Na miarę Wlenia (15)

Skrobię o tym, żeby rzucić chłodnym okiem na życie i śmierć (William Butler). Chyba warto wiedzieć, jak drzewiej bywało we Wleniu pod koniec XX wieku. Zważywszy, że wiek XXI co rusz pokazuje niepogodne oblicze i bywa czasami nieznośny.

Taka jest cena, kiedy się ma już swoje lata.

Nakręcamy zegary, do przodu albo do tyłu – a potem śmierć wypędza nas. Z życia.

To wcale nie znaczy, że po skonie ktoś nastawia Czas w całkiem innym kierunku, niż góra-dół. I jeszcze raz mierzy to, co w ziemskim życiu nie trwa wiecznie – ożywia cień, który ze światła się spłukał.

Stanisław Fluder (1908-1981). Wspomnienie

Urodził się 10 marca 1908 roku w wioseczce Róża pod Dębicą (województwo podkarpackie) – zmarł 1 lutego 1981 roku.

Grób Stanisława Fludra znajduje się na cmentarzu komunalnym we Wleniu, na tzw. stoku. Nieopodal alei lipowej. Kapliczkę z Chrystusem Frasobliwym wyrzeźbił Michał, wedle ludowego snycerstwa. Kurhanek opleciony bluszczem, przy nim rośnie płacząca brzózka, która witkami szepce, gdy zgubi listeczki.

Kiedy szliśmy z Michałem Fludrem na Górę Zamkową, to po drodze kupowaliśmy znicze w kiosku przy rynku i zawsze wstępowaliśmy do tutejszej nekropolii. Odwiedzaliśmy tych, którzy pracowali na dobre imię miasteczka. Paliliśmy trzy świeczki: jedną dla ojca Michała, drugą Halinie Kołtuńskiej, zaś trzecią Janowi Myszkiewiczowi. W miejsce pochówku kładliśmy polne kwiaty albo garść jesiennych liści. Oczywiście, że mieliśmy w zapasie dodatkowe światełka, które zapaliliśmy pod starymi drzewami dla NN (nomen nescio – imienia nie znam).

Michał półgębkiem opowiadał o swoim tacie. Wiem, że był woźnym w szkole. Nieraz musiał po lekcjach pomagać. Mimochodem wtrącał: czasami tak się chciało na łyżwy, sanki, a tu trzeba było zasuwać. Zamiast iść sobie z kolegami, musiał drałować do szkoły i pomagać rodzicom. Zawsze mówił o tacie z podziwem, że był pracowity, uczciwy, prawy, choć nerwus.

W liście, z grudnia 1984 roku, m.in. pisał: (…) Już trzeci rok zapalam znicze przed kapliczką lipową, bluszczem owitą, mojego Ojca. Tak mało rozmawiał ze mną, ale był tytanem pracy – to był sens Jego życia, bo przez solidną pracę chciał zbawić nas wszystkich, dla dobra (zostało mu to z Francji – 18 lat pracy na obczyźnie z górnikami i rolnikami francuskimi okręgu Metz i Vardum) (…).

Ponieważ nie lubię dopytywać, więc niewiele o nim wiem, ale to wystarczy.

Pani Katarzyna Fludrowa nieraz mówiła, żebym wziął od niej pieniądze. Patrzyłem zadziwiony, a ona – przecież Stanisław szedł czasami do kawiarni na kawę i koniak. To mogło świadczyć, że potrafił poza pracą znaleźć chwilę na relaks i odpoczynek. Wiedział, jak przeżyć wolny czas, a nie tylko tyrać. Postawa godna polecenia. Dla wszystkim pracoholików (i nie tylko!). Nie piszę wzór tylko dlatego, żeby to nie wypadło jak lekka przesada.

Katarzyna Fluder (1918-2004). Wspomnienie

Pani Katarzyna Fluder urodziła się 24 kwietnia 1918 roku w Wiązownicy, w powiecie jarosławskim, woj. podkarpackie. Zmarła 12 sierpnia 2004 roku we Wrocławiu, gdzie żyła na łaskawym chlebie u córki Marysi (po mężu Brawata).

12 marca 1989 roku odszedł 44-letni wychowawca z sanatorium Leśny Dwór Michał Fluder, z którym peregrynowałem po Kasztelanii Wleńskiej i Pogórzu Sudeckim. Pisaliśmy do siebie listy i kartki. Michał miał dar przelewania czegoś na papier i ozdabiania tego bajecznymi.

Nie żyje jego matka, Katarzyna Fludrowa, która nieraz jesienią mnie gościła w swoim domu przy ulicy Kościelnej 13, I piętro.

Była taka cicha i wiecznie zakrzątana wokół spraw codziennych. Miała słabość do dzieci, psów i kotów. Nie lubiła chodzić po kominkach.

Potrafiła pogodzić polską kuchnię z francuskim smakiem. Ponieważ byłem po stronie wina, więc przeciągały się posiłki przy jednym stole, w kuchni. Nie jestem smakoszem, ale dla niej robiłem wyjątek. Było nam dobrze. Znała mnie z czasów, gdy byłem pacjentem sanatorium dziecięcego PKP „Leśny Dwór”, więc miałem do niej słabość.

Pani Katarzyna zajmowała się najmłodszymi dziećmi w „Leśnym Dworze”. Była piastunką, o której w Małym słownika języka polskiego jest passus: ż III, lm D. ˜nek przestarz. «kobieta opiekująca się dziećmi». Karmiła, ubierała, kąpała, przewijała, wszystko potrafiła przy dziecku zrobić. Ogarniała całą grupę chorych dzieciaczków. Dzisiaj na taką osobę mawia się przedszkolanka albo nauczyciel nauczania zintegrowanego. Oto jak to słowa ewaluowało.

Kiedy wyjeżdżałem z Wlenia, to pani Katarzyna nie potrafiła wydusić słowa. Zasłaniała się smutkiem, że muszę odjechać. Że zabierze mnie pociąg z szerokich torów. Nie przeciągałem pożegnania, w którym bije słowo zostań. (Nie wszystkie wspomnienia są na zawołanie; większość zbiera się podczas milczenia).Patrzeliśmy na siebie tak, jakbyśmy mieli pewność, że następne jesienne odwiedziny wiszą na nici, która nie zawsze przechodzi przez ucho igielne. Urywa się. Jak życie.

A może kluczy z ptakami?

Czesław Mirosław Szczepaniak

Warszawa-Ursynów


Ikonografia pochodzi z archiwum rodzinnego Jana i Hanny Fludrów w Puławach. Brat Marysi i Michała m.in. pisze: Moja Hania, w ramach wolnego czasu, «wrzuciła» do pamięci komputera zdjęcia rodzinne nowsze / najnowsze oraz garść starych, które mieliśmy w Puławach.

Na światłoczułej kliszy z 1968 roku rodzina Fludrów w komplecie przy płocie w ogródku przed domem. Z tyłu były pomieszczenia gospodarskie.

Od lewej strony stoją: Stanisław Fluder (ur. 1908), Marysia (ur. 1954), Jan (ur. 1942), Michał (ur. 1945), Katarzyna (ur. 1918).

Jan i Michał urodzili się we Francji, więc mają tamtejsze światło w oczach i włosach. Pani akuszerka z Wlenia odebrała poród Marysi. Jan pamięta, że w ten dzień tata kazał im iść do kina, a kiedy powrócili do domu usłyszeli płacz siostrzyczki, zawiniętej w beciku.

Jan F. w e-mailu, jaki otrzymałem 5 kwietnia br. zauważa: (…) We Wleniu było to normalne, że mieszkańcy dzierżawili od «miasta» działki.

W przydomowych szopach, chlewikach i kurnikach trzymali − jak to się mówi − coś dla siebie, bo trzeba było żyć, oraz dzieci nakarmić… U Rodziców zawsze były kury. Później przybywało innych żyjątek, ale bez przesady. Jak pojawiła się krówka, to już nie było kozy i koźląt. Kurom czasem towarzyszyły indyki lub perliczki. A kiedy brakowało sił, były tylko króliki, a później Mama nawet z kur zrezygnowała. Samo życie…

Jeśli rano przypomnę sobie («ranek przynosi dobre myśli») nazwisko Pani Położnej, to Ci wyślę SMS.


%d bloggers like this: