Na miarę Wlenia (13)

Leporello

20 marca br. na portalu wleninfo.pl pojawił się artykuł pt. Folder reklamowy Wlenia z przed 70 lat. Przypomniano Lähn z ikonografią.

Dodam, że to była publikacja bezoprawowa, czyli wstęga złamana w postaci harmonijki, czyli Leporello. Nazwa pochodzi od Leporello – lokaja i powiernika Don Juana. Kolekcjonera wizerunków jego kochanek, czyli miłośnic. Mozart napisał o tym operę pt. Don Giovanni.

Dawniej drukowano w takiej formie mapy, katalogi, programy teatralne, nuty, książeczki dla dzieci, oraz tomiki z wierszykami.

Drzewiej tak wydawano okoliczne druczki, które zebrane i zszyte tworzyły bedekery (przewodnik turystyczny). Oczywiście, że płynny kształt łatwo było rozłożyć, przeczytać i schować do kieszonki marynarki.

A może dzisiaj, by ktoś pokusił się i raz na miesiąc przygotował z grubego papieru, równolegle, naprzemiennie załamywanego do postaci harmonijki, lokalną broszurkę. Parawanik wyrafinowany byłby jak gazetka, w której by zamieszczano ciekawostki z Wlenia i okolic. Pora skończyć z brudnopisem, gdzie można dziurę znaleźć w chodniku albo jak rozsypują się dachy, ściany, pękają fundamenty – wszystko wisi na słowo, więc spada.

Być może pomysł druku ktoś chwyci, aby wreszcie było po harmonii, na milszą melodię niż ta, jaka snuje się po Polsce, z zachrypniętego akordeonu.

Wykochiwać

Surfowałem w internecie i znalazłem to słówko we wpisie o ciepłej wiośnie. Chłopak wystukał: Hurra! Będzie można śliczne panny w lesie, na mchu i w sweterku!

Oby to się skończyło zadowoleniem obopólnym, kiedy nadejdzie lato, co rozpina wiosnę z suwaków i guziczków.

A wraz z wiosną przyszły też inne wspomnienia jesienno-zimowe. Od strony Wlenia. Tym razem z kiosku (słowo kösk jest pochodzenia tureckiego – znaczy tyle, co letni pałacyk, lekki pawilon ogrodowy; współcześnie określa się nim pawilon handlowy, budkę z gazetami, papierosami, kosmetykami, słodyczami, biletami, etc.).

We Wleniu to nie był taki zwyczajny, leksykalnie mówiąc punkt sprzedaży, tylko salon prasowy przy rynku. Miejsce do zakupów i pogaduszek, na każdy temat.

Subiekt

Tak dawniej mówiło się na sprzedawcę w prywatnym sklepie. Sub − znaczy tyle, co podlegać komuś, zależeć od kogoś (dzisiaj np. sublokator). Słowo-klucz w Lalce Bolesław Prusa, w której znaleźć można wzruszające zapiski Ignacego Rzeckiego pt. Pamiętnik starego subiekta. Ten romantyk, zatrudniony u pozytywisty Stanisława Wokulskiego, zdążył napisać elegię o subiektach: … Ze smutkiem od kilku lat uważam, że na świecie jest coraz mniej dobrych subiektów i rozumnych polityków, bo wszyscy stosują się do mody. Skromny subiekt co kwartał ubiera się w spodnie nowego fasonu, w coraz dziwniejszy kapelusz i coraz inaczej wykładany kołnierzyk. Podobnież dzisiejsi politycy co kwartał zmieniają wiarę (…).

Subiekt to był ktoś, kto nie tylko handlował (sprzedawał). Musiał mieć wiedzę, maniery, dobry smak i odpowiednie podejście do klienta. To była żywa witryna sklepu.

Jędrzej Kitowicz (1728−1804) w Opisie obyczajów za panowania Augusta III napisał: Jezuici, mając młodzież w swojej edukacji, pociągali do swego zakonu subiekta, czyli dowcipy, co najlepsze, a osobliwie szlacheckiej kondycji, w których mogli przebierać jak ogrodnicy w szczepach. Aby tylko iskierkę skłonności do duchownego stanu postrzegli w dzieciuchu jakim mającym rozum żywy, już oni tak około niego deptali, aż go do swego zakonu namówili. A lubo wielu z takowych, bardziej nabechtanych lub fraszkami dziecinnymi, jako to: ciastkami, sucharkami, cukierkami, fruktami, złudzonych niż prawdziwym od serca powołaniem pociągnionych, za dojściem wieku młodzieńskiego, najgwałtowniejszym burzom namiętności podlegającego, z tego zakonu występowało, wielu atoli było, którzy pierwszej młodości szturmy za pomocą duchownych sposobów szczęśliwie zwyciężywszy, wytrzymali w nim pobożnie aż do końca. Z stanu szlacheckiego przyjmowali aspirantów z dwóch powodów: albo z rozumu, chociaż ten nie był celujący nad miarę, to go szlachectwo nadstawiało; albo z pożytku, kiedy niedostatek talentów rodzicy powołanego dopłacali znacznymi ofiarowanymi zakonowi sumami lub w inny sposób świadczonymi wielkimi dobrodziejstwy; i ten drugi sposób służył nie tylko dla młodych ludzi, ale też i dla starych, nawet zgrzybiałego wieku.

Odeszli subiekci-filozofowie, co uczyli kupowania i myślenia, oraz poezji. Być może lekko przesadzam, ale nie do końca. Filozoficznie rzecz biorąc, subiekt to była osoba poznająca i działająca, przeciwstawiona światu zewnętrznemu jako podmiotowi poznania; podmiot. W powszechnym znaczeniu to był po prostu pomocnik sklepowy, ekspedient.

Słowo subiekt wybyło ze współczesnych słowników języka polskiego. Jeszcze go można spotkać w (zakurzonym) Słowniku wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego, oraz innych leksykonach sprzed 1989 roku.

Odjechało to słowo niczym furka z koniem i woźnicą z batem, jak podróże rzemiennym dyszlem, z zapasowym piątym kołem u wozu.

Tadeusz Powirski. Wspomnienie

Tadeusz Powirski

Jesienią 1985 roku odwiedziłem Wleń, gdzie przebywałem w dzieciństwie w sanatorium PKP „Leśny Dwór”. Miałem na karku 31 lat i 3 miesiące. Zaprosił mnie mój dawny wychowawca Michał Fluder, lat 40 i 4 miesiące. U jego mamy, pani Katarzyny, ul. Kościelna 13, rozłożyłem się z klamotami. I kiedy rano się na dobre obudziłem, zarzucałem chlebak na ramię i szedłem do kiosku „Ruch-u”, co był na rzut beretem, po świeże gazety i papierosy (od października 2016 roku już nie palę). Wchodzę, przedstawiam się. A pan Tadeusz informuje, że świeżą prasę dowożą dopiero koło południa. Czyli o trzynastej! Kupiłem cygaretki, szklane fifki i szybko się zmyłem. Jak dym.

Po południu jeszcze raz wpadłem i kupowałem plik okolicznych czasopism wrocławsko-jeleniogórskich, żeby z grubsza wiedzieć, co w górach i dolinach skrzeczy. Sprzedawca (subiekt) trochę się dziwił, że aż tyle lokalnych periodyków nabywam. Pocieszałem go, że drzewiej w sanatorium prowadziłem ścienną gazetkę pod białą winietą z brystolu Echo Leśnego Dworu i mam czytelniczego feblika. (Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci). Żartowałem, bo na dobre mi to wyszło, że byłem kiedyś (małym) redaktorem naczelnym i z tego się nigdy nie wyrasta, jak z butów. Pozostają w człowieku stare maniery. Właściciel prasowego saloniku uśmiechnął się. I to wystarczyło za cały komentarz.

Jego znaki szczególne: wysoki, grubo ode mnie starszy. W okularach. Szczupaczek. Ni to milczek, ni to mruk. Z dystansem do ludzi i świata. Miodem nie polewał – nie żądlił. Unikała nieprzyjemnych prawd. Przypominał człowieka, który rozmyśla zanim coś powie. Miałem wrażenie, że był po jakiś kłopotach. A może ja się mylę? Nie wiem.

Po śmierci Michała Fludra, kiedy prowadziłem kwestę, żeby wydać katalog Michał Fluder (28 V1945−12 III 1989), wśród darczyńców znalazł się Tadeusz Powirski z Wlenia. Po prostu wyjął portfel i wręczył dyskretnie bezszelestny banknot.

Niewiele o nim wiem. Była to ta taka przyjezdna znajomość. Przychodziłem do kiosku, w którym był stolik i krzesełka, rozmawialiśmy dłuższą chwilę. Wiem, że rozmowa kończyło się pointą. Od pana Witka Płońskiego, co jest poetą chleba i bułki, choć on takich słów nie używa, dowiedziałem się, że już dawno nie żyje kioskarz z ul. Kościelnej.

Odszedł pan Tadeusz, u którego kupowałem po południu pisma drukowane na kiepskim papierze, a rano papierosy bez filtra oraz zapałki.

We Wleniu znali go wszyscy, bo do kiosku się czasami chodzi, żeby pogadać i przeżyć wolny czas. Zatrzymać się i nie przyspieszać. Ze sklepiku wraca się do domu Lelum polelum. Lekko przygarbiony ciężarem rozmyślań.

Latami prowadził salonik prasowy, o którym wspominają starsi mieszkańcy, którzy zatrzymywali się na dłużej w tym punkcie handlowym. Chodliwy asortyment leżał na ladzie oraz półkach – wedle potrzeb Wlenia i okolicznych wiosek, co przycupnęły w pachwinach gór. Ratuszowy zegar wybijał godziny życia i czasami tę ostatnią godzinę śmierci. A pociągi i autobusy jeździły według rozkładu jazdy. Ludzie się kłaniali, mężczyźni uchylali rąbek kapelusza/czapki, a panie dygały i dzieliły uśmiechem.

To było miejsce, gdzie kobiety opowiadały o tym, że mają krzyż pański z mężami, a mężowie nie ukrywali, że żony nie są na medal, bo męczące. Pan Tadeusz słuchał, bo nie miał innego wyjścia. Był w pracy, więc to znosił i milczał. Jak zaklęty. Nie kramarzył się, bo tam, gdzie interes dmucha, przyjaźń krucha. (Kto z ludźmi pracuje, ten musi się nauczyć mitygować, bo słowo człowiek to brzmi różnie).Zapadła klamka dźwiga to, co weszło przez próg albo przeszło koło nosa, innymi drzwiami.

Przysłowie chińskie poucza: Jeden klucz nie robi hałasu, a już dwa klucze brzęczą.

Poza tym nie zapominajmy o tym, że w miejscowościach, gdzie są szpitale, sanatoria, ośrodki zamknięte, oraz domy pomocy wszystkie uliczki są jak życzenie, że będzie lepiej.

(Chorzy dźwigają tyle pytań, na które nie ma zdrowych odpowiedzi. Miewają krzepkie sny, o które rzadko kto pyta. Szkoda).

Mówiąc językiem chodnika z krawężnikiem – życie jest za krótkie, żeby długo rozpamiętywać swoje przykrości.

Los nie mówi basta, czyli kwita. Milczy, jakby słowa obmywał. We dnie i w nocy.

Czesław Mirosław Szczepaniak

Warszawa-Ursynów


Zdjęcie archiwum rodzinne. Serdecznie dziękujemy pani Alicji za udostępnienie

%d bloggers like this: