Na miarę Wlenia (22)

Cichy przykład

W kwietniu br. pozbyto się alei kasztanowców, które rosły przy trasie E7. Ważniejsza była budowa nowej trasy wylotowej S7 – węzeł Tarczyn Południe – Pamiątka. Czyli 7,9 km. Stało się to 36 km od rogatek Warszawy Okęcie. To właśnie tu dzieciaki, wracając pod jesień ze szkoły, klęczały, żeby pozbierać owoce pięciopalczastego kasztanowca.

Nie było larum, że niszczą słoneczną stronę okolic Kwitnącej Jabłoni. Że zdzierają sady i pola uprawne. Obyło się bez protestów. I zrobiło mi się głupio, że dopisano kolejne strony do księgi pn. dzieje głupoty polskiej.

Oto jak moi krajanie dali się wyrolować, żeby jazdę do Radomia przyspieszyć. (Brakiem inteligencji się wykazali, więc zadałem sobie pytanie: kto im buchnął zdrowy rozsądek?). A przecież Radom to taka miejscowość, o której można śpiewać na nutę świętokrzyską: Kielce, nasze Kielce, / z obrośniętą trawą, / gdyby nie stodoła, / byłyby Warszawą.

Za to w Cichym koło Świętajna, woj. suwalskie, w maju świętowano, bo uratowano przed wycinką 74 sędziwych dębów. Z drzew usunięto martwe konary, zabezpieczono wiązaniami linowymi. Dzięki temu uratowano aleję dębową z XIX wieku przy brukowanym gościńcu, jako część pałacowo-parkowego majątku ziemskiego rodziny Witing. Okoniem stanęli członkowie stowarzyszeń: Szeskie Wzgórza i Rozwoju Wsi Cichy, oraz inni. Odsłonięto tablicę, gdzie opisano zmagania, aby nie pozbywano się chorych drzew. Żeby aleja dębowa była w krajobrazie. Przyznano dyplomy Honorowego Żołędzia.

Jako ciekawostkę przypomnę, że istnieje podanie ludowe, które mówi, że wróble odlecą od nas na zimę wtedy, kiedy spadnie z dębu ostatni liść, a liście do reszty spadną wówczas, gdy odleci do ciepłych krajów wróbel (Maria Ziółkowska, Gawędy o drzewach, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983).

Oto przykład lokalnego patriotyzmu, który uczy, żeby przywiązywać się do tego, co wczoraj i co będzie jutro. Że tylko drzewa wyszumią nam kraj lat dziecinnych i młodości.

Informuje o tym, bo sprawę warto nagłośnić, szczególnie teraz, kiedy tylu się rwie do mechanicznej piły i siekiery. Na pewno nie jest to pedagogiczne, co napiszę, ale na uspokojenie niektórzy powinni dostać z liścia. Że Pamiątkę zniszczyli. Gdybym był zdrów, to bym włożył miseczkę żołędzia (kapuła, szupinka) między palce i wygwizdał tych, którzy podejmują takie decyzje, że ręce opadają od klawiatury komputera, bo nie ma się czym chwalić, tylko wstydzić, niestety.

Dzieci

1. Kiedy władze miejscowości podejmują decyzję, żeby przygarnąć do siebie chore dzieci, to mogą liczyć na wdzięczność pacjentów i opiekunów. Włodarze zasługują na to, żeby o nich napisać, że są mądrzy. I niech sobie plują na ten PRL, bo nie widzą, co wygadują. Wleń przyjął dzieci do swojego myśliwskiego dworku Leśny Dwór i wykazał się troską oraz serdecznością. I nie trzeba było żadnej orkiestry. Świątecznej ani powszedniej.

I latami to trwało, póki pożar nie strawił sanatorium PKP.

5 kwietnia 1992 roku w Domu Kultury we Wleniu w czasie akademii po I Memoriale Ulicznym im. Michała Fludra wygłosiłem ze zwoju mowę. Oto jak się wygłupiłem, mówiąc m.in.:

I znowu Wleń…

Kolejne spotkanie z ludźmi i okolicą, która jest mi bliska. Jak koszula ciału. Starzeje się, ale… widzę w zachwycie. To, co zostało wytarte z pamięci, zyskuje nowy ryt.

Blakną strony gazet, w których tyle razy pisałem o Wleniu. Na pewno można mi zarzucić, że pisałem o dobrych stronach. Nie w moim stylu wytykać palcami, i ciągle być na nie.

Nie gaśnie mój entuzjazm do Wlenia; choć Lwówek Śląski też mnie kusi. Myślę, że rzeka Bóbr pogodzi te dwa dolnośląskie grody. Gdy Bóbr mnie zawiedzie, to napiszę skargę na skrzydełkach jaskółek.

Przyjeżdżam tu, żeby powiedzieć dwa słowa:

nie zapomniałem.

Pamiętam, że właśnie we Wleniu dochodziłem do zdrowia.

Ileż ludzi musiało pochylać się nade mną, żebym mógł iść przez życie o kulach. Iść i strasznie się dziwować, że już tyle przeszedłem i nie wstydzę się swoich śladów.

I znów Wleń…

Przyjechałem, bo tu jest początek moich pasji i zamiłowań, które opierzały się w dzieciństwie. W sanatorium Leśny Dwór leczyłem się, sprawiałem kłopoty wychowawcze, redagowałem ścienną gazetkę Echo Leśnego Dworu. I chwalę to sobie. Dzisiaj sanatorium Leśny Dwór nie może doczekać się na chore dzieci. Wleń kocham za to, że pochyla się nad chorymi dziećmi. Gdyby to miasto nie łagodziło bólu i cierpienia dzieci, nie przyjechałbym tu za żadne pieniądze. Kto tych spraw nie dopuszcza do siebie i zapomina o chorych dzieciach, ten nie zna Wlenia! (…).

(Upomniałem się o Wleń kuracyjny – leczniczy, uzdrowiskowy. Dla małych i dużych pacjentów).

2. Dytyramb na temat chorych dzieci we Wleniu potraktowano, jak to bywa w Polsce, wleciało jednym uchem, żeby drugim wylecieć. Czyli jak lufę z klasy. Pewnie pomyślano, że znowu przyjechał Szczepaniak z Ursynowa i kijem miesza w rzece Bóbr; próbuje palcem robić dziury w wodzie. Otóż Czesław Mirosław doskonale wiedział, co mówi. Że dotrzymuje słów, które ze zdaniem się liczą. I teraz powtórzę jeszcze raz, bo mam już swoje lata i bródkę – miejscowości, które troszczą się o chore dzieci, zawsze mogą liczyć na dobrą pamięć i dług wdzięczności. Tak już jest w życiu, że ze szkoły podstawowej zapomni się nauczycieli, ale do końca doczesnej wędrówki się pamięta tego, kto nas uczył i wychowywał w I klasie. Panie nauczycielki, które uczyły pisać, rachować, czytać i dobrych manier.

3. Jestem absolwentem Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie, niepraktykującym magistrem pedagogiki specjalnej, więc sprawę latorośli tak opromieniam, żeby było jasno. Nie dopuszczam żadnych krzywd. Zero tolerancji dla tych, co psują dzieciństwo i młodość. Przepraszam za surowość, ale… zero tolerancji dla tych, którzy robią wszystko, żeby w oczach dzieciaków były łzy (wyjątek dotyczy tylko łez szczęścia). Mądrze pisał dr Janusz Korczak: Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat.

Tak nakazuje poczciwość − słowo tak rzadko używane na co dzień, że aż nie chce się wierzyć. Zapewne gdyby w szkole na lekcji polskiego nie przerabiano Mikołaja Reja Wizerunek własny żywota człowieka poczciwego, w którym jako we zwierciadle, snadnie każdy swe sprawy oględać może. Zebrane i z filozofów, i z różnych obyczajów świata tego (1558), to by trzeba iść do lamusa i odkurzyć stare słowniki.

(W 2018 roku przypadało 460-lecie dzieła Reja z Nagłowic, pastuszka języka polskiego. O tym wspominam jako 1. i jest mi głupio, kolejny raz, że wychodzę przed szereg, gdzie miejsce m.in. dla orkiestr dętych i innych, co tak się napinają jak bęben. Napisałem o tym oddzielny tekst, który został odrzucony przez polskie redakcji).

Słowo poczciwe jest rzadko używane w III RP, więc to daje dużo do myślenia. Józef Ignacy Kraszewski (1812−1887) miał dylemat: Powitaż nas kto słowem poczciwym, pożegna dobrym życzeniem (…).

Jaka stąd dla nas nauka?

Ano taka, żeby podczas przywitania zostawiać coś, co się przyda podczas pożegnania. Jeszcze.

Trzech z „Górki”

W latach w latach 60. XX wieku przebywałem w sanatorium na „Górce” w Busko-Zdrój. Były to czasy, kiedy trzymaliśmy się razem: Jurek Kamizela z Kielc, z ul. Zamkowej i Zbyszek Janiszewski z Radomia z ul. Ludwika Solskiego, zaś ja z Kopanej koło Tarczyna, wioseczki. Mówiono o nas: Święta Trójca z Grójca. To wystarczy za komentarz, jakie to robiliśmy cuda na tej Górce. Byliśmy widocznym znakiem, o którym nie ma żadnej wzmianki, nawet w Instytucie Pamięci Narodowej. Oto kolejny dowód na niepamięć, choć przysłowie poucza, żeby nie zasypiać gruszek w popiele. Mówiąc pastewnie – wiedzieć, co w trawie piszczy.

Piszę o tym, żeby ludzie wiedzieli o tym, jak Grójec stracił trzech świętych. Może nie do końca, bo w czasach rozluźnienia i ekumenizmu, wystarczy tylko nieco poszerzyć sito i przeciśniemy się we trójkę: Jurek, Zbyszek i Czesław Mirosław. (Oczywiście, że Jurek będzie z tatą Marianem Kamizelą).

Nie ulega wątpliwości, że to był wielki komplement, bo takiej reputacji nie mieli nawet Pankracy, Serwacy i Bonifacy, którzy weszli w przysłowie jako źli na ogród chłopacy.

Wrocławskim szlakiem krasnoludków

W maju 2019 roku moja córka Ania pojechała z Michałem i córeczką do Wrocławia, żeby przejść się szlakiem krasnali* oraz przyczepić kłódkę na moście Tumskim, jak czynią zakochani – z miłosnego klucza. Cicerone była Maja Graboń, rocznik 2014. Spośród zdjęć wrocławskich, jakie wykonali, wybrałem 5-letnią wnuczkę, która położyła rączkę na książkę, jaką trzyma mistrz ds. słów, co się rzekło i zapisał kronikarz krasnali, który przypomina pana prof. Jana Miodka.

Maja jest drobna, więc Wrocław musi poczekać, żeby ździebko dorosła i odkryła w jego zaułkach pozostałe krasnoludki: Antykwarka, Bajdusia, Bibliofila, Drukarza, Edukacjusza, Gazeciarza, Skryby i innych.

Prof. Jan Szczepański, socjolog, w eseju pt. Wyobraźnia m.in. serio napisał: (…) Bardzo mi się podoba grecka legenda o człowieczku siedzącym w naszej głowie, który w niej wyciska myśli. Bardzo zazdroszczę Sokratesowi jego daimonionu. Bardzo mi się podobają legendy o krasnoludkach i skrzatach. Uczony, który ich nie ma, traci wiele. (…) (Sprawy ludzkie, Wydanie II rozszerzone, Czytelnik, Warszawa 1980).

Przed laty ukradkiem też skrobnąłem wierszyk pt. Krasnoludek, napisałem go na pamiątkę, bo nigdy nie wiadomo, czy mnie wnuki (Maja, Zuzia, Stasio) nie zapytają o tego gnoma. Zawsze jest lepiej mieć coś w zanadrzu, niż świecić oczami. Oto liryk jaki wystukałem pod dyktando serca, na marginesie wyobraźni:

 Krasnoludek, niby taki na niby,
a jaki odważny. Nie straszny mu
las, co czesze niebo. Tylko on w
dzieciństwie się nie bał przemycać
bajki i baśnie; zagubionych szturchał.
Dodawał odwagi. Uśmiechem wspierał.
A jak się zezłościł, to rwał z brody włosy.
Apetyt zwilżał kropelką rosy, którą wiatr
wykołysał na źdźble trawy, wiatrem dosmaczał.
Na łysych ścieżkach igłą sosny drapał,
że znalazł zagubione piórko.
Że szmer nie jest straszny,
wystarczy się tylko wyciszyć.
Drzemał na mchu, z ręką pod głową.
Liściem paproci się zasłaniał.
A kiedy mu humor dopisał, kołysał się
na nici pajęczej, długiej jak tęsknota.
Na listku osiki gwizdał pieśń bez słów,
że to, co najniższe, zawsze jest bose.
Że ci, co są na górze, zawsze się lubią.
W Polsce tworzył podziemie, zaś w
Danii sprzedawał żeglarzom wiatry,
zamknięte w chusteczce do nosa.

Jakie czasy, taka baśń

Drzewiej klasyczne zakończenie baśni brzmiało: I na tym kończy się ta historia. Jeśli dotąd nie pomarli, to żyją do dzisiaj. Adam Mickiewicz zakończył Pana Tadeusza trawestując baśń ludową: I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem, / A com widział i słyszał, w księgi umieściłem.

W XXI w., kiedy namnożyło się tyle księżniczek i królewiczów − zdążono upleść pociechę: A po rozwodzie ich adwokaci żyli długo i szczęśliwie.

Ponieważ jestem człowiekiem starej baśni, więc zacytuję Leopolda Staffa, który potrafił uspokoić (nerwów) drżenie: Hej! królewny, karły, krasnoludki! /Do mnie tutaj! Będziemy rozpędzali smutki! (Było to dawno…). Stary poeta, z bródką jak koziołek, ruszał z małym zastępem na odsiecz radości, która znalazła się w tarapatach. A potem w zaciszu, subtelnie rozpisywał to, co inni kładli jak kawę na ławę. Szyfrował rąbek tajemnicy. I nie ustaffał!

Serce

1. Pisać o sercu to sama przyjemność, choć bije w klatce piersiowej, jak chuligan. Żartuję. W tej pikawce jest skarb życia. To jest mózg układu krążenia. Z niego się bierze zdrowie i choroba. Napisałem o tym oddzielny tekst, który został odrzucony.

2. Maria Konopnicka ( 1842−1910 ) w baśni O Krasnoludkach i sierotce Marysi aż cztery razy pisze o tym mięśniu, który tak ciężko pracuje. Oto wyciąg i drobny komentarz.

Autorka Co słonko widziało o ogromnej księdze Koszałka-Opałka m.in. skrobie: Co widział, co słyszał, to spisywał wiernie, a czego nie widział i nie słyszał o zmyślał tak pięknie, iż przy czytaniu tej księgi serca wszystkim rosły. Pisząc wszystkim miała na uwadze Krasnoludki. To znaczył, że większość z nich umiała czytać. Jak było z kreśleniem słów? Nie podaje, więc z ręką na sercu powiem – nie wiem.

Drugą wzmiankę kardiologiczną można znaleźć w rozmowie lisa Sadełko z Koszałkiem-Opałkiem, który jak chwalipięta się rozgadał: Trzeba ci wiedzieć, kochany kolego, że serce mam litościwe bardzo, bardzo! Po prostu tak miękkie jak masło majowe! Oczywiście, że udawał, że sercem był przy sierotce Marysi, oblizywał się, żeby dopaść jej 7 gąsek, co pasła. Takie myśli chował w głębi (lisiego) serca i cały czas myślał, jak złapać kapłona, kurę, gęś, kaczkę. I zjeść, i pióra pozostawić, żeby zwalić to na wiatr, który zwierzęta chrupie do kości. Wypyszniał się i ogonem zacierał ślady, jakie prowadziły do kurnika (i nie tylko!). Z ciężkim sercem się o tym czyta. Oczywiście, że traci się serce dla takiego kogoś, jak lis Sadełko.

Trzeci wtręt o serduchu znalazłem, jako komentarz, że złość kobiecie szkodzi nie tylko na urodę. Kiedy pewna niewiasta wściekła się na Podziomka, wtedy jego pobratymcy obiecali, że jak go wypuści z rąk, to nasypią jej w zapaskę talarów. Już babie serce zmiękło, kiedy o talarach posłyszała, (…) i wyrzuciła Podziomka na śmietnisko. Spadł jak kamień z serca.

Czwarte napomknienie mocno chwyta za serce. Otóż Podziomek w lesie zobaczył wynędzniałą i ubogo odzianą kobietę, która śpiewem pocieszała swoją niedolę. Łakomczuch słuchał śpiewania, a litość wzbierała w jego poczciwym sercu.

W tym miejscu mam drobną uwagę, Koszałek-Opałek powinien mieć dywiz, czyli łącznik (-) w postaci krótkiej poziomej kreski (krótszej od pauzy i półpauzy). Przypominam, że to był mąż uczony. Dzisiaj byśmy powiedzieli – nauczyciel objaśniacz, co ogłasza wiedzę i nie stawia stopni. Jako drzewiej mawiali chronograf, dziejopis, kronikarz, co pisał gęsim piórem.

To nie drobiazg korektorski, ale uwaga czytelnicza.

Nie zapominajmy o tym, że kiedy kichają krasnoludki, niejeden chłop wzdycha: Oho, grzmi! Skręciła zima karku!

3. Jak się czyta baśń Marii Konopnickiej, to serce mocniej bije. Czuje się w jego głębi serdeczność, z jaką pisała o doli i niedoli poetka z Suwałk. Czasami serce się kraje, że nie możemy pomóc komuś w nieszczęściu. Że los nie rusza na odsiecz, kiedy zło chce nas drapnąć.

Autorka Na jagody pisała z dobrego serca. Na miarę serduszka Krasnoludków i dzieci-pastuszków, które na bosaka chodziły od wiosny do pierwszych przymrozków. Nieraz pisały patykiem na ziemi, że tak by chciały iść do szkoły.

4. Powtórzę jeszcze raz – pisanie dla dzieci to nie darcie pierza, to wielka sztuka, ale o tym wiedzą tylko ci, co skubią serce po kawałku.

Pisarze starej daty natchnienie traktowali jak doping. Byli tak oczytani, że słychać szelest lektur między wierszami. Gdyby nie szkoła, nikt by o nich nie wspomniał (sic!).

O tym, jaka to jest sztuka pisania, świadczą różne kwiatuszki z wiązanki pt. Humor z zeszytów szkolnych. Oto dwa przykłady wydarte z kajetów:

Cel uświęca Sierotki.

Sierotka Marysia służyła do spełniania życzeń gospodarza, a na swoje potrzeby miała tylko psa.

5. Mam już swoje lata (60+), a powracam do utworów Marii Konopnickiej.

Jest stosowne miejsce, żeby tym, co mi pomagali czytać, śpiewać oraz rachować, z całego serca powiedzieć dziękuję.

Dzieciństwo czasami bywa jak kocyk. Dogrzewa.

Czesław Mirosław Szczepaniak


* Wrocławskie krasnale zainspirowały inne miasta. W Suwałkach powstał Baśniowy szlak pn. Zaułek Krasnoludków (www.basniowyszlak.pl), którego gospodarzem jest Muzeum im. Marii Konopnickiej w Suwałkach. Na trasie można spotkać 10 krasnali wyjętych z baśni O krasnoludkach i o sierotce Marysi (projekt rzeźbiarza Piotra Makały, wedle wzoru ilustracji Jana Marcina Szancera). Podaję wedle hierarchii: Król Błystek, Kocie Oczko, Koszałek-Opałek, Modraczek, Pakuła i Mikuła, Pietrzyk, Podziomek, Sikorek, Żagiewka.

Tomasz Moczek wykonał rzeźbę Koszałka Opałka, która stanęła przy Przedszkolu Miejskim nr 3 im. Koszałka- Opałka w Legionowie, ul. Zegrzyńska 71. W kwietniu br. obchodzono 11. urodziny dziejopisa krasnoludków. Po przedstawieniu W trzmielowej gospodzie, odbył się występ pn. Zaśpiewajmy Koszałkowi-Opałkowi. Po części artystycznej wniesiono tort. I było tak słodko, że tego nie da się opisać.

%d bloggers like this: