Na miarę Wlenia (28)

Przykład ze wsi angielskiej

W Glanstonbury, w pobliżu wsi Pilton (hrabstwo Somerset), odbywa się festiwal muzyczny. Właściciele Worthy Farm przestrzegają zasady, żeby ziemi dać odpocząć, co 5 lat. Przykład, który tak często odrzuca się w Polsce. Bo nie szanuje się lasów i ziemi, którą najlepiej, gdy rozjadą drogi szybkiego ruchu. Żeby ją skopać. Jedyny gest ekologiczny to pikowane tabliczki – Szanuj zieleń.

Kogucie jajka

W „Gazecie Wyborczej Stołecznej” z 4 lipca br. ukazał się artykuł Norberta Frątczaka Pianie Antosia przeszkadza sąsiadom. Wyrok na koguta. Rzecz dotyczy skargi sąsiadów na p. Bożenę Filipowską, która w swoim ogródku działkowym na Bielanach hoduje 1 koguta i 7 kur. Lokatorzy się skarżą na pianie koguta, na razie im kury, co piszą pazurem, nie przeszkadzają. Ich zachowanie przypomina ormiańskie przysłowie, że Bez koguta także świta. Funkcjonariusze  ekopatrolu straży miejskiej wydali wyrok na koguta, z którym się nie zgadza właścicielka koguta z haremem kur. I słusznie, bo nie wszystko trzeba od razu do garnka i na rosół. Kolejny raz sprawdza się polskie przysłowie: Komu się wiedzie, temu się i kogut niesie.

Decydenci zapomnieli, że kury chodzą z kogutem dla jaj.

Zakłócić radość

Jeszcze nie rozpoczął się festiwal Pol’and’Rock (dawny Przystanek Woodstock), a już Przewozy Regionalne (wydzielone z PKP) poinformowały, że rezygnują ze wsparcia WOŚP z dyrygentem Jerzym Owsiakiem. Czynią to ze względu na zbyt duże straty finansowe. Ilość uczestników świadczy, że oszczędzają na prawdzie. Oczywiście, że powód odmowy jest od czapy, więc zwrotniczym przypominam jako były pasażer – na torach trzeba zachować szczególną ostrożność. Tu nie ma miejsce na wiraszkę. Decydenci to przykład, kiedy załodze zdaje się, że to ona trzyma ster. Że jest zawsze górą, nawet gdy się oderwie od ziemi.

Elżbieta Anna Polak, marszałek województwa lubuskiego, uważa że powinny się znaleźć dodatkowe pociągi pod specjalnym nadzorem. Warto o tym pamiętać, co mówi absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego zamiast się wymądrzać. Głupio.

O rynku

Na portalu wleninfo.pl ukazał się artykuł pt. Rynek we Wleniu – kamienna patelnia o planach zmiany agory Wlenia. Pod tekstem z ikonografiami zamieszczono ponad 15 komentarzy.

Oto wyimki z komentarzy:

Wilma,

30 czerwca 2019 roku, godz. 21:00:

Jeśli cokolwiek we Wleniu do tej pory jakoś „wyglądało”, to rynek. Właśnie ze względu na ciekawą nawierzchnię i klomby. Potrzeb w miasteczku jest multum, ale priorytety decydentów wprawiają w osłupienie: najważniejsze okazało się oświetlenie ruin zamku, których możliwość zwiedzenia jest niewielka. Hejnał z wieży z nieczynnym zegarem (hejnał, który brzmi patetycznie, niby hymn jakiś, co w zestawieniu z obdartymi fasadami domów i dookolną nędzą jest żałosne), urządzenie skwerku, na którym można udaru dostać; no i wisienka na torcie: betonowy rynek.

Anonim, 1 lipca 2019 roku, godz. 22:56 oraz 23:01 wysłał:

(…) ustawa Szyszki spowodowała wyrąb lasów i drzew na niespotykaną wcześniej skalę; następca proponuje chronione bobry wystrzelać, bo ich płetwy to afrodyzjaki, o dzikach nie wspominając (…). Nawiasem mówiąc: ktoś wie, co się stało z tymi wyciętymi drzewami? Gdzie się podziało drewno? Gdzie się podziały te płyty, którymi był wyłożony rynek?

anonim odpowiada Anonimowi, dosłownie za 5 minut:

Odpady z rynku leżą za cmentarzem przy drodze, wstyd tamtędy spacerować z gośćmi i tłumaczyć indolencję obecnego burmistrza i brak nadzoru nad inwestycjami realizowanymi w mieście. (…) Rynek był piękny z zadbanymi i kwitnącymi różami, kiedyś był piękny, bo za poprzednika róże przykryto czarną folią, a za obecnego pozbyto się ich zupełnie, czy były w tej kwestii jakieś konsultacje ? ktoś pytał mieszkańców, czego chcieliby na rynku? Czy to tylko wizja burmistrza, który chce nas uszczęśliwić betonową pustynią?

Pani Stefania Krawiec, która jest czuła nie tylko na poezję, 2 lipca br., tuż przed zachodem słońca, wystukała na komputerze: Nie mam fotografii naszego rynku, ale pamiętam kopuły zielonych drzew wokół rynku i ogrom kwiatów. Siadałam z synami na ławkę i cieszyłam pięknem, i zapachem kwiatów!!! Wiatr unosił płatki różnokolorowych kwiatów i to była bajka mojego grodu. To były lata 1964−70,opisałam ten widok i to piękno w książce, która jest u wydawcy. Mankamentem była rzeka, brudna i śmierdząca; nikt nie zaprzeczy; doczekałam czystej wody w rzece, ale też serce płakało, gdy na drzewa wycięcie na rynku patrzyłam.

Czytałem głosy wleńskich internautów, jakby były wyjęte z Pochwały cienia Jorge Luisa Borgesa, który w prologu m.in. skreślił: (…) Czas nauczył mnie pewnej ilości wybiegów: unikać synonimów (…); dawać pierwszeństwo wyrazom zwyczajnym przed wyrazami zaskakującymi; włączać do opowiadania rysy okolicznościowe, wymagane teraz przez czytelnika; udawać czasem niepewność, jako że o ile rzeczywistość jest ścisła, pamięć taką nie jest; opowiadać fakty (tego nauczyłem się od Kiplinga i z sag Islandii), jakbym ich całkowicie nie rozumiał; pamiętać, że wymienione normy nie są obowiązkiem i że czas weźmie na siebie trud zniesienia ich. (…) Poezja jest nie mniej tajemnicza niż inne żywioły naszej planety (…); piękno jest naszą wspólnotą na tym świecie (przekł. Andrzej Sobol−Jurczykowski).

Jestem ze wsi Kopana koło Tarczyna, pępek zawiązano mi w Grójcu. Od 3 marca 1981 roku mieszkam z Graszką na Ursynowie, którego rynek w chmurach zawiązał architekt.To że planista w niebie umiejscowił ursynowski rynek, nie znaczy, że beton zalewa też wyobraźnię. Zamiast się napinać, trzeba pisać po swojemu. Z iskrą i nie drżeć, co ludzie powiedzą.

Być może to było powodem, że napisałem liryk pt. Rynek, opublikowany w tomiku pt. Przez, 2014, nakładem własnym:

Tu się schodzi wieś z przedmieściem.

Czasami boczą się ze sobą ciche i głośne ulice.

Tu jest plac targowy, który uczy, jak kupować,

żeby potem nie żałować i światu nie złorzeczyć.

Stąd drogi się rozchodzą na wszystkie strony,

i podprowadzają do celu. A wieczorami ćmy tłuką

zapalone latarnie. Tu zakochani kradną pocałunki

i niespokojni szukają gwiazdki szczęścia. Rynek

niemy szyfrant. Kamienia na kamieniu.

Aleja Lipowa

1. Pisać o alei Lipowej, która prowadziła do „Leśnego Dworu”, jest bardzo niezręcznie, bo Jan Kochanowski napisał kilka świetnych fraszek, m.in. Na lipę. To jest mistrzostwo małej formy literackiej. Wznieść się na taki poziom sztuki słowa, nie sposób. I pomyśleć, że to skrobnął gęsim piórem.

Ponieważ skrobię prozę w poetyce eseju, więc nie muszę się aż tak szczypać, jak Mikołaj Rej z Nagłowic. A poza tym lipy z Czarnolasu są inne, niż lipy z Wlenia. Przypomnę Janowy fragment, bo dobrej poezji nigdy dość:

Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!

Nie dojdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,

Choć się nawysszej wzbije, a proste promienie

Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.

(…)

(Na lipę).

Jeden z uczniów w wypracowaniu tak się zagalopował, że skrobnął w zeszycie do języka polskiego: Kochanowski pisał fraszki pod lupą.

2. Lipy z alei, co prowadziła do dziecięcego sanatorium PKP, miały szerokie, dobrze przycięte korony. Przypominały taką ulistnioną maczugę, co bije sercowatymi liśćmi. Gdy mocniej zawiał wiatr, wyglądały groźnie.

Listeczki się zmieniały od zielonych do żółtych, a po deszczach były zaczernione.

Pod jesień mocno sypały i przyklejały do ziemi jak znaczki do kopert/widokówek.

Pod lipami nie można było usiąść, bo nikt nie zadbał o ławeczki. Poza tym u podnóża góry nie było dużo miejsca, tylko wąska ścieżka. Z przyjemnością się pod nimi szło. O lipy dbano. Strzyżono i okiełznywano z dzikości. Tego typu zabiegów nie czyniono do innych lip wleńskich.

3. Aleją lipową powracaliśmy z Wlenia do „Leśnego Dworu”. Od tunelu prowadziły nas światłolubne drzewa, z rozstrzelanym cieniem.

A latem, o zmroku, pod nimi pojawiały się świetliki świętojańskie. To wiem od Marysi Brawaty, córki pani Katarzyny Fludrowej, która wychodziła po mamę. Razem szły aleją Lipową przez błyskawicę świetlików. Dla siostry Michała i Janka, co nosiła dwa warkocze, to było przeżycie, z którego nie może ochłonąć, a jest już przecież babcią.

(Dopowiem, żeby rzucić jeszcze trochę jasności, że świetliki świętojańskie, to błyskawice, co latają w mroku. Samce. Światłami uwodzą bezskrzydłe samice. Światło powstaje na skutek reakcji chemicznej wytwarzającej enzym-lucyferazę. Samce dowolnie włączają i wyłączają światło. Świecąc, nie wytwarzają ciepła. Dorosłe mają za zadanie tylko kopulować, tj. rozmnażać się. Żyją krótko i nie pobierają pokarmu. Żadnego).

W ramach ciekawostek dodam, że na świetlik w burcie statku albo jachtu mówią bulaj (z ang. bull’s eye, czyli oko byka). Jest to iluminator – małe, okrągłe okienko.

Jorge Luis Borges (1899−1986) w opowiadaniu Ogród o rozwidlających się ścieżkach poczynił wtręt, który wyjmę: (…) Wieczór był głęboki, nieskończony. Droga schodziła i rozwidlała się między zacierającymi się już łąkami. Jakaś ostra i jakby sylabiczna melodia zbliżała się i oddalała wraz z podmuchami wiatru, przyćmiona liśćmi i odległością. Pomyślałem, że człowiek może być wrogiem innych ludzi, innych chwil innych ludzi, ale nie jakiegoś kraju: nie robaczków świętojańskich, słów, ogrodów, biegu rzek, zachodów. Tak dotarłem do wysokiej zardzewiałej bramy. Poprzez kraty dostrzegłem aleję i rodzaj pawilonu.

Wracajmy do alei, gdzie lipy z południowej strony Wlenia zażywały słonecznych kąpieli. W ich stronę pluły dymem parowe pociągi, co sunęły ze Lwówka Śląskiego albo z Jeleniej Góry.

Krótka aleja Lipowa, jak radość.

4. Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o latarniach, które nocą zwykły spierać to, co człowiek za dnia zbruka, ale nie będę się rozpisywał i wpadał w dygresję. Oby nikt mi nie zarzucił, że to lipa.

Aha!

Obyśmy się nie przejęzyczyli, jak pewien klient w aptece, który powiedział: Proszę krople ze śmietnika… Pani magister w porę zorientowała się, że chodzi o świetlika. Sklep z lekami to nie jest miejsce dla żartów. Lepiej wszystko sprawdzać i czytać, co jest wydrukowano pismem szeryfowym albo bezszeryfowym (pozbawione ozdobników). Krojem pisma tak małym, że trzeba na nos założyć okulary, a czasami wspomóc się szkłem powiększającym.

Od lat używam kropel do oczu, które służą do nawilżania gałki ocznej (niektórzy je określają mianem sztucznych łez).

Dawniej uzdrawiałem oczy ekstraktem ze świetlika łąkowego (świetlik lekarski, pospolicie zwany ptasie oczka albo złodziej mleczny). I przychodziła ulga – odchodziła przyczyna, tj. niewystarczające pokrycie rogówki i spojówki tzw. filmem łzowym.


Lipy z alei, co prowadziła do dziecięcego sanatorium PKP, miały szerokie, dobrze przycięte korony. Przypominały taką ulistnioną maczugę, co bije sercowatymi liśćmi. Gdy mocniej zawiał wiatr, wyglądały groźnie.

Fot. Marysia Fluder, 1967 roku, czyli z czasów, kiedy wychodziła wieczorem po mamę i dzięki temu ma wspomnienia, które świecą jak świetliki. W tamtych czasach nosiła dwa warkocze, uplecione jak kołacz przez mamę.

Czesław Mirosław Szczepaniak

W ramach wspomnień przypomnę, że w 1969 roku pojawiły się pocztówki dźwiękowe, na których Ala Eksztajn śpiewała Mój płacz ukoi wiatr, zaśEdward Hulewicz &Heliosi wykonywali Dwa złote warkocze (słowa Jadwiga Urbanowicz, muz. Andrzej Zawadzki). Bohaterka piosenki Warkocze złote miała / Warkocze złote dwa ścięła, podobnie jak Maria Fluder; jestem pierwszy, co wspomina o jej splocie na głowie. Marysia wyrosła jak Maria i jest pogodną babcią, która szuka pretekstu, żeby wpaść do Wlenia dłużej niż pewien poeta do Tomaszowa. Z przejęciem opowiada o każdej wizycie w miasteczku. I wpada w zadumę, co trzyma straż nad pamięcią – chroni od zapomnienia.

%d bloggers like this: