Na miarę Wlenia (19)

Wiosenny edytorial

W dzieciństwie na skutek choroby musiałem wyjeżdżać z domu do sanatorium. Byłem kilka razy w Zagórzu, jeden raz w Jastrzębiu-Zdrój, oraz dwa razy w Busku-Zdrój oraz Wleniu. Caluśką zimę, aż do wiosny. A kiedy tylko pojawiły się pąki na drzewach i listki, pakowałem walizkę i powracałem do Kopanej, co leży między Tarczynem a Grójcem. Ponieważ mam spore długi wdzięczności do miejscowości uzdrowiskowych, więc przygotowałem na majówkę 5 tekstów (w tym dwa z okolic „Kwitnącej Jabłoni”; w Grójcu zawiązano mój pępek, ale to nie moja wina).

Po raz drugi powtórzę, że w dzieciństwie bywałem w tak dalekich miejscowościach uzdrowiskowych, że przyciąganie było mniejsze. Dlatego też dłużej przychodziły listy oraz paczki. Odwiedziny były rzadsze niż święta. Należałem do wybranych, którzy nie mogli liczyć na miłość boską, więc miałem więcej czasu na gazety i książki, oraz słuchanie.

Podczas kwerend internetowych natrafiłem na druk zwarty pt. Jako drzewiej bywało… Anegdoty z dziejów Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu odnotowane w pamięci Elżbiety Marczewskiej-Stańdowej, Oficyna Wydawnicza „Kwiatpress”, Wrocław 2001. W spisie treści anegdoty z najwyższej półki, gdzie rzadko kto buszuje. Oto kilka kwiatuszków. W latach 40. XX wieku do Dyrekcji Biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego przy ul. Szajnochy 7/9 wpłynęło pismo z zapytaniem, czy w odpowiedni sposób przechowuje się akta z bieżącą działalnością. Dr Antoni Knot, ówczesny dyrektor Książnicy, polecił wystosować odpowiedź: W zimie pod kamykiem w piwnicy, a w lecie pod kamykiem na słońcu.

I kolejny płatek wrocławski: Wiosenny deszczyk rozpadało się  w majowe popołudnie, kiedy pracownicy Biblioteki kończyli urzędowanie i nie zwracając uwagi na kiepską pogodę, opuszczali Książnicę. W drzwiach wejściowych pozostał jedynie kustosz F. Zapytany przez kolegę, dlaczego nie idzie do domu, odrzekł, że nie lubi deszczu. A kiedy współpracownik uprzejmie zauważył, iż kustosz trzyma przecież w ręku parasol, ten spokojnie odpowiedział: «− Ja zawsze go noszę dla fasonu!».

A kiedy pan dyrektor Knot zorganizował straż pożarną, napisał instrukcję dla strażaków, którą powieszono za szkłem w ramce na ścianie. Ówczesny prorektor Uniwersytetu Wrocławskiego po zapoznaniu się z przepisami poczynił uwagę: Nic się nie pali bez knota.

Na koniec wybrałem z antologii kamyczek z uniwersyteckiego ogródka: Koleżanka X, rozpoczynająca karierę zawodową w Bibliotece, otrzymała do skatalogowania książkę, w której brakowało figurującej w spisie rycin ilustracji. Ilustracja ta przedstawiała szlachetne kamienie umieszczone w szkatułce. Skrupulatna bibliotekarka odnotowała ten ubytek na dole kartki katalogowej: «Szkatułki z drogimi kamieniami brak».

O tej bibliotece Anna Białecka napisała wiersz pt. Co w trawie piszczy? Oto fragment większej całości z liryki, którą przerobiono na piosenkę:

…A w czytelni już Gomora

(a tu ciągle walą z dwora).

A w czytelni trzeszczą stropy,

taki jest na wiedzę pobyt.

Kończę, żeby ktoś mnie nie posądził, że demoralizuję – zachęcając do pochylenia się nad światłem druku, nie dbając o guzy kulszowe.

Czynię to, bo mam zasadę, że zanim odpowiem na pytanie: co jest, skrobię − jak było.

Poza tym wiem, że blask ciemnieje, gdy gasisz tych, co niosą kaganek oświaty i kultury.

Bądźmy cierpliwi

Po XXVIII Memoriale im. Michała Fludra ukazała się blok materiałów (relacja oraz fotografie) na stronie internetowej wleninfo.pl. Przygnębia relacja i komentarze. Spośród 5 opinii, wybieram wypowiedź pani Stefanii Krawiec: Nazwisko osoby jest wszystkim znane i szanowane. Kochani, nasz gródek, nasze miasteczko umiera, a bicie dzwonów przy likwidacji dachu nad budynkiem «Basztowej» dopełnia miarę goryczy (mojej goryczy), bo od 56 lat kocham to miejsce niezmiennie; już nie czekam na lepsze czasy; umieram razem z miejscem, gdzie przeżyłam cudowne, dobre dni. Panie Janie J.,  dzięki za wszystkie lata pana pracy przy Memoriale.

Ujęła mnie troska mieszkanki Wlenia – lokalnej patriotki, która kocha miejsce, gdzie żyje i pracowała.

O szarej godzinie 2 maja 2019 roku, w czwartek pani Stefania napisze jako drzewiej bywało:

Kocham to miasteczko. W 1964 roku było tu pięknie i czysto (opisałam to w mojej książce). Przewodniczący każdego ranka obchodził Wleń i sprawdzał. Sprzątała jedna kobieta, ale było czysto. Wówczas domy miały pruskie mury, a drzewa wokół rynku, pięknie przystrzyżone, tworzyły zielone otoczki, na rabatach kwitły kwiaty (róże); płatki, roznoszone przez wiar, nadawały bajkowy koloryt temu gródkowi i było tu pięknie.

Do tego wspomnienia sypnę garść słów.

Niech w tych trudnych chwilach miasteczka pod brzózką, naszą zbroją będzie cierpliwość. W tym miejscu zacytuję wyimek z  lektury nadobowiązkowej, tj. z poematu Jana Kochanowskiego pt. Zgoda, który nigdy nie był zalecany w podręczniku do nauki języka polskiego, choć liczy tylko 158 wersów. Podaję źródło, nad którym warto się pochylić nieskwapliwie i przeczytać:

A wy tymczasem bądźcie, Polacy, cierpliwi,

Aż się jawnie pokaże, gdzie prawi, gdzie krzywi, (…).

Trudne wymaganie, jak to bywa czasami w życiu, kiedy człowiekowi opadają ręce, bo łzę rozcierał. Ze wstydu. Zanim wyciśniesz z kogoś łzę, pomyśl, jak ją osuszysz. Nie przesadzaj –

zgodni też bywają skorzy do kłótni.

Jesteśmy dla cywilizowanego świata, który zadaje głębsze pytania i mocniej pracuje, dziwolągiem. Dzwon pusty najgłośniej bije. Ale to wcale nie miara-wzór. Echo jest zawsze bezpłatne, kiedy za głos płacą. (Izolacja z czasem, jak wszystko we wszechświecie, ma przebicia).

Na podwórku dopiero widać, jaki panuje dwór. Póki co, róbmy porządek – wypraszajmy z siebie cechy nieludzkie; mówmy nie nienawiści. (Niech ten chamszczyk w nas się nie przeciska) .

Z wiekiem, gdy wzrok słabnie, lepiej się błędy widzi. Ze swoimi nieraz można się poczuć nieswojo.

Ludzkość jeszcze jest niedojrzała, choć nieźle jest na świecie. Musimy się uczyć dzielić, choć życie daje nam nauczkę. Ponieważ chcą nas podzielić, mnóżmy zasadę: Kiedy masz więcej, niż potrzebujesz, zbuduj dłuższy stół, a nie wyższy płot.

O kiosku wleńskim i nad skarpą warszawską

W odcinku Na miarę Wlenia (13) m.in. wspominałem o zamkniętym kiosku przy rynku we Wleniu. I nagle okazuje się, że podobny los spotkał taki punkt handlowy w stolicy. Oto, jak na ten temat swojego ojca Tadeusza opowiada Maria Konwicki: Szedł na Ordynacką, bo tam miał swoje zaprzyjaźnione panie – Mirkę i Wiesię, kioskarki. Kupował też u nich papierosy. Wracał do domu, ale już na 11 szedł do Bliklego, potem do Czytelnika. Zawsze piechotą. Po jedzeniu wracał do domu i czytał gazetę. O 14.20 wyruszał ponownie, szedł Mazowiecką w stronę Ogrodu Saskiego, punktualnie o 15 był przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Żeby nie przegapić zmiany warty. Potem wracał do domu, oglądał «Teleexpress». O 17.15 dzwonił Andrzej Łapicki, rozmawiali kilka minut i potem ojciec wychodził na ostatni spacer. Szedł na Skarpę ulicą Foksal, a wracał Ordynacką, żeby przybić jeszcze piątkę z ulubionymi paniami z kiosku. Bardzo mocno strzelali się tymi dłońmi. Czasami była kolejka, więc czekał. Widziałam to kilka razy i namawiałam, żeby odpuścił. Ale nie umiał i nie chciał, to był jeden z rytuałów. Trzy lata po śmierci ojca zmarła pani Mirka. Kiosku przy Ordynackiej już nie ma. Niedługo po tym, jak odszedł, zamknęli też Krokiecik, gdzie jadał w weekendy. Czytelnik już nie jest taki sam, Blikle też się zmienił. To też była jakaś część energii, którą ojciec wytwarzał. Umarł, a wraz z nim tamten świat (Kot, który prześladuje Konwickich. Z Marią Konwicką rozmawiał Michał Nogaś, „Gazeta Wyborcza” z 29 kwietnia 2019 roku, nr 100).

Ktoś zapyta: gdzie Wleń, a gdzie Warszawa?

Odpowiem – proszę nie zapominać o tym, że świat jest jak wioska wirtualna.

Rozkwitający zapisek

O od lat nie wychodzę z domu. Najdalsze spacery kończą się na balkonie. Kochana żona Graszka, emerytowana nauczycielka, wykonuje mi nieraz zdjęcia telefonem komórkowym ursynowskich zakątków. Głównie są to miejsca, gdzie kiedyś zostawiałem ślady. Dzięki temu nie gorzknieję. Żartuję.

W kwietniu br. w internecie natrafiłem na wypowiedź o nauczycielach p. Urszuli Kozioł. Poetka i felietonistka wrocławskiego miesięcznika „Odra” ujmująco powiedziała: Rodzice to najlepsi nauczyciele, jakich miałam. Pracę w szkole traktowali jak misję – nie było mowy o nadgodzinach czy płatnych korepetycjach, od rana do późnego popołudnia zajmowali się młodzieżą. Po lekcjach prowadzili zajęcia teatralne, chór. Powodów do strajku nie mieli, bo pensje były wtedy tak pomyślane, że ludzie wykształceni mogli oddawać się swoim pasjom i przekazywać wiedzę. Lekcje powadzili zawsze w sposób interesujący, każda była przygodą.

Pamiętam, jak mama weszła kiedyś do pierwszej klasy z gałązką kwitnącego drzewa owocowego. Chociaż widzieliśmy takie gałązki już wcześniej – oczywiste, mieszkaliśmy na wsi, między piachami i lasami, nad rzeką Tanwią – to wtedy jakby pierwszy raz ją zobaczyliśmy. Mama opowiadała o gałązce, o nasionach i kwiatach, o owadach. Albo o tym, że jeśli na pniu drzewa owocowego widać bursztynową kulkę żywicy, gdzieś w pobliżu będzie też żuk jelonek.

Ponieważ pochodzę z okolic „Kwitnącej Jabłoni”, więc mam troszeczkę inne wspomnienie wiosenne. Chodziłem do Szkoły Podstawowej im. Wojciecha i Anieli Małżonków Górskich w Pamiątce, co leży między Tarczynem a Grójcem. Obiekt szkolny obejmował las i sad z ogródkami nauczycieli. Rosły wysokopienne czereśnie i jabłonie, oraz orzechy włoskie. Ówczesny kierownik szkoły, pan Józef Chodecki, miał z nami lekcje biologii w przyszkolnym sadku. Siedzieliśmy pod koronami czereśni pamiątkowskich. W wielkiej ciszy i dostojeństwie słuchaliśmy naszego Wielkiego Kierownika. W czasie zajęcia pytał, choć nigdy nie zabierał do sadu dziennika, to jednak w klasie wiedział, co się komu należy. Wyrywał i mnie kilka razy do odpowiedzi. Nieraz mówił: Przypomnij mi, Mirku, jak wrócimy do klasy, bym Ci postawił ze dwie piątki. Po powrocie do sali szkolnej, nie upomniałem się. Drżałem jak ten listek na czereśni pamiątkowskiej.

Do dziś pamiętam powroty, gdy zima na dobre zzuła się ze śniegów. Wiosną wyszedłem z Białych ścian, by wejść w Biel sadów, pod korony drzew. Z bijącym sercem pod żebrami śmigałem do Pamiątki.

Sad wyrwano, po ogrodach i wirydarzach nie ma śladu, wycięto aleję światłolubnych kasztanowców przy trasie E77. (A gdzie będziecie szukali światła? – zapytam tych, co szukają cienia, a nie piły i siekiery).

Zostało wzruszenie pamięci – zdeptany owoc i kwiat, jak pisał Stanisław Wyspiański. Przywołuję Autora Wesela, bo rzecz dotyczy szosy tzw. krakowskiej.

Poza tym ilekroć czytam, jak człowiek postępuje z naturą, tylekroć powraca do mnie to, co pisał Cesare Pavese (9 IX 1908−27 VIII 1950), poeta-włóczęga, debiutował w 1943 roku tomikiem Praca męczy, 15 października 1945 roku zanotował: Co powiedzieć, jeśli pewnego dnia zjawiska naturalne – źródła, lasy, winnice, pola – zostaną wchłonięte przez miasto, znikną, i jeśli spotykać się je będzie jedynie w starożytnych tekstach? Będą robić wrażenie „theoi” [bogów] nimf, naturalnych świętości, jakie wyłaniają się czasem z wierszy greckich. Wówczas zwykłe zdanie: «było raz pewne źródło», będzie wzruszać (Rzemiosło życia. Dziennik 1935-1950, PIW, Warszawa 1972). Cytuję, bo nie mam w zwyczaju wołać na puszczy. Pisarz nie poucza, bo wie, że Lekcji się nie daje, lekcje się bierze. A życie wycina co rusz różne nauczki. Im dalej zdążamy, tym więcej wykarczowanych drzew i źródeł, co wyschły. Przed nami. Poza tym coraz większy deficyt dotrzymywania słów i przyzwoitego zachowania.

Innymi słowy, nie mylmy pojęć, nieraz powtarzam, bo co rusz ktoś nas bombarduje, tj. upublicznia to, co się powinno mówić w cztery oczy, zaś to, co jest kameralne, nagłośnia.

Ściągawka

Maleńka karteczka sporządzana przez uczniów/studentów i używana ukradkiem podczas klasówek, testów i egzaminów. Pamiętam jak koleżanki drobnym pismem, tzw. maczkiem, pisały na paseczku papieru, drobiły zdania starannym ściegiem, a potem przyczepiały do wnętrza spódniczki albo chowały do piórnika, albo za dekolcik. Pociesznie to wyglądało, gdy sięgały i odsłaniały zgrabne nóżki, objęte pończoszką. Widziałem dreszcz na ich twarzy, jakby ich ktoś przyłapał in flagranti. Dziewczynom grzywki pot z czoła schładzał. I to była ich zmyłka. Za to chłopcy ściągi upychali w kieszeniach marynarki albo wkładali do skarpety. Kiedy po nie sięgali, odsłaniali owłosione łydki, i był nieraz z tego ubaw, że nie potrafią tak, jak dziewczynki, ściągać dyskretnie i ukradkiem, żeby nikt nie widział z grona tych, co pilnowali. Po klasie nieraz krążyły ściągawki. Jak suche śnieżynki.

Ku pamięci przytoczę ciekawostkę, co jak sucharek.

Dzięki prof. Zdzisławowi Szelągowi (1932−2011) z Grójca świat się dowiedział, że w mieście nad Molnicą Władek Bet..er napisał w 1934 roku Odę do ściągania, która zaczyna się tak niewinnie:

Tyś przyjacielem jest przy egzaminie,

Kto z Tobą trzyma – dwója go ominie,

Tyś milion w sumie!

Tyś jest ucieczką, gdy się nic nie umie,

(…).

Szerzej o tym można przeczytać w monografii pt. W przeddzień 100-lecia Liceum Ogólnokształcącego im. Piotra Skargi w Grójcu 1912-2012, tom 2 Z tradycją w XXI wiek, opracowanie pod redakcją Zdzisława Szeląga, Towarzystwo Literackie im. Adama Mickiewicza Oddział w Grójcu, Grójec 2009.

I kiedy zbliżam się do pointy, to jest mi głupio, bo muszę się przyznać, że nigdy nie ściągałem, choć redagowałem taką harmonijkę, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zaczną się schody, ale jej nie zabierałem. W czasie egzaminów przypominałem sobie to, co zaczerniłem na luźnych fiszkach, starannie złożonych w schodki. Z lekką przesadą dodam, że (krótkim) bratem ściągawki jest przypisek. Jawny.

Ściągawka – szkolny ścinek strachu. Śmieciuszek.

18 sekund

Z okazji Dnia Kobiet Tyska Strona Poezji zamieściła życzenia, oraz filmik z udziałem dwójki dzieci, około 2 lat. Dziewczynka zbiła kolana, a chłopczyk jak to zobaczył, to przestał sprzątać miotełką. Przybiegł z odsieczą. Uklęknął i zdarte miejsce na kolanku uroczo pocałował. Dziewczynka otrząsnęła się z bólu i popędził przed siebie, zaś on chwycił za miotełkę i wrócił do sprzątania. Tego zapewne nauczyła go mama, bo kiedy upadł, to przybiegała pędem. Dezynfekowała, chuchała i pocieszała, że kiedy pocałuje, to szybciej się zagoi. Ból odchodził, zaś pocałunek się w nim rozpływał, jak ulga.

Całość trwa li tylko 18 sekund. Na YouTube można obejrzeć filmik o tym, jak powinien wyglądać ten (mały) strumień uczuć ludzkich.

Dawno nie oglądałem takiego zdarzenia o tym, jak należy łagodzić szorstkość, która na nas czyha. Zewsząd. Oto przykład z dołu, który mnie poruszył.

Ponieważ w Polsce zarządzają redukatorzy wolności, więc przypominam, że w wirtualnej przestrzeni można znaleźć filmik, który jest dobrym przykładem, nie tylko dla dorosłych. Co ja wypisuję? To jest wzór!

Klin

Chodziłem do klasy, gdzie były ławki drewniane z dziurką na kałamarz. Pisaliśmy stalówką z nasadką. Nieraz spadła kropla i kleks się rozlał, więc szybko go zbieraliśmy bibułą.

Tylko tablica została oraz szmatka i kreda, co się łamie.

Jestem niepraktykującym magistrem pedagogiki specjalnej, więc z estymą staram się pisać i mówić o placówkach oświatowych, pod dachem których nauczyciele-wychowawcy, uczniowie, woźni z pękiem kluczy, obsługa techniczna oraz panie z kuchni. Szkoła jest zawsze otwarta. Jak nauka. Nawet w wakacje, choć wtedy trudno zauważyć. Tym, którzy nie lubią szkoły, więc chcieliby się od niej wywinąć, przypomnę, co na ten temat pisał absolutnie niepoprawny romanista, Edward Stachura, pseudonim Sted (1937−1979). Niech wyimek  będzie jak klin między tymi, co robią na złość polskim nauczycielom-wychowawcą, a tymi, którzy niosą kaganek oświaty. Ignorancja i buta władzy zawstydza grono nauczycieli oraz uczniów. Przeczytajcie: (…) Szkoły są po to – się pomyślało – żeby było łatwiej żyć. Do szkoły chodzi się po to, żeby się samemu za dużo nie nauczyć. Bo gdyby nie chodzić do szkół, to można by dużo więcej samemu się nauczyć, za dużo więcej, i wtedy już zupełnie nie można by było żyć wśród ludzi i ich szkolnych problemów. Szkoły są dobre. Mądre nie są, ale dobre są. Szkoły są jak dla wnuczka, wnuczki – dobry dziadek, dobra babcia. (…).

Majowa refleksja

Nauczyciel jako drzewiej mawiano bakałarz albo belfer, był szanowany, a nie pomiatany. Sympatycznie żartowano z tych, co nieśli kaganek oświaty. Seweryn Zenon Sierpiński (1815−1843) pisał: Śmiejesz się z pana bakałarza, iż starszy dzieci swoją rózgą brzozową. A Juliusz Słowacki (1809−1849), przewidział  to, czego doczekaliśmy w 2019 roku, pisząc:

Jako bakałarz szkolny w duszę dzieci siejesz

Naukę, aby wstali przed zbielałym włosem. —

Pamiętaj, że są ludzie tknięci nieszczęść ciosem,

Ludzie z bijącym sercem i z duszą płomienną,

Których włosy zbielały w jedną noc bezsenną;

Więc ich uszanuj — wstań przed nimi, stare dziecię…

Przypominam cytat z Kordiana, bo nie mam pewności, że obecne władze Polski go znają. Bo gdyby mieli wykuty wyimek na tzw. blaszkę, nie postępowaliby z nauczycielami-wychowawcami i nie podeptali ich oraz uczniów nadziei. Wstyd, że inni skrewili, więc pozostał niesmak. Czyli jako drzewiej mawiali: że tak nie uchodzi!

Czesław Mirosław Szczepaniak

Fot. Grażyna Szczepaniak, Kwitnąca gruszka polna na Psiej Górce, Ursynów. Zdjęcie w formie znaczka umieścił Zbigniew Janeczek z Eufeminowa.

%d bloggers like this: