Michał Fluder, wychowawca z sanatorium PKP „Leśny Dwór”, jak szedł ze mną po Ursynowie i widział papierek, to się schylał i podnosił. I wrzucał do kosza.

Zamiast wstępu: Porządna niedbałość nasza (Mikołaj Rej, Zwierciadło, 1567-1568).

1. Aleksander Sołżenicyn napisał: Muszą być tacy, którzy nie brzydzą się szufli i miotły (Oddział chorych na raka). A Gustaw Herling-Grudziński zanotuje w Innym świecie, że Miał rację sędzia śledczy, gdy mówił, że żelazna miotła sprawiedliwości sowieckiej zmiata do obozów jedynie śmiecie, a ludzie prawdziwie godni tego imienia potrafią dowieść, że popełniono w stosunku do nich pomyłkę. W łagrze ostrzegano tych, co nie przestrzegali zasad: Zamęczą cię kurz łykać. O kimś, kto nie udaje kogoś, kim nie jest, mawiano, że nie przykleja garbatego do ściany. W III RP niektórzy zachowują się tak, jakby chcieli przeszczepić serce z lewej na prawą stronę. A przy okazji wyskrobać z historii (Polski) PRL.

O sprzątaczkach wypowiedziała się pani Stefania Krawiec, która 13 marca 1964 rokuprzyjechała z meblami do Wlenia koło Jeleniej Góry, w swoim kąciku w nieregularniku nad Bobrem, przed laty wystukała na klawiaturze: (…) Tu minęła moja młodość. Wleń był czystym, schludnym gródkiem, sprzątała jedna osoba – pani Stolicowa. Nie wiem, czy to było nazwisko czy przezwisko. Pani była osobą nerwową i uczyła porządku wszystkich. Jej miotła lądowała często na plecach dokuczliwych młodzieniaszków i niesfornych dzieci. Nikt nie rzucał p a p i e r k ó w n a d r o g ę. (…) (Moje drugie spotkanie z Wleniem. Kącik Stefanii Krawiec, „Kurier Wleński.Nieregularnik lokalny” 2014, nr 6/2).

Byłem dzieckiem, żeby takie szczegóły pamiętać. Pewnie tak było, jak pisze pani Stefania, która jest przykuta do inwalidzkiego wózka, ale nie daje się. We Wleniu – jak w Polsce po 1989 roku – regularnie się kłócą. Nie gorzknieję, bo mam wspomnienia z PRL-u (lata 60. XX w.). Pamiętam i czuję ten zapaszek, jaki unosił się od rzeki Bóbr. Było siermiężnie, szaro, ale baśniowo. Andrzej Górecki, latami pracował jako instruktor w Gminnym Ośrodku Kultury wraz z panią Stefanią, która nieraz powtarzała: Panie Andrzeju, ja jestem sztuką, a pan kulturą.

2. Michał Fluder, wychowawca z sanatorium PKP „Leśny Dwór”, jak szedł ze mną po Ursynowie i widział papierek, to się schylał i podnosił. I wrzucał do kosza. Podobnie zachowywał się w Kasztelanii Wleńskiej. Na mieście i na cmentarzu, gdzie bardzo często bywaliśmy, jak szliśmy na Górę Zamkową, gdzie falliczna baszta. Godziliśmy w ten oto sposób czas teraźniejszy z czasem przeszłym. To umiłowanie ładu i porządku zapewne wyniósł z domu – myślałem. A teraz, kiedy się zestarzałem, wiem, że na jego wychowanie miała wpływ też pani Stolicowa, która sama potrafiła utrzymać porządek w miasteczku. Od krawężnika do krawężnika. Sama. Dzisiaj takie coś nie mieści się w głowie. Anonimowe firmy utrzymują porządek, jeżeli to można nazwać porządkiem. Dawniejszy Wleń miał sympatyczniejszą twarz. Dlaczego? Bo nie udawał echo wie kogo. Wleń nie zapominał o tym, że był Kasztelanią Wleńską. Nie silił się, żeby być kimś innym. Jego siłą było to, że miał dziecięce sanatorium. Chorzy to prawdziwy bonus na przyszłość. Podobnie, jak z Wleniem, dzieje się z innymi miastami, które w III RP wpadły w seryjność, która wystarczy, ale na krótką metę.

3. Jonasz Kofta o sprzątających napisał piosenkę, którą wykonywała z brawurą Stanisława Celińska, dziewczyna z Pragi. Pani Stanisława doskonale wbiła się w rolę sprzątaczki, oparta o zmiotkę, śpiewała: Jak one te ludzie brudzo / To opadajo rence/ Jak pracujo brudzo/ Jak nocujo brudzo / Jak się nudzo najwięcej. Bohaterska zamiast, jak pani Stolicowa, gonić z miotłą, stawia kawę na ławę: Ja jestem człowiek i teraz powiem Że wszystko złe, co na świecie jest /To jest dlatego, że ludzie / Nie sprzontajo po sobie (…) (Song sprzątaczki).

Mocna pieśń!

Kipisz nie miał pola do popisu w szkołach, biurach, warsztatach, na dworcach, szpitalach, etc., etc. Bałagan, miszmasz, a gdzie tam! Nie na darmo w warszawskiej gwarze na dozorców mawiano, że to rycerze miotły.

4. W Tiranie, stolicy Albanii, za czasów dyktatora Envera Hodży, od domu do domu chodziły komisje i odnotowywały porządek. W czynie zbiorowym po pracy sprzątano każdy centymetr ziemi, za ładne sprzątanie były odznaki, za brzydkie sprzątanie – nagany. Jeśli komuś nie podobał się prządek, mógł przez 15 lat sprzątać celę w więzieniu.(…) (Małgorzata Rejmer, Tirana. Chociaż nikogo nie znam, wszyscy tu o nie wszystko wiedzą, „Książki magazyn do czytania”, Wydanie na lato, Numer specjalny 1/2015, lipiec).

5. Porządek – temat zdarty jak miotła, która wie, że człowiek lubi zamiatać pod dywan. Tylko ścierka bierze cały brud na siebie, ręcznik nie ręczy za tymi, co umywają ręce. Piszę o tym, nie dlatego, że jestem taki drobiazgowy i poukładany. Po prostu, nie mam czasu na głupie szukanie.

6. Ku pamięci zrobiłem wyciąg o sprzątaniu. Nie będę takich rzeczy zamiatał pod dywan, bo byłaby ekstrawagancja. Być może ktoś przygotowuje antologię o szepcie kurzu, więc będzie miał jak znalazł. (…) Oto na przykład scena z wczesnego dzieciństwa. Rzecz się dzieje w Łopusznej, w szkole, gdzie mały Józek uczył się i mieszkał równocześnie. Któregoś razu na przerwie do klasy weszła sprzątaczka, żeby upomnieć rozrabiających chłopców. Tischner zaszedł ją od tyłu i sznurkami od fartucha, który miała na sobie, przywiązał do szkolnej ławki. Sprzątaczka chce się ruszyć – ławka za nią. „Kto to zrobił?!”. „Jo”, mówi Tischner z uśmiechem. Kobieta zamachnęła się ręką, ale chłopiec się uchylił i w głowę oberwał stojący obok kolega Kazek. „Mos przyjaciela, to musi z czasem za niego oberwać, pouczył go później Tischner. (…) (Wojciech Bonowicz, Humor Tischnera. Wycieczki osobiste, „Tygodnik Powszechny”2010, nr 52).

Aleksander Zelwerowicz, mag teatru, w 1935 roku powiedział do Ireny Kwiatkowskiej: Warunków pani nie ma, trzeba dużo pracować. Irena Kwiatkowska, kiedy przeszła w 1994 roku na emeryturę, mówiła: A kiedy już stanę się prawdziwą emerytką, chciałabym pracować w warszawskich Łazienkach, jako sprzątaczka i grabić liście.

Wojciech Pszoniak wyznał: (…) Jeśli jestem sprzątaczem, a będę myślał, że powinienem być profesorem, to tracę sens. Bo jako sprzątacz mam wysprzątać jak najlepiej, dzięki temu może jutro będę robił co innego.

7. W internecie (www.yafud.pl) znalazłem wpis: Dawno nie sprzątałem. Miałem taki «syf» w domu, że kiedy w końcu postanowiłem posprzątać, wzniosła się taka chmura kurzu, że włączył się alarm detektora dymu. Słaabo?!

8. W wierszu pt. Na odwyrtkę, który jest w spisie treści tomiku Przez (2014), pisałem: W czystości musi być trochę brudu. / Ździebko fałszu w harmonii./ Ziarno plewy się trzyma. /Orzeszek kusi wiewiórki./ Prawdy się biorą też z kłamstwa./ A delikatność z szorstkości. /Paradoks zabity zagadką./ X, Y to najczęściej wiadome,/ o których wiedzą. I milczą.

Prof. Tadeusz Kotarbiński potrzebował tylko 7 słów, żeby to uściślić: Porządek trzeba robić, nieporządek robi się sam. Przysłowie holenderskie poucza: Nowa miotła lepiej zamiata, ale stara wie, gdzie są śmieci.

9. Zacząłem od Mikołaja Reja, na koniec zostawiam fragment z Adama Mickiewicza: Więc nie dość gościa czekać, nie dość i zaprosić, / Trzeba czeladkę zebrać i stoły pownosić, / A przed ucztą potrzeba dom oczyścić z śmieci; / Oczyścić dom, powtarzam, oczyścić dom, dzieci! (Pan Tadeusz, Księga czwarta, Dyplomatyka i łowy).

I tyle, resztę niech powie Dyrektor fabryki kurzu i świeżego powietrza.

Czesław Mirosław Szczepaniak, Warszawa-Ursynów

%d bloggers like this: