Na miarę Wlenia (35)

(Nie) niegłodny kawałek

Jemy pełnymi ustami. To widać, jak się spojrzy na ludzi na ulicy albo na patelni, tj. na plaży. I nadal jest aktualne to, co napisał prozą angielski poeta George Herbert (1593−1633), że Niezależnie od tego, kto jest ojcem choroby, to niewłaściwy sposób odżywiania jest jej matką.

Jadłodajnia, czyli stołówka

Potocznie zwana garkuchnia. Tu jedliśmy pierwsze i drugie śniadanie (podobiadek), obiad, podwieczorek i kolację.

(A kiedy na deser podawano owoce, to cichłem przypominałem sobie okolicę Kwitnącej Jabłoni, i długo nie mogłem się ze wspomnień otrząsnąć).

Była po południowo-zachodniej stronie. Jak kątownik narożny, choć to jest uproszczenie. Z oknami, ni to w półcieniu ni w cieniu. Zaczynała się od winkla, a kończyła za ścianą po drugiej stronie, gdzie składowano węgiel. Lista pracowników obejmowała: kelnerki i kucharki.

Pracownice obsługujące gości-pacjentów nosiły biały fartuszek wykończony falbankami, zakrywający spódniczkę za kolano. Miał troczki (wiązania) w pasie i w okolicach szyi. Włosy zbierały cieniutką bielusieńką zapaską wydzierganą na szydełku (nie pamiętam, czy to była dwustronna opaska, ale ten dodatek dodawał im uroku).

Na stołach były białe obrusy, na których leżała gruba szyba. Był na stole pojemniczek na sól i pieprz, oraz wazonik z bukiecikiem. Na śniadanie i kolację stawiano koszyczek z bułeczkami i kromkami chleba. W niedzielę i święta pojawiała się biała bułeczka z nadzieniem albo słodki kawałek drożdżowego ciasta z warkocza chałki ze słodkimi grudkami kruszonki. Słodkość posmarowana masłem. Pycha! Plecionka, zwana też kukiełką – mówiono, pomaga na wysoką gorączkę, kaszel i ból, jak herbata z cytryną oraz miodem.

Posiłki były zdrowe. Na święta piliśmy kakao, zaś w pozostałe dni powszednie białą kawę (na śniadanie), zaś na kolację herbatę z cytrynką.

Przypomnę menu: śniadanie (zupa mleczna, biała kawa, bułeczki posmarowane masłem z wędliną, serem białym albo żółtym, dżem, powidła), obiady (z dwóch dań – zupa, kartofle/ryż/ kasza, sztuka mięsa i sałatka, i kompot), kolacja (kanapki z herbatą). Czasami podwieczorek jedliśmy w świetlicy (zwykle podawano coś na słodko, nie pamiętam, czy także w salaterkach kisiel na wodzie oraz herbatniki, a budyń na mleku, z oczkiem (malinowego) soku. Podwieczorek z dzieciństwa. Obowiązkowo piliśmy tran, zakąszając skibka chleb z solą. Pewnie też piliśmy w kubeczku drożdże, ale…, czy tak było, nie jestem taki pewny.

W piwnicy była kuchnia. Panie kucharki windą ręczną przekazywały to, co trzeba było wyłożyć na stół. Kobiety miały pełne ręce roboty. Jak w ukropie.

W ich pomieszczeniach były okienka otwarte, przez które unosiły się zapachy, a w zimne dni, chmurki pary.

Kiedy ktoś prosił o dokładkę, która najczęściej wychodzi bokiem albo brzuszkiem, otrzymywał. Kelnerki przynosiły pełne talerze – odnosiły puste, które się obijały o siebie, po drobnych stłuczkach nie pozostawała szczerba. Zdarzyło się, że szklanka/kubek poleciały na podłogę. W takich chwilach niezgrabnych mawiano – na szczęście!

Nie pamiętam, żeby ktoś z nas pytał: co będzie na śniadanie, obiad kolację?

Jadalnia to było smaczne miejsce, do którego trzy razy wchodziliśmy o pustym brzuszku, a wychodziliśmy objedzeni jak bąki. Przepraszam, jak trzmiele. Tu przychodziliśmy papusiać (jeść). Jako osoby niepełnosprawne dostawaliśmy pełnowartościowy posiłek. (Mówiąc językiem felietonisty kulinarnego, czyli gurmandzisty, pełnokaloryczny; syty).

I nikt nie bawił się w paremiologa, żeby przypomnieć, że Kto umiarkowany w jedzeniu, ten lekarzem dla siebie (przysłowie rzymskie) lub Żarłok kopie sobie grób własnymi zębami (przysłowie francuskie).

Na koniec drobna uwaga: menu się zmienia – to, co lubiłem wczoraj, nie znaczy, że dzisiaj darzę smakiem.

Żmija zygzakowata

Zasiedliśmy do obiadu. Czekaliśmy aż panie kelnerki przyniosą wazę gorącej zupy. Byliśmy głodni, bo odbyliśmy długi spacer po lesie mieszanym, co się ciągnął w kierunku Pilchowic. Deptaliśmy ruderalne strony, gdzie perwersja i dzikość.

I nagle siostra Urszula stanęła z widelcem w dłoni i poprosiła o ciszę, bo chce coś ważnego powiedzieć. A my byliśmy głodni jeszcze bardziej, bo czuliśmy zapach jaki dolatywał z kuchni.

Pielęgniarka oznajmiła, żebyśmy uważali na żmije oraz na jadowite węże. Piguła powiedziała, że ich grzbiet jest o zabarwieniu brązowym a nawet miedzianoczerwonym. (Nie dodała szczegółu o tym, że ma na grzbiecie ciemniejszy od barwy podstawowej zygzak, tzw. wstęga kainowa, który nie zawsze jest widoczny). Że jak spotkamy żmiję w lesie albo na polanie, to schodźmy jej z drogi.

Siostrzyca uspokoiła nas, że żmija lubi siedzieć pod kamieniami, krzewami albo wśród korzeni drzew. A kiedy wyczuwa niebezpieczeństwo to głośno syczy i kąsa.

Machając widelcem, ostrzegała, że jad żmii może spowodować śmierć. Że to nie są żarty. Że po ukąszeniu na skórze poszkodowanego pozostają dwie charakterystyczne ranki.

Po czym wzięła przedmiot z uchwytem i zębiskami i się nakłuła, aby pokazać. Obeszła wszystkie stoliki, żebyśmy widzieli. Co za poświecenie, pomyślałem.

A potem sami się nakłuwaliśmy czterozębnym widelcem tak, aby pozostawiły dwa ślady. Śmiejąc się, mówiliśmy głośniej, że ukąsiła nas żmija.

Po krótkim ostrzeżeniu chwyciliśmy za łyżkę i jedliśmy, zerkając na widelec.

Od tej pogadanki byliśmy uważniejsi na spacerach.

A wieczorem po ablucji oglądaliśmy ciało. Szukaliśmy dwóch zaczerwienionych punkcików. To był taki żarcik na diecie.

Dzięki tej pogadance nie myliliśmy żmij z zaskrońcem – mieliśmy mniej lęku.

Jak człowiek myśli, to czuje, jak strachy go opuszczają. Frazeologicznie rzecz biorąc, warto wziąć udział w tym pędzie do wiedzy.

Minęły lata i kiedyś mimochodem na luźnej kartce skrobnąłem: Aby jeść z diabłem zupę, trzeba mieć długą łyżkę– poucza przysłowie. Za to przy drugim daniu trzeba mieć krótki widelczyk i nożyk jak mieczyk. No i przede wszystkim dużo sprytu, bo diabeł jest przebiegły i mądry na swój sposób.

Jeszcze nie wiedziałem o tym, że człowieka podstępny ma wiele bliskoznaczników: bazyliszkowaty, jaszczurczy, lisi, żmijowaty. Wyliczam nie dlatego, że z wiekiem gorzknieję. Zasmuca to, że ludzie prawią sobie takie „komplementy”, że opadają ręce z klawiatury komputera.

Postscriptum do wspomnień

Robiąc porządki w teczkach, natrafiłem na e-mail od Marysi Brawaty (z domu Fluder). Siostra Michała odpowiada na pytania, jakie jej zadałem w 2014 roku, m.in. pisze, że nie bała się nigdy chorych dzieci z „Leśnego Dworu”. Wręcz przeciwnie! Na komputerze wystukała: w domu nieraz słyszałam, że znowu przyjechały te dzieci, które wcześniej były albo że przedłużono pobyt maluszkom (było takie dziecko, którego rodzicami byli lekarze). Mama z czułością opowiadała, jak nosi te maluchy na rękach, a one wołają na nią „mama”. (…)Moja mama pracowała na trzy zmiany; miała tzw. nocki. Często miała dyżur z pielęgniarką Mirką (zmarła wcześnie na raka mózgu); mieszkała na ul. Kościelnej z trójką małych dzieci.

Pamiętam, że w dzień chodziło się ścieżką nad tunelem do „Leśnego”, a z góry nieraz obsypywały się kamienie na ciąg pieszy. Niektórzy mówili, że tam wygrzewają się na słońcu żmije – a ja tam zbierałam poziomki, które rosły na skarpach. Raz przytrafiło mi się spotkać jeża, który smacznie spał, zagrzebany w liściach, i słychać było jak sapał: pif, pif, pif…

Publikuję mini wspomnienie zebrane z drożyny, gdzie śladki ubite nogą (Adam Mickiewicz), co prowadziła do sanatorium dziecięcego PKP „Leśny Dwór”.

Zapewne Marysia nie poczyta mi za złe, że posuwam się za daleko.

Jestem – jak ktoś napisał – Mirusiem I z Kopanej, co leży między Tarczynem a Grójcem. Mam kronikarskie obowiązki, więc je wypełniam, jak najciszej. A gdyby ktoś chciał się poskarżyć, proszę pisać do kronikarza krasnoludka Koszałka-Opałka.

Nie zapominam o tym, że po raz 1. przyjechałem do Wlenia, kiedy już mnie nie obowiązywało klasyczne zakończenie baśni: I na tym kończy się ta historia. Jeśli dotąd nie pomarli, to żyją do dzisiaj.Odkryłem, że na końcu spełnionej baśni są kreseczki uśmiechu. Że tylko w baśniach udaje się przetasować karty losu; wydłubać nie z nieszczęścia.

Dzięki temu, że byłem w „Leśnym Dworze”, wszystko zaczęło się toczyć z górki.

Po latach pisania, mogę napisać, że nic takiego nie robię, dodaję dniom sensu, zaś nocą uciekam przed tym, co się kończy. I rozmyślam, i dziwię, że polski alfabet ma 35 znaków, a ile można z nich złożyć zdań, które interpunkcja ustawi w szyku, a myśl dociśnie. Czasami czuje człowiek, że skrzydła mu rosną albo jakby nabierał wiosłem wodę i pruł przez głębię. Aż przychodzi taka chwila, że musi zarzucić kotwicę, aby odpocząć.

Zamiast pointy przytoczę dwa dowcipy.

Pierwszy krąży po Polsce:

Jaka jest różnica pomiędzy dużym a małym miastem?

W dużym mieście można więcej zobaczyć, a w małym więcej usłyszeć.

Drugi w Niemczech opowiadają:

Emerytka Helga skończyła 100 lat. Z tej okazji odwiedził ją dziennikarz miejscowej gazety i zapytał o sekret tak długiego życia. Starsza pani wyjaśnia:

Na dobre trawienie zawsze piję piwo, przy braku apetytu pomaga mi białe wino, niskie ciśnienie leczę winem czerwonym, nadciśnienie zapobiegam koniakiem, a kiedy jestem przeziębiona, kuruję się śliwowicą.

A kiedy pani pije wodę? −pyta zdumiony żurnalista.

Na to Helga: − Mój synu, aż tak ciężko chora to ja nigdy nie byłam.

Czesław Mirosław Szczepaniak

PS

W „Tygodniku Kulturalnym” nr 37 z 1985 roku opublikowałem felieton pt. Samopas. Garść słów. W środę wpadam do Redakcji przy ul. Nowogrodzkiej 22 i informuję szefa odwrotnej strony „TK”, że wróciłem z Bieszczad z zapaleniem ucha środkowego i nie mam tekstu. Pan Stefan Soszka, prawnik z wykształcenia, popatrzył na mnie i dodał: A co to ma do rzeczy? Ja rozumiem, ukąsiły Pana dwie żmije, zapalenie to nie powód, żeby nie pisać.

Jak to usłyszałem, szybko wyjąłem z chlebaka 1,5 strony maszynopisu i podałem 1. sekretarzowi Redakcji, że to był tylko żart. Przypominam to wydarzenie, że dawniej nie było łatwo o wymówkę –

oszczędzano na pochwałach. Stres i frustracja to była rzecz normalna, kiedy pisałeś(aś) do gazet.

Przed laty otrzymałem kserokopię rękopisu pn. Gwara suwalska. Zebrane przez Wacława Klejmonciuka. Wacław Ewaryst Klejmont w kołonotatniku (notesie którego kartki spięte są metalową lub plastikową spiralą) zapisywał w kolejności alfabetycznej słówka z gwary suwalskiej. W kołobrulionie pod literką ż jest żmijka – blaszana kolumna do czyszczenia grochu, zasypywanego od góry, w kształcie wysokiej, krętej pionowej rynny.