Na miarę Wlenia (17)

I posuwam się dalej we wspomnieniach – druga połowa lat 80. XX wieku, kiedy to bose lato wchodziło w jesień. Był pretekst, żeby wsiąść do pociągu relacji Warszawa WschodniaJelenia Góra, a potem kawałek drogi żelaznej do Wlenia, przez trzy tunele i most w Pilchowicach. O tym napiszę oddzielny długi tekst, w którym będzie sporo wtrętów i zakrętów, jak to bywa na szerokim torze. Z szynami, co mają główkę, szyję oraz stopę.

Tym razem rzecz dotyczy spotkania na kwaterze u pani Katarzyny Fludrowej, gdzie czasami wpadała pani Jadwiga Żukowska i siedziała z nami przy stole, co słojami opity, milczał po naszej stronie. Bywała też pani Michasia Chajecka. Nieraz z trzema kobietami spędzałem czas, w którym odnajdywaliśmy to, co zwykło się nieraz stracić – o tym rozpisywał się Marcel Proust. Po mistrzowsku, więc tego się nie da powtórzyć. Wystarczy, że jest miara.

Ponieważ w moim życiu pojawiła się już na samym początku przewlekła choroba, więc z racji tego musiałem być od dzieciństwa daleko od domu. To, co kiedyś wydawało mi się takie nieprzyjemne, po latach na dobre wyszło. W żadnym wypadku nie mogę powiedzieć do losu, że przeklęty. Raczej bym dodał, że jest pewny jak paradoks. Albo jak przysłownik, w którym tyle wyjątków od reguły.

Jadwiga Żukowska (13 VII 1922–4 VIII 1996). Wspomnienie

Po raz 1. spotkałem panią Jadwigę u pani Katarzyny Fludrowej. Siedzieliśmy przy stole, ulica Kościelna 13, Wleń, dawne woj. jeleniogórskie. Było to w latach 80. XX wieku. Przyjechałem odwiedzić spalone sanatorium dziecięce PKP „Leśny Dwór”. Po prostu Michał Fluder mnie zaprosił.

Wspaniale było. Poczułem się jak w rodzinie, do której nie musiałem się przyszywać. Udało się w dzieciństwie przez ucho igielne, więc miałem wprawę jak się zrywa nitkę ze szpulki pamięci.

Nagle ktoś puka w drzwi. Proszę! Czekaliśmy na panią – mówię. W progu stanęła pani Jadwiga z siatkami. Podeszła i zagadała: Mirek, nic się nie zmieniłeś! Pocałowałem ją w rękę, a potem w policzki. I zrobiło się od razu cieplej. Swojsko.

Usiedliśmy do stołu i wspominaliśmy dawne lata. I z tych wspomnień i zasiedzeń nie mógł nikt nas wyrwać, nawet dzwony, co biły na Anioł Pański.

Za bardzo nie pamiętałem jej, za to ona wracała myślami do czasów nie tak odległych. Zrobiło mi się głupio, niestety.

A jak wracaliśmy z Góry Zamkowej, to szliśmy z Michałem przez rynek (Plac Bohaterów Nysy), gdzie pani Jadwiga sprzedawała owoce oraz warzywa, i kupowaliśmy, co jej zostało, żeby mogła wrócić do domu, a nie stać na wleńskiej agorze, gdzie pomnik Gołębiarki i ratusz pod brzozą. Michał zanosił płody ziemi do matki.

W sobotę pani Jadwiga, o szarej godzinie, wpadała do pani Fludrowej, jak po ogień. Pani Katarzyno, przyniosłam kurczaka na rosół – mówiła. Była piastunka z „Leśnego Dworu” broniła się od podarunku. Odpowiadała zgodnie z prawdą, że przygotowuje królika z frytkami i buraczkami. I trwały kobiece przekomarzania. Ostatecznie wszystko zostało załatwione polubownie.

W niedzielę nie zabrakło rosołu z kurczaka (pani Jadwigi) oraz upieczonego królika (pani Katarzyny). Tak było, nie cyganię.

Pani Żukowska to była zapracowana kobieta. Cały czas na nogach. Wstawała ze świtem, późno chodziła spać. Wszędzie jej było pełno. O wszystkim wiedziała. Dla mnie była jak gazeta, która mówi – w narracji oszczędna, choć czasami waliła kawę na ławę. Przy mnie trochę się krygowała, żebym jej czasami nie opisał. Po jej rękach widać było, że nie boi się żadnej pracy, jak Irena Kwiatkowska, aktorka. Narzekała czasami na syna, że leń i obibok. Ale mówiła to z matczyną troską. Broniłem pierworodnego, mówiąc, że ja też taki jestem. A ona prostowała: Gdzie tam?!

Zawsze, jak przyjeżdżałem do Wlenia, wpadała do pani Fludrowej i nigdy nie przychodziła z pustymi rękoma. Miała coś dla gościa. To było takie miłe i sympatyczne.

Oczywiście, że z panią Żukowską zatracaliśmy się we wspomnieniach, które pięknieją po latach, bo wyłuszczają się nasiona, jak z szyszki sosny albo świerka. Siedziałem z dwoma niewiastami, które dbały tak o mnie, jakbym nie był przyjezdny, tylko swój.

I pomyśleć, że dwie kapłanki domowego ogniska już nie żyją. Nie mam nawet zdjęcia, jak z nimi rezyduję przy prostokątnym stole przykrytym ceratą, co ziębi, oraz chroni przed wilgocią. (Tu odsiadywaliśmy w nagrodę, że mamy tyle wspomnień).

Pani Katarzyna (24 IV 1918−12 VIII 2004) kameralnie się wyżywała, zaś jej sąsiadka, pani Jadwiga, na agorze. Albo inaczej: Pani Jadwiga wiecznie zabiegana – pani Katarzyna przygaszona, w zapasce i świeżym fartuszku. Na nogach do późnej nocy, bo w domu nie przerobi się roboty.

Byliśmy różni, jedynie wspomnienia nas ożywiały. Poza tym towarzyszyły nam koty i pies Gucio. I tego wszystkiego już nie ma. Zostałem tylko ja – świadek, że tak było. Że to się nie powtórzy. W gramatyce znaczyło tyle, co rzeczownik (ja), przymiotnik (żywy), czasownik (być).

Innymi słowy, na miarę życia, w którym każdy z nas ma swoją pointę.

Czesław Mirosław Szczepaniak

PS

W 17 odcinku cyklu, jaki piszę na Ursynowie na wleńską witrynę internetową, wystarczą imiona i nazwisko. Dwa imiona to pomysł rodziców – Czesław mam po ojcu, od lat na mnie mówią Miruś, choć mam już swoje lata albo Czesław. Jeden z publicystów warszawskich to nawet tak się posunął, że nazwał mnie Mirusiem I z okolic „Kwitnącej Jabłoni”. Moja siostra ma na pierwsze imię Czesława, zaś na drugie Bożena. Oczywiście, że na nią wszyscy mówią Bożenka. Zdrobniale. To tak na marginesie. cms


%d bloggers like this: