerem. W rozmowach zawsze podkreślał, że wybór Wlenia w 1958 roku jako miejsca do osiedlenia, był najlepszym, jakiego mógł dokonać. Tu znalazł wszystko, co uważał za ważne w życiu, a więc wymarzoną pracę, znajomych, wiernych przyjaciół oraz żonę Bogusię, z którą latami pracował w sanatorium. Mieli dwóch synów: Jakuba, rocznik 1961 i Wojciecha, rocznik 1964.

Wleń jawił mu się jako zagłębie talentów sportowych. Był tu po prostu szczęśliwy.

W latach 1964−1966 jest inicjatorem budowy toru saneczkowego (pierwszy w Polsce oświetlony tor saneczkowy). Z powodu warunków atmosferycznych, tj. ciepłych zim, tor tylko raz był wylodzony. Przez sekcję saneczkową LZS „Pogoń” Wleń prześliznęło się wiele nazwisk, m.in.: Ryszard Skowronek, który wygrał Mistrzostwa Dolnego Śląska juniorów jedynek w 1967 roku. Jak się później okaże, to był największym talentem sportowym z jakim miał do czynienia. Wlenianin w 1974 roku w Rzymie zdobył tytuł Mistrza Europy w dziesięcioboju seniorów. Okres pracy w szkole zwieńczony jest wieloma sukcesami w rywalizacji sportowej. Dzieci i nastolatki z powodzeniem rywalizowały ze szkołami z Lwówka Śląskiego, Jeleniej Góry, a nawet Wrocławia. Ilość dyplomów, które ongiś wisiały na korytarzach szkoły, była komentarzem o zaangażowaniu dzieci i nauczyciela w-f Witolda Szczurka.

W maju 1972 roku mgr Szczurek zostaje kierownikiem działu fizjoterapii w sanatorium PKP we Wleniu.

W latach 1990−1996 pełni funkcję dyrektora głównego sanatorium. Jemu przypada w latach 1996−2005 przekazanie lecznicy siostrom Elżbietankom.

Po przejściu na emeryturę wyjeżdża na krótko do USA. Po powrocie trafia na kilka lat do Wielkopolski. Jest trenerem tenisa ziemnego w Opalenicy, Pobiedziskach oraz Nowym Tomyślu. Z juniorkami zdobywa wicemistrzostwo Polski.

W 2013 roku jest pochłonięty stworzeniem systemu ścieżek trakingowych w okolicach Wlenia. (Czyli tras rekreacyjnych do spacerów i przebieżek). Wytycza je i skrupulatnie opisuje. Tablicę z mapką można zobaczyć na rynku. Ma plany propagowania tej formy aktywności fizycznej, ale choroba w brutalny sposób weryfikuje jego marzenia i plany.

Zmarł 9 grudnia 2016 roku w Zielonej Górze. W piątek.

Magister Witold Szczurek całe swoje życie zawodowe związał z Wleniem, gdzie dawał młodzieży przykłady, jak spędzać i przeżywać wolny czas. Dodawał otuchy, że w sukcesach kryje się niejedna porażka. Miał swój specyficzny humor i pogodę ducha. Był twardy w swych sportowych pasjach.

Oczywiście, że nachodziły go często zwątpienia, bo człowiek chciałby zrobić coś lepiej, a tu nie zawsze wychodzi. (Czasami używał powiedzenia maybe tomorrow, istnieje wiele wersji takiej odpowiedzi ociągającej się – odłożonej na później: Mayby today, mayby tomorrow, tzn. może dziś, a może jutro. Polskie przysłowie taki stan rzeczy określa: Lepsza zwłoka bez straty niż pośpiech ze stratą).

We wspomnieniach pozostał, jak ktoś, kto trzymał za pazuchą maksymę Seneki: Nie śmiemy, bo rzeczy są trudne, rzeczy są trudne, bo nie śmiemy.

Grobowiec Bogusławy Szczurek (23 III 1934−22 IV 1993) i Witolda Szczurka  znajduje się w Zielonej Górze, Stary Cmentarz, ul. Wrocławska, kwatera 73, rząd 3, grób 13.

W zachodniej Polsce, na zboczu doliny rzeki Odry, w miejscu, gdzie przecina pasmo wzgórz (Wał Zielonogórski), związał się węzłem śmiertelnym.

Na amen.

Czesław Mirosław Szczepaniak

Warszawa-Ursynów

Fot. Bogusława i Witold Szczurkowie, 31 marca 1991 roku, śniadanie w domu we Wleniu. Zdjęcie pochodzi ze zbiorów rodzinnych.

Obróbkę fotografii wykonał mój starszy kolega Zbigniew Janeczek, rocznik 1946, z Eufeminowa koło Łodzi – przypomnę, że grafik jest byłym sołtysem wioseczki spod Brzezin. To spec ds. miniatur graficznych. To on dopiął moją broszurkę pt. Zapisz jako Wleń (2018). Okładka, skład i łamanie, opracowanie komputeropisu graficznie i typograficznie to jego dzieło (BILBO Graficzne Studio Komputerowe).

Wojciech Janeczek, Zbyszka dziadek, opracował recepturę nalewki imbirowo-cytrynowej Łzy świętej Eufemii, patronki wioski. Zbyszek, jak przystało na wnuczka,  udoskonalił przepis leczniczej wódeczki, którą bez słów można przełykać. Poza tym dla potrzeb domowej apteczki wyciska z jabłek nalewki, po których ździebko szumi w głowie. Z ziemi francuskiej pod dach polskiego nieba przemyca smaki. Czyli calvados. 

Pod koniec lat 80. XX wieku, gdy mieszkał na łódzkiej Retkini (ul. Dzierżyńskiego 72, dzisiaj ul. Armii Krajowej), napisałem o nim szkic z mottemDzieła sztuki są zakątkami do rozłożenia się piknikiem (François Morellet, 1926−2016). Za notę otrzymałem niezłe dwa honoraria (Poezja i plastyka, „Poezja. Miesięcznik” 1988, nr 3, Smaczki graficzne, „Gazeta Młodych” 1988nr 46).

W zbiorach przechowuję jego list z maja 1996 roku, w którym skrobnął min.: komputer to moja podstawowa i jedyna (sic!) maszyna do pisania, ołówek, rylec, pędzel, itd., itd.

Piszę o tym tak kawa na ławę, żeby wiedziano z jakim to człowiekiem się zadaję. Że to spryciula i równy gość. Lekki pesymista, z dużym bagażem entuzjazmu; trzymający pion, oraz dystans do świata i ludzi. Jest oczytany, a to nie jest aż takie częste u plastyków.

Cyprian Kamil Norwid w liście z 1856 roku do Teofila Lenartowicza napisał: (…) Pamiętaj o zdrowiu – pijaj wino dobre – człowiek naszego czasu powinien się już nieraz  n a p i ć   w i n a,  a b y   b y ł   t r z e ź w y m.

Dodam, że wino zwilża apetyt, zaś miłe wspomnienia są jak winogrona, które nie trafiły pod prasę, więc doczekały słodkiej starości, jak rodzynki.

W zbiorach przechowuję jego e-mail z maja 1996 roku, w którym skrobnął min.: komputer to moja podstawowa i jedyna (sic!) maszyna do pisania, ołówek, rylec, pędzel, itd., itd.

%d bloggers like this: