Na miarę Wlenia (27)

J wyciągnięte z i

Michał Fluder latami nie mógł się doprosić ówczesnego kierownika szkoły w „Leśnym Dworze”, żeby mógł ukończyć wyższe zaoczne studia. Szef zawsze miał na końcu języka: Nie! (Czyli jeszcze nie teraz). Śpiewka brzmiała latami jak puzon. Pryncypał był jak instrument dęty ówczesnej władzy. Do czasu. Póki się nie nawrócił, chociaż w takie coś nie wierzę – bez przesady nie ma cudów.

Dopiero po latach udało się zrealizować marzenie, jakie miała jego matka, pani Katarzyna.

Michał obronił w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu, Wydział Zaoczny, pracę magisterską, napisaną pod kierunkiem dr. Władysława Jacka Paluchowskiego pt. Analiza wybranych prac plastycznych pacjentów Sanatorium PKP we Wleniu dla dzieci przewlekle chorych, Poznań 1987 r.

Pracę dyplomową wespół z żoną Graszką przepisywałem na maszynie do pisania, z długim wałkiem, przy okazji dokonaliśmy drobnych korekt.

Mój starszy kolega, jak każdy rasowy malarz, nie lubił pisać. To tak na marginesie – reszta nie będzie tajemnicą. Mówiąc po literacku: zapomnienie i pamięć lubią komponować (Jorge Luis Borges, Inny pojedynek, przekł. Zofia Chądzyńska).

Z kochaną żoną ustawiliśmy bibliografię, przecież oboje już byliśmy dawno po studiach. Ja tłukłem na maszynie do pisania, którą wypożyczyłem z Młodzieżowej Agencji Wydawniczej, gdzie pracowałem na tzw. chleb i coś do popicia. Maszyna miała długi wałek. Waliłem przez 3 kartki, żeby było w 4 egzemplarzach.

A kiedy Michał wpadł po odbiór swojego dzieła, to powiedziałem, że jeszcze… Orzekł: To nic. Poczekam…

Szybko wyjaśniłem: Witamy pana magistra Michała Fludra…

I wręczyłem mu maszynopis. Michał zaczął mówić coś o zapłacie, że ma na pracę przeznaczone pieniądze. Że… Ostro zareagowałem. Czy chcesz Michale doprowadzić do scysji na Ursynowie? Przecież nie umawialiśmy się na jakiś interes? No i zaczęliśmy Michała gościć, jak (spóźnionego) magistra. Stół był po naszej stronie. Z Graszką byliśmy świadkami jego radości.

A kiedy jesienią zjawiłem się u pani Katarzyny Fludrowej, to mi powiedziała, że powinienem wziąć zapłatę. A ja na to: Pani Katarzyno, Michała praca jest bezcenna, bo dotyczy „Leśnego Dworu”, więc pieniądze tu nic nie znaczą.

Pani Fludrowa zmrużyła powieki, pokiwała głowę, a potem wznieśliśmy w górę toast za mgr. Michała Fludra, który do nas doszlusował o szarej godzinie.

Michał późno pod osłoną nocy wrócił do domu przy ul. Karola Wacława Świerczewskiego, który – jak głosi legenda – gieroj generał. Jego patron ulicy był na monecie 10-złotowej (z 1967 roku) oraz na banknocie 50 zł (1975−1994), a także na znaczkach. Pisali o nim wierszem (Władysław Broniewski, Paul Éluard, Mieczysław Jastrun, Robert Stiller) i prozą (Janina Broniewska, O człowieku, który się kulom nie kłaniał, 1948). Ze zdjęć w szkolnym podręczniku zapamiętałem, że generał pułkownik Armii Czerwonej i generał broni Wojska Polskiego miał pełną pierś medali, choć żył tylko 50 lat (1897−1947). Że pod Jabłonkami (Bieszczady) został trzykrotnie trafiony. W szkole nas o tym uczyli, więc wkuwaliśmy na blaszkę fakty, o których po 1989 roku się nie wspomina. Przez szkiełko historii widać, jak zmienia oko epoki i zamazuje. Wyciąga się i na j, jak stare gwoździe (metalową) łapką. Czyli łomem, co ma na końcu przerwę jak w zębach – górnej 1. i 2.

Po napisaniu tej cząstki przypomniał mi się liryk, który napisał Józef Gielo (1934−1981):

Myślałem, że w grający pył

rozbiła się kropelka rosy

ale to był węzełek strun

splątany brzęk skrzydełek osy. Przepraszam.

Między prawdą a kłamstwem

Ludowa mądrość głosi, że kłamstwem daleko zajdziesz, ale nie powrócisz. Jest w tej sentencji pewne, ale …, bo mądrość poucza też, że kłamstwo ma krótkie nogi, więc zajść daleko nie może.

Jak w takim razie wytłumaczyć sobie te dwie ludowe mądrości?

Zdrowy rozsądek podpowiada, że trzeba mieć w kłamstwie łut szczęścia, co wcale nie znaczy, żeby kłamać.

Kłamstwo ma krótkie nogi, ale skandal ma lotne skrzydła – mawia się w Niemczech.

Kolumnę poświęcono słowu prawda w Słowniku języka polskiego. O kłamstwie napisano trochę więcej i to daje dużo do myślenia.

Mówią, że piekło jest kłamstwem wybrukowane, czyli wyślizganą prawdą. Wiem, że człowiek, który mówi prawdę jest na pewno samotny.

Kłamstwo ma wiele imion. Prawda ma imię i nazwisko prawda.

Seneka pouczał: Prawda nie lubi czekać.

Jest prawda, jest święta prawda, jest gówno prawda – jak mawia przysłowie. Ale o tym, co w ludziach drzemie milczą leksykony i słowniki poprawnej polszczyzny, więc piszę pełną gębą.

Prof. Leszek Kołakowski w czwartym przykazaniu Hendekalogu inteligenta pisze: jeśli już musisz publicznie kłamać, zawsze pamiętaj o tym, które z twoich kłamstw łatwo jest wykryć („Tygodnik Powszechny” 2009, nr 1-2 )

Wszyscy narzekają, że nie ma prawdy na ziemi, ale prawdy nie ma też i wyżej (Aleksander Puszkin, Mozart i Salieri).

Z przysłowników

Polskie przysłowie poucza − Porwał świerszcza za skrzydło, czyli zaczepił rozgniewanego. Mam już swoje lata, więc jestem uodporniony na wszelkie objawy złośliwości. Nie muszę prosić Słońca, żeby nie zachodziło nad moim wzburzeniem. Trzeba się pogodzić z paradoksami życia, w które los wbija zagadki.

Inne przysłowie poucza, że co się odwlecze, to nie uciecze. Lepiej, żeby nas tak nie pocieszali, abyśmy mogli w swoim czasie nacieszyć się tym, co nam się należy. Życie jest za krótkie, aby długo rozpatrywać swoje przykrości. Umieć kogoś w porę docenić, to jest heroizm. Patriotyzm. Cichy, więc nie trzeba od razu telefonów komórkowych, kamer, ścianek, fotoreporterów, radia, telewizji, internetu, oraz instagramów (sic!).

Korzystniej zaciskać powieki niż pięści, gdy nas trafi wzburzenie, że słowo poszło nie tak. W zdanie.

To, co dziś robisz – jutro (może) oceni. Niekoniecznie.

Glosa polska

Z tego, co się dzieje w Polsce, nie wiadomo, którą grają część Dziadów Adama Mickiewicza. W 3 ½ RP rozwiązuje się problemy martwe, stawia pomniki, odsłania kolejne tablice, sprzedaje się chmury ze smogiem. Trwają uroczystości funeralne, więc ogranicza się środki na to, żeby rozwiązywać na bieżąco problemy żywych. Nie trzeba wcale być aż tak bystrym obserwatorem, żeby dojść do wniosku, że w godle naszego kraju powinien być cietrzew, a nie orzeł biały na czerwonym tle.

Przypomnę, że samiec z rodziny kurowatych ma czarny tułów z metalicznym, granatowym połyskiem, a nad oczami czerwoną brew. Na ciemnobrązowych skrzydłach dwa białe pasma piór. Ogon w kształcie liry.

Jeżeli ktoś myśli, że żartuję, jest w błędzie. Wystarczy chwycić za pilota (TV), włączyć radio, odpalić internet, lub zajrzeć do papierowego wydania gazet i… wyjdzie zacięta twarz kraju, w którym gorszym sortem są ludzie mądrzy, szlachetni, uśmiechnięci. Z polotem. (Bez pierdoletów).

Pogoda

To nie jest taki, jakby się wydawało, bezpieczny temat. Ale na pewno sympatyczniejszy niż polityka. W telewizji oraz w internecie odnotowują temperaturę w miejscach, które są z dala od centrum.

Ba! Podają aurę długoterminową w ciekawych miejscach. Ci, którzy tam mieszkają, są poruszeni i pytają: dlaczego akurat nas wybrali? Oczywiście, że taka ciekawostka jest jedyną, jaka się pojawia o miejscowości. I zostaje w pamięci tyle, ile trwa to, co drukują w gazecie albo na paseczku na dole telewizora, albo w internecie.

Dobrze by było, żeby oprócz bieżącej i długoterminowej prognozy podawać też pogodę ducha mieszkańców. Stałych i przyjezdnych.

Może by to oczyściło (lokalną) atmosferę?

I byłoby więcej pogody. Przepraszam, zgody.

Nawała psujów

To, co się wyprawia w Polsce i na świecie, można nazwać mokrym słowem wtopa. Wyraz ten ma wiele synonimów, podaję w kolejności alfabetycznej, choć nie ma w nim nic z szyku: bankructwo, blamaż, dyskredytacja, dzban, fiasko, hańba, kaszana, klapa, klęska, klops,

kompromitacja, krewa, niepowodzenie, niewypał, obciach, ośmieszenie, porażka, poruta, przegrana, przypał, upadek, wpadka, wstyd, wsypa, zdyskredytowanie, zguba.

Wystarczy, że komuś się noga powinie, a poczuje taki deszcz nawalny, który na nim nie zostawi suchej nitki.

No cóż!

Kto sieje wiatr, ten na pewno nie zbiera owoców spokoju.

Rozejrzyj się tylko wokół siebie, a zobaczysz tych, którzy jak coś robią, to obrócą wniwecz, jakby wyszli z piosenki Wojciecha Młynarskiego Co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie? Co by tu jeszcze?

Mieszko I

O ostańcu Puszczy Mazowieckiej nieraz pisałem, bo to był najstarszy niemy świadek Ursynowa. Jak szedłem ulicą Nowoursynowską, to przystawałem przy dębie, który był w betonowym gorsecie i na dodatek podparty żelazną kulą (Na Skraju. Na luzie, „Tygodnik Kulturalny” 1983, nr 44, „Pasmo. Pismo Ursynowsko-Natolińskiego Towarzystwa Kulturalnego”, 1987, nr 1). Nie ukrywałem, że to chluba Ursynowa. Ostaniec Puszczy Mazowieckiej. Że umiera stojąc. Ptaki go omijają. A jeszcze kilka lat temu od niego zaczynało się spacer. Ulica Nowoursynowska tonęła w drzewach i krzewach. Tu można było spotkać: szkarłatny głóg, jarzębinę w koralach, dziką jabłoń z jabłuszkami jak uśmiech, słodkokwaśną ulęgałkę, olchę błotnistą, światłolubne kasztanowce, zwiewne klony, tarninę, co trzyma gorycz po pierwszych przymrozkach. Był też sad, który obrócono do góry korzeniami. Ziemię zszyto zbrojeniami. Odwodniono. I po szpakach. A przecież to były płuca Ursynowa!

Dąb Mieszko I ocalał, ale… im bardziej Ursynów rozbudowywał się, tym boleśniej odczuwał ludzką rękę i oko, co widzi tylko szkiełko. Doszczętnie wyłysiał. Nie znajdziesz na nim czapki liści. Stoi bez metalowej kuli, która wypadła z jego pach. Cały w betonowym gorsecie. Tylko patrzeć jak obłuszczy się z kory i obnaży się szkieletem z betonu i żelaza. Upodobni się do osiedla. Pozostawi ranę w powietrzu. (Dąb Mieszko I, „Pasmo” 1990 nr 39).

A w Ursynowskiej zadumie dorzuciłem: Ursynów z każdym rokiem się uczłowiecza. Że nie szczędzono uszczypliwości pod adresem osiedla, które powstało tu, gdzie dawniej pszenica szumiała, jabłka i gruszki ciapały na ziemię, z ogródków niosła się woń warzyw wymieszana z zapachem łąk.

To wszystko zalano betonem, asfaltem. Wydrenowano teren. Aż dąb Mieszko I usechł z pragnienia. (…).(„Pasmo” 1998, nr 33).

I nagle około 3 w nocy 17 czerwca br. Mieszko I uległ pożarowi. Ponad 3 godziny walczono z żywiołem.

Spłonął ostatni niemy świadek Ursynowa. I zrobiło się jak w elegii. Od Mieszka I zaczynało się spacer i nabierało apetytu na drogę. Przypominał o wczoraj. Że był ostatni, jak pierwszy.

Biblioteczne wypadki

1. Za plecami w pokoju, gdzie siedzę, mam bibliotekę, do której nieraz sięgam. Czasami pomaga mi Graszka, bo nie mogę wziąć z wyższej półki. Łapki-fajtłapki przypominają, że coś odeszło i nie sposób chwycić.

O książce mam dobre zdanie. Oto garść słów.

Czytanie to piękna sprawa, a jeszcze jak spotkasz osobę, która też tak myśli, i ją pokochasz – to masz dwiesłowie – pełnię szczęścia.

Kiedy przeczytasz całą swoją bibliotekę, poczujesz, jak wyrzut sumienia Cię opuszcza.

Dobry początek trzyma koniec książki. Druk zwarty − niemy przyjaciel, z cichym szelestem.

W książki upychałem czterolistne koniczynki. Po latach wyglądały jak skrzydełko ważki, z której zmyły się kolory.

Lubię czytać książki, bo można przy nich głośniej, niż podczas lektury gazet, myśleć.

2. Szukając druku zwartego, wypadł z biblioteki tom opowiadań Jorge Luisa Borgesa (1899−1986). Z 1978 roku. Żółte strony. Suche jak liście. Tylko patrzeć jak połamią się czcionki, wiec wziąłem się do czytania, żeby zdążyć, bo gaśnie światło druku. W spisie treści jest opowiadanie Alef , w którym jest refleksja: (…) osiedlić się na prowincji, daleko od groźnej metropolii, która nikogo – możesz mi wierzyć, nikogo! – nie oszczędza. (…), że spokój i wieś są najlepszymi lekarzami ( tł. Zofia Chądzyńska). Tłumaczkę kiedyś spotkałem, jadąc warszawskim tramwajem. Co robisz?, spytała ją koleżanka, odpowiedziała, że tłumaczy literaturę iberoamerykańską. Mówiła tak, jakby to była rzecz normalna. Minęliśmy się w stolicy, w której staram się wycisnąć z cytryny mandarynkę, oraz nie gorzknieć. A to jest trudne, kiedy się weszło w przedział 65+. (Stawiam plus, nie zapominając o minusie).

3. Obraz miasta, jaki nosimy w sobie, jest zawsze trochę przestarzały (Jorge Luis Borges, Niegodny, przekł. Zofia Chądzyńska). Ten obraz, z ram wyjęty, można rozszerzyć o wioseczki, miasteczka, które są zapisane w naszej pamięci. Odświeżamy je, wspominając przy różnych okazjach. Żeby ludzi rozerwać. W moim przypadku jest inaczej. Piszę, bo nie wiem, jak opowiedzieć, i nie mam pewności, czy to, co zrobiłem, komuś się przyda, czy zawadzi?

Słowo daję o tym, co ze światła i cienia. Nie wykluczam oksymoronu − z ciszą wniebogłosów.

Mawia się o świetle druku, dając argument do ręki, że wychodzi z cienia. Wszystko.

Co ja piszę?

Sedno skupia się w Czytelnikach, o których tak przekonywująco pisał J.L. Borges w prologu do pierwszego wydania Powszechnej historii nikczemności, 1935. Oto próbki, które chciałbym, aby popłynęły z szelestem kartek, zataczając kręgi na wodzie: (…) Czasami przypuszczam, że dobrzy czytelnicy są w większym jeszcze stopniu szczególnymi łabędziami ciemności niż dobrzy autorzy. (…) Czytanie, w każdym razie, jest czynnością późniejszą niż pisanie: bardziej zrezygnowaną, bardziej kurtuazyjną, bardziej intelektualną*.

___

* Gęsto cytuję tłumaczenia, pomny tego, co pisał Rajmund Kalicki w książce pt. Jorge Luis Borges, wydanej w serii Klasycy literatury XX wieku przez „Czytelnik”, w 1980 roku: Nie wierzę w przekłady kongenialne, bo nie wierzę w genialne oryginały. Nie ma takiego tekstu, który nie mógłby być lepszy. (…).

Klejaki Kazimierza Kochańskiego

Liczba mnoga od liczby pojedynczej klejak, czyli klejówka świerkowa. Albo inaczej: bedłka kleista, czop, ślimaczek. Skąd nagle w wierszach i prozie pojawił się taki grzyb, odmiana grójecko-piaseczyńska?

Kazimierz poprosił mnie o opinię tomiszcza, w którym pomieścił wiersze, wierszyki i prozę dla dzieci, teksty piosenek i prozę dla dorosłych*.

Ponieważ z grzybami nie ma żartów, więc rzecz ujmę krótko.

Kazimierz odwija ze słów słowa, które inni obwijają w bawełnę. Proszę tego nie mylić z rozbijaniem orzechów, bo Kazimierz to nie jest chuligan z Grójca. Między linijkami spoziera miasteczko znad Molnicy. Zalesia i zadrzewia. I sady podszyte opryskiem. Nie ukrywa, że źle znosi przemijanie, więc wierszuje wszystkim. Jego feblik to słowny żart, który nie rwie się do czynu. Nie zapina do końca liryków – zostawia dla potrzeb piosenek i gitary, co miała kiedyś siedem strun, jak tęcza.

___

* Kazimierz Kochański, Klejaki. Projekt okładki: Anna Daria Merska. Ilustracje: Barbara Kochańska. Zdjęcie autora: Hanna Kochańska. Redaktor: Stanisław Nyczaj. Korekta, opracowanie komputerowe i typograficzne: Irena Nyczaj, Paweł Nyczaj, Oficyna Wydawnicza „STON 2”, Kielce 2019, ss. 159

Ostatnie chwile szczęścia

To hasło kampanii Puckiego Hospicjum. Szerzej o tym pisze Joanna Wiśniewska w artykule Jak nie schrzanić umierania. Życie w hospicjum („Gazeta Wyborcza” 2019, nr 143). W tekście znaleźć można wypowiedzi Anny Jochim –Labudy, dyrektorski placówki. Ponieważ nie wiemy, jak w skrajnych sytuacjach sobie radzić, przepiszę, bo nigdy dość wiedzy: Gdy nasi bliscy są na końcu drogi, często nie wiemy, jak wykorzystać go najlepiej. Z jednej strony mamy poczucie obowiązku szukania kolejnych terapii, szamotania się między specjalistami, żeby ratować za wszelką cenę. Jesteśmy za tym, żeby walczyć do końca, ale gdy wszystkie dowody potwierdzają to, że ratunku nie ma, to sprzedawanie domu i wyjazd do dalekich krajów w poszukiwaniu terapii, zamiast spędzania razem czasu, rozmowy, trzymania za rękę, są nieporozumieniem (…).

I jeszcze jedna z obserwacji: Mamy pacjentów, którzy nie mogą jeść ani pić, nie mają wolnego światła w gardle, nowotwór skupił się w przełyku, wtedy nawet kropla wody nie chce się przedostać do żołądka. Jedna z naszych pacjentek podczas świąt poprosiła o kroplę barszczu, żeby poczuć smak. Jeżeli ktoś uważa, że to nie jest ekstremalne, to się z tym nie zgodzę.

W życie jest wpisana śmierć – nie powszednia. Na Pomorzu mawiają o niej ukradkiem, że w niebie coś wyszło za winkla i zabrało.

Czesław Mirosław Szczepaniak


PS

Surfując po internecie, znalazłem rysunek Jacka Knapa. Lokomotywę parową z tendrem, której wyrosły skrzydła, bo most się… urwał. Czasami jest taka kolej losu. Że coś się kończy, więc nie ma o co zahaczyć. Się. Trzeba frunąć.

I pomyśleć, że przehuśtaliśmy się na konikach na biegunach przez dzieciństwo. Tylko marzenia o kolejce się nie zestarzały. Są jak podkłady i szyny, co się nie kończą, jak w rozkładzie jazdy.

Baśnie trzymają się ozdobników, co są jak nity w samolocie lub moście. Mają ornament, który odkryliśmy w dzieciństwie, i został w nas, na później. Wypaczony przez przemijanie – urwana nitka z przysłowiowej szpulki, co przeszła przez ucho igielne. Już.

%d bloggers like this: