Na miarę Wlenia (14)

Były kibic

Na wszelki wypadek chciałbym ostrzec zagorzałych kibiców sportowych, że tekst nie będzie trendy (triendi) ani cool. Lepiej wcześniej o tym poinformować, żeby potem nie było rozczarowań, szmerów, gwizdów, oraz strzelania z balonów albo z rac.

W latach 60. XX wieku, kiedy to byłem pacjentem sanatorium dziecięcego PKP „Leśny Dwór”, na Osiedlu Południowym, namiętnie czytałem o sporcie w dzienniku wrocławskim „Gazeta Robotnicza” oraz „Przeglądzie Sportowym”. Mam do tego o czym piszę czarno-białe zdjęcie grupowe. Siedzę, prawą ręką obejmuję kolegą, co ma ogolony łepek, zaś w lewej dłoni mocno trzymam warszawską gazetę sportową – na 1 stronie zdjęcie boksera wagi lekkiej Józefa Grudnia (1939−2017), mistrza olimpijskiego, byłego zawodnika Pafawagu Wrocław i Legii Warszawa.

 Któż nam powróci te lata stracone
bez wiosennego w wiośnie życia nieba?…
Chcecie w nas widzieć dźwignię i obronę,
żądacie od nas zbawień i pomocy,
lecz my, z waszego wykarmieni chleba,
jak wy, nie mamy odwagi i mocy.

Ta migawka może świadczyć o tym, że kazano mi się ustawić w trakcie, kiedy byłem zaczytany, więc nie zrobiłem na czas korekty twarzy. Byłem nastolatkiem, który ociąga się z równą poprawą. Widać też brak guzika w koszuli, spod której wystaje biała podkoszulka. O tym zapewne więcej mogliby powiedzieć byli wychowawcy z leśnego: Andrzej Szewczyk (z Płakowic, a może z Lwówka Śląskiego), Wacław Łazarewicz albo Józef Bohatyrewicz. Dzisiaj już tacy starsi panowie. Nie wiem, gdzie ich los rzucił. Jeżeli czytają to, co piszę, niech dadzą głos. Póki co, westchnę za Kazimierzem PrzerwąTetmajerem (1865–1940):

Pan Wacław nie studził mojego zapału do gier sportowych. Oczywiście, że zapowiadałem się na niezłego miłośnika sportu – miałem nałóg, ale bez pastewnych obyczajów. Trzymałem się daleko, mówiąc językiem współczesnych, szalikowców. O wychowawcy z entuzjazmem napisałem w felietonie: (…) Do dziś wspominam i podziwiam: (…) p. Wacława Łazarewicza, który zabierał nas na mecze piłki nożnej Pogoni Wleń (grał w pomocy). Strzelał wspaniałe bramki. A my, po każdym jego golu, wbiegaliśmy na boisko z okrzykiem: Brawo! Panie Wychowawco! (…) (Listy z „Leśnego Dworu”. Garść słów, „Tygodnik Kulturalny” 1984, nr 7).

Pan Wacław grał ze mną w warcaby i szachy. Nauczył rozgrywać symultany zgodnie z książką. A w niedzielę zabierał na barana na rynek, gdzie się spotykali wleńscy szachiści. To było nieopodal kina „Jutrzenka” (o tym szerzej się rozpisałem na stronie internetowej pn. Na miarę Wlenia – Wleńska „Jutrzenka”, wleninfo.pl, 6 stycznia 2019 roku, niedziela).

A podczas balu karnawałowego zaproponował, żebym się przebrał za piłkarza. Założyłem spodenki gimnastyczne, koszulkę, długie skarpety (getry), i usiadłem na długiej ławce. Byłem piłkarzem. Pan Wacław do mojej koszulki szpileczkami doczepił tabliczkę z brystolu Ernest Pohl. Pytał, czy znam, odpowiedziałem – to zawodnik Górnika Zabrze. I że powinno być Pol, bo tak piszą w gazetach. A on poinformował, że (po 2. wojnie światowej) piszą niepoprawnie. Ta uwaga dała mi dużo do myślenia. Opowiadałem, jak mój tata Czesław zachwyca się Lucjanem Brychczym z Legii Warszawa, oraz jak ceni Gerarda Cieślika z Ruchu Chorzów. Że boczy się na Gwardię Warszawa, a o Polonii Warszawa opowiada z sentymentem, nie tylko dlatego, że to kolejowy klub.

Wracajmy do świetlicy w „Leśnym Dworze”, gdzie w porze podwieczorku była zabawa przebierańców.

Siedzę pod ścianą. Patrzę na kule. Jest mi smutno, bo wiem, że nigdy nie pobiegnę za piłką. Nie strzelę bramki, jak to czynią zdrowi chłopcy. Że minę obrońców i zrobię siatkę. Jestem przygaszony. Tylko pan Wacław chwali piłkarski strój, który dla mnie wybrał. Dodaje mi otuchy, bo widzi, że drżę i stygnę. Że karnawał mnie zmieszał i zabełtał, i dojrzałość przyspieszył – opadły kwiaty i poczułem smak owocu, co był chory i (ździebko) zdrowy. Mówiąc wprost niewiele ugram.

Oto jakie przechowuję wspomnienia w skarbonce pamięci.

Aha!

Kiedyś latem ojciec mnie zabrał z „Leśnego Dworu” do domu. Jechaliśmy pociągiem z panem Wacławem do Jeleniej Góry. Mój tata cały czas z nim rozmawiał. I kiedy się rozstali, powiedział: To jest równy gość!

Było.

Minęło.

Młody kibic, gdzieś się we mnie zapodział – mówiąc wprost sczezł.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio obejrzałem mecz; nie wiem, kiedy byłem na stadionie. Sportowe pasje odeszły ode mnie, jak wiele innych rzeczy. Nie dociekam, dlaczego tak się stało. Jeszcze wzrokiem omiatam sportowe kolumny w gazetach, bo mój młodszy kolega Zbyszek Janiszewski, z Czerwonaka pod Poznaniem, ogląda mecze od RKS Radomiak Radom po kluby, które znaczą historię światowej piłki nożnej. (Rozmowy o sporcie są bardziej bezpieczne niż o polityce).

Kiedy byłem na siłach, to przyjechałem 5 kwietnia 1992 roku na I Memoriał Uliczny im. Michała Fludra. To sportowe wydarzenie z latami przyciąga coraz więcej dzieci i dorosłych –

zdrowych i sprawnych inaczej. W kalendarzu polskim ma swoje stałe miejsce. Oczywiście, że zaglądam do internetu, żeby zerknąć na tabelę wyników i ikonografię. Czasami sprawdzam, jak sobie radzą piłkarze Pogoni Wleń oraz żółto-niebiescy z Mazowsza Grójec przy ulicy Laskowej 17. (Dla tych, co interesują się historią, dopowiem, że grójecki klub dawniej zwał się Strażak, Wicher, Spójnia, Sparta).

Z nałogowego miłośnika sportu zostałem abstynentem; nie na medal, niestety. To żaden powód, żebym się bił we własne piersi. Na taki gest mnie nie stać. Już.

Antoni Słonimski (1895–1976), poeta, felietonista, dramatopisarz, nie należał do tych, którzy upajają się sportem. Expressis verbis: Rozdawanie pieniędzy na bujdy olimpijskie – to luksus, na który może pozwolić sobie tylko kraj bardzo bogaty (…) („Wiadomości Literackie” 1928, nr 40).

W poezji ciut łagodniej się obszedł:

Świat nie jest piłką futbolową,

Świat się podbija głową! głową! głową!

(Godzina poezji. Kontrmarsz, 1923).

Napomykam o tym, choć tego na pewno nie przeczytają ci, co kopią, główkują, falują albo z trybun krzyczą.

Autor Alfabetu wspomnień przypominał, że aby kiwać, nie trzeba mieć specjalnie dobrej głowy. Wystarczy byle jaka.

Cytuję zamiast wydzierać. Się.

Przyznam się, że we Wleniu podczas meczu piłki nożnej nieraz wykazaliśmy się odwagą i krzyczeliśmy zbiorowo: Sędzia kalosz! Czyniliśmy tak, gdy arbiter nie odgwizdał faulu na panu Wacławie Łazarewiczu. Darliśmy się wniebogłosy na trybunie drewnianej z daszkiem, obitym papą obok płotu, którym wiatr poniewierał. Starsi czasami brali z nas przykład i dodawali takie słowa, które dzisiaj też można usłyszeć na stadionie, ale zbiorowo, czyli (chamstwo) na ludowo. Nieraz bywało gorąco – aż za. Nie będę cytował, choć dzisiaj takie wyrazy usłyszysz w miejscach publicznych. Rwa ze znakiem jakości q trzyma się 1. miejsca w bluzgu. O tym mówił i pisał prof. Maciej Grochowski (Słowniku polskich przekleństw i wulgaryzmów, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1995).

Zainteresowanych odsyłam do speca profesora, bom w tej materii amator i (były) kibic Pogoni Wleń.

Oto, co pozostało w mojej głowie z czasów, kiedy byłem niesfornym pacjentem sanatorium dziecięcego PKP „Leśny Dwór”. Małym kibicem, bez trąbki, co słabo gwizdał na palcach.

Skrobię o tym, bo to przeszło na stronę wspomnień, które graniczą z zapomnieniem. Przypomnieniami, podobno, dobrze się ćwiczy pamięć, która wkręca to, co jej przynoszą zmysły. Dzięki temu mamy w czym przebierać.

Jedni opowiadają, drudzy piszą, inni milczą.

Na stare lata człowiek rusza tam, gdzie łaził drzewiej, ale już tylko w pamięci, bo nogi nie niosą. To też ma swoją dobrą stronę.

Tym, którzy mnie przeceniają, przypomnę, że nie jestem delikatny. Od 1970 roku uderzam – kiedyś w guziczki klawiatury maszyny do pisania, a teraz drobię palcami w klawiaturę komputera; świadkiem (bezprzewodowa) myszka, w prawej łapce-fajtłapce.

Piszę na klawiaturze, a może gram – słowa uskrzydlam. Wychodzę wspomnieniom naprzeciw, o kulach, które idą za mną, jak drzewa, co wyszumiały echo. Nie tylko z „Leśnego Dworu”.

Jawa ze snem się przez nas przetacza. Słaabo?!

Czesław Mirosław Szczepaniak

Warszawa-Ursynów

Fotografia zbiorowa z lat 60. XX wieku, sanatorium dziecięce PKP „Leśny Dwór”, świetlica na I piętrze, prawe skrzydło po wschodnio-południowej stronie. Zachodzę w głowę i staram się przybliżyć, w którym to było roku. Zapewne po epizodzie kibicowania sportowcom w sanatorium neuropsychiatrii dziecięcej w Zagórzu koło Warszawy (o tym piszę w opowiadaniu pt. Łyk z Ameryki, które jest w spisie książki pt. Bądź zdrów!, Gołdap 2015).

To mogło być w roku szkolnym 1963/1964. Mam 10 lat. Uczęszczałem do klasy II w Szkole Podstawowej przy Kolejowym Sanatorium Zdrojowym we Wleniu, powiat Lwówek Śl. Na świadectwie wypisano: sprawowanie bardzo dobry, język polski i matematyka dobry. Wychowawca klasy W. Świderska, kierownik szkoły Henryk Ogonowski.

Nie jestem do końca pewien, czy się nie mylę. A jeżeli już, to zapewne niewiele się mijam z prawdą. Oto przykład, że warto zdjęcia opatrywać datą oraz podawać, kto jest na światłoczułej kliszy. Pamięć ma coś z niegdysiejszego śniegu albo kwiatu, co się z pąka otworzył, pod wpływem promienia.