Na miarę Wlenia (24)

Edytorial na wleńską notę

W sanatorium dziecięcym PKP we Wleniu byłem odpowiedzialny za gazetkę ścienną Echo LEŚNEGO DWORU. Pierwsze słowo w tytule było pochyłe jak kursywa, zaś dwa pozostałe jak wersalik. Obowiązkiem moim było lektorowanie prasy i wycięcie ciekawych artykułów, oraz przypięcie ich do korkowego podłoża przykrytego materiałem. Z tego czasu pozostały wspomnienia oraz winietka.

(Mam dawny zapał, choć im jestem starszy, to podczas czytania nośników papierowych i elektronicznych robi mi się coraz częściej głupio, kiedy ktoś upublicznia to, co powinno się mówić na osobności, zaś to, co jest kameralne, nagłośnia).

W ramach przypomnienia przygotowałem kilka dorosłych tekstów, które zapewne bym mógł przyczepić do sanatoryjnej gazetki. Oto kilka próbek. Z bliska i daleka, choć dzisiaj w dobie internetu taki podział stracił na ważności. Wszystko jest jak e-wioska, z wirtualną chmurą.

Nie będę ukrywał, że mam nałóg pisania: ze światła druku robię nalewki, trzymam je w pogotowiu, kiedy pochylam się na tekstem i dłuższe chwile zapijam.

Pani Stefania Krawiec (pozdrawiam!) w jednym z komentarzy (z 4 czerwca br.) pisze:

(…) syn mi przygaduje, że się imieniem i nazwiskiem podpisuję, wiem, że nie zawsze mam rację, ale mam odwagę i nie znoszę anonimów, a w moim wieku 76 nic mi nie jest straszne.

Podoba mi się taka postawa.

A więc, śmielej, mieszkańcy Wlenia.

Nie zapominajmy, że przychodzi czas, że prawda ma dość kłamstwa, więc wychodzi na jaw.

Bieszczadzki wtręt

O tym wspominałem w cząstkach: % wzwyż, Koryfeusz, czyli As. Na miarę Wlenia (21) (http://wleninfo.pl/?p=3837).

Powracam, bo Bieszczadzkie Stowarzyszenie na Rzecz Dzieci i Młodzieży Niepełnosprawnej  „Promyk Nadziei” w Ustrzykach Dolnych boryka się, żeby bieda i strach nie miały miejsca do popisu. Angelika Szmyd, prezeska stowarzyszenia, mówi: Patrzę na stan naszego konta i już się boję („Mój biznes. Ludzie, praca, innowacje” 2019, nr 23, „Gazeta Wyborcza” z 28 maja 2019 roku, nr 123). Katarzyna Kędra, szefowa placówki dla dzieci z autyzmem i lekkim upośledzeniem umysłowym, wyjaśnia skąd się bierze niepokój: Nasza siedziba to cztery niewielkie pomieszczenia. Mieści się w budynku MOPS i środowiskowego domu samopomocy. Zaczyna się robić szaro i ponuro, bo od kilku lat nie udało nam się niczego odświeżyć. Nawet w naszych puzzlach brakuje elementów. Łóżko też nie jest już w dobrym stanie, a sala do rehabilitacji straciła kolory. Mamy pod opieką dwóch chłopców na wózkach i czasami musimy  przechodzić «na wyciągniętych brzuchach» (…).

Tam, gdzie bieda, wszystko traci kolory, niestety. Piszę o tym, bo takich miejsc sporo można spotkać. Odsiecz dla nich to jedyna nadzieja – siostra miłości.

Dla wielu słowo Bieszczady brzmi jak wspomnienie, więc parzą sobie herbatę z prądem. Można i tak.

Przez szyję do głowy

Łukasz Gorczyca i Łukasz Ronduda opublikowali książkę pt. Szyja. Awangarda i alkohol, Wyd. Raster, Warszawa 2018, ss. 134. Druk zwarty dotyczy tego, jak pili artyści plastycy w PRL-u. Szyja (albo pryty) w slangu pijackim oznacza tanie wino. (Zefirek – 50 g wódki, Wicherek – 100 g wódki). Stolicą pijaństwa było miasto Łódź oraz królewski Kraków. U nas się piło inaczej niż na wschodzie – Piję za to, aby nasi wrogowie żyli z samej pensji i cukier mieli tylko w moczu! Na tych, co lubili sobie łyknąć pod arkadami mawiali arkadiusze, zaś ci, którzy wybrali bramy – bramini. W owym czasie modne było strzelanie z luf drinkami, jak harcerzyk (żubrówka wymieszana z sokiem jabłkowym) albo Jeszcze Polska nie zginęła (spirytus przegryziony sokiem). Armatą z napojem alkoholowym, na jaki dałem się skusić w Olecku (Mazury Garbate), były Ognie Moskwy; lata 80. XX w., zima, stan wojenny. Wtedy po raz 1. poczułem się tak, jakbym przechodził do historii polskiej literatury współczesnej. Pamiętam, że na drugi dzień w ramach klina zamówiłem w pobliskiej restauracji dwa pełne do wrąbku talerze, gorącego rosołu z pieprzem. Odstawiając głęboką miskę, powiedziałem – trzeba żyć, a nie jęczeć!

Od tamtego czasu dla polskiego przemysłu spirytusowego (i nie tylko!) jestem człowiekiem obojętnym. Za to wspomagam tych, co wypalają kawę. Trzeźwi w pijanym kraju, margines.

W ramach pamięci narodowej przypomnę, że kiedy w czasach PRL-u ktoś napisał na wytynkowanym murze: Alkohol to twój wróg!, to świerzbiąca ręka nabazgrała natychmiast – Polak wroga się nie boi!

O innych błędach 

Profesor Jerzy Sawicki (1910−1967) jest m.in. autorem książki pt. Błąd sztuki przy zabiegu leczniczym w prawie karnym. Oto próbka talentu: Nigdy jeszcze w sądach – chyba wszystkich państw świata  − nie było tylu spraw na tle działalności lekarskiej co w ostatnich latach. Nigdy jeszcze sędziowie nie musieli wykazywać tak wielkiej znajomości w tej skomplikowanej materii. I nigdy jeszcze doktryna w takim stopniu nie nawoływała  praktyków wymiaru sprawiedliwości do oględności, ostrożności w ferowaniu wyroków dotyczących trudnej i pięknej sztuki lekarskiej. Stwierdza się bowiem dość niezwykłe, by nie powiedzieć paradoksalne zjawisko. Z jednej strony notujemy przesadne wyczulenie na błąd lekarski, podejrzliwość i nieufność w stosunku do lekarzy, a z drugiej strony równie przesadną wiarę w ich możliwości, która każdy skutek ujemny przypisuje nie OBIEKTYWNYM warunkom, lecz raczej SUBIEKTYWNEJ nieudolności leczącego. 

Czy jest w Polsce taki profesor, co by wziął w obronę poszkodowanych i nauczył, oraz wytłumaczył, że prawo obowiązuje wszystkich i to nie jest żadna łaska. Że prawda nie zaciera ręce kłamstwem. Że nie grabi do siebie.

Leczyć czy wyleczyć?

Pytanie, które się ciśnie, gdy patrzymy, co się dzieje w polskim lecznictwie po 1989 roku.

Mówią, że leczą, skąd zatem bierze się taka niska poprawa zdrowia, zwiększa się śmiertelność i niepełnosprawność. Leczyć, czyli powstrzymywać stan choroby, żeby byli pacjenci omijali apteki, oraz wielkie koncerny farmaceutyczne.

A przecież chodzi o wyleczenie. Żeby nie musieli ludzie wracać tam, skąd czmychają, jak najszybciej. Nie ma współpracy między konwencjonalnym leczeniem i medycyną alternatywną, którą uważają za szkodliwą. Nie słyszałem, żeby lekarze szukali innych rozwiązań, gdy ich metody prowadzą do skalpela, bo na nic leki i zioła. Ostatecznie taki stan pomocy przyspiesza pożegnanie z pacjentem. Polska medycyna zbliżyła się do sztuki… funeralnej, jak nigdy dotąd. I to jest zagrożenie, nie tylko demograficzne.

Aby było papu, musi być kaku

Na ostatniej stronie „Angory. Tygodnik” nr 21, pod winietką Dla tych, co nie lubią czytać, przeczytałem podpis pod rysunkiem, że rząd pracuje nad ustawą oborową, by chlewnie i inne budynki, z których wydobywają się brzydkie zapachy, były oddalone od domów przynajmniej o 500 metrów.

Ponieważ rząd zwykł podejmować ustawy w nocy, kiedy przeciętny obywatel śpi, więc zanim wyjdzie kolejny bubel legislacyjny na światło dzienne, przypomnę, że rolnicy mają widły, na których nie gra wiatr, więc nie ma co pociągać nosem i się krzywić. W gwarze ludowej to brzmi: Nie położysz kaku – nie weźmiesz papu.

Może to przysłowie jeszcze zdąży dolecieć na ul. Wiejską. W Warszawie.

Staram się

Staram się pisać tak, żeby nie było tak, jak w prawie dżemu malinowego, tj. im szerzej kultura się rozprzestrzenia, tym staje się cieńsza. Żeby nie było tak jak napisano na murze w Paryżu 1968 roku – Z kulturą jak z konfiturą: im jej mniej, tym bardziej się ją rozsmarowuje.

Ja raczej bym poprawił smak i maliny zamienił na powidła śliwkowe.

Dlaczego?

Bo maliny kojarzą się z wpuszczaniem  kogoś w tarapaty. A powidła mają to do siebie, że równo się rozsmarowują. Jak słodko (owoce w polewie).

To, co skrobię, jest jak pisanka. Czasami przypomina ziarno, które nosi z plewy T-shircik. Bywa jak śliwka, co wpadła do kompotu, więc ją wyławiam łyżeczką. A może to jest przetwór liryczny, z odrobiną cukru. Albo rodzynka, co się rozrosła w cieście drożdżowym.

Nieraz zastanawiam się, czy to jest pochlebne? czy jak bułka/chałka z masłem?

Uczę się komprymować. Lepiej zaciskać powieki niż pięści, gdy nas trafi złość, że słowo poszło nie tak. W zdanie.

Ikonografia

Jest moda, żeby do rozmów publikowanych na łamach gazet dołączać zdjęcie. Do wywiadu z lekarzem koniecznie trzeba zarzucić na szyję stetoskop. Polityk lubi się podeprzeć palcem, jakby chciał pokazać, że musi pilnować szarych komórek w mózgu. To jest maniera. Gdybyśmy dalej poszli tym tropem, to gospodarz domu musiałby być z miotłą, drogowiec z łopatą, murarz z kielnią, krawiec z igłą i nitką, betoniarz z garścią betonu, szewc z dziurawym butem, hydraulik z kluczem i pakułami, sprzątaczka z mopem, kasjerka z paragonem, pisarz z wiecznym piórem, ogrodnik z taczką, rolnik z wiązką siana, piekarz z bułką albo chlebem, kucharz z garnkiem, listonosz z awizem, a nauczyciel pod tablicą, zaś urzędnika z mgłą. Dlaczego? Bo dobry urzędnik jest jak mgła, niby wszędzie, a tak naprawdę nie można go złapać.

Innymi słowy, po co tak się napinać do zdjęć – wystarczy twarz, na której wypisują się zmysły. I się marszczą.

W dechę

Mam taki zwyczaj, że czytam książki od deski do deski, choć nieraz się złoszczę, że są napisane drewnianym językiem. Podobnie rzecz się ma z lektorowaniem prasy i surfowaniem po internecie. Gazety się czyta, jakby się je omiatało. Im jestem starszy, tym coraz rzadziej sięgam po nożyczki, żeby coś sobie wyciąć ze szpalty. Mam szczęście, że otaczają mnie mądrzy ludzie. Są  świetni i pierwszorzędni. Gdybym miał w sobie więcej odwagi, to bym napisał, że są w dechę. Sęk w tym, że takiego zwrotu nie używam. Dlaczego? Bo nie potrafię go wypowiedzieć z wdziękiem, jak na przykład mój krajan z okolic Kwitnącej Jabłoni, dr Andrzej Horst, archiwista jakich coraz trudniej spotkać. Nie wiem, skąd on się nauczył tego szperania w papierach? Na pewno nie od ojca, który był giserem, czy od dziadka Franciszka  Rylskiego, który był zdunem. Może to nauka starego Ogrodnego (Jan Ogrodny z Wołynia) z Kopanej, co leży między Tarczynem a Grójcem? W każdym bądź razie, Andrzej nieraz zamiast mnie komplementować, mówi, że napisałem w dechę! Peszą wszelkie pochwały, które potrafią wbić człowieka w próżność. Nic na to nie poradzę, że tę jedną tak polubiłem, że staram się pisać tak, żeby – jak mówi mój starszy ziomek  − było w dechę!  Komplement zadrzewny.

Dobrze się trzyma chińskie przysłowie − Z dobrego żelaza nie robi się gwoździa, z dobrego człowieka nie robi się żołnierza.

Wdzięczność

Ma tyle w sobie ciepła. Nieraz człowiek nie wie, jak ma za wdzięczność się odpłacić. Nauczycielom, lekarzom, a nawet urzędnikom, na których tyle wieszają psów albo puszczają kotów.

Wdzięczny jestem wszystkim ludziom, których spotkałem w życiu. Ci, którzy rzucali mi pod nogi kłody − za to, że je pokonałem i dzięki temu jestem silniejszy. Szczególną wdzięczność zachowuję dla tych, którzy robili wszystko, żebym się nie potknął i nie upadł. Oczywiście, że mam wiele długów wdzięczności. Staram się tak żyć, jakbym je spłacał. Z bonusem. Gratis też ma swoją cenę. Kiedy patrzę na żonę Graszkę, to widzę jak to słowo cichutko siedzi za miłością i nadzieją. Że będzie lepiej.

Dwie Polki!

W kwietniu br. wybuchł pożar w budce osiedlowej przy ul. Radarowej w Warszawie. Pani Hania, która prowadziła kiosk przez 22 lata, straciła wszystko. Mieszkańcy dzielnicy Włoch ruszyli na odsiecz. W internecie uruchomili zbiórkę w portalu pomagam.pl, a na Facebooku Otwarte Włochy szczegółowo informowano. Skrzyknęli się inni, nawet ci, co brali na tzw. krechę (zeszyt). Wspomagali osobiście: starsi i dzieci przynosili pieniążki. Wśród nich była 85-letnia pani, która na osobności wytłumaczyła załamanej sprzedawczyni: Pani Haniu, ja mam na trumnę odłożone pieniądze, pięć tysięcy, ale ja je pani oddam, bo czuję, że w tym roku nie umrę, a pani się tu przyda. (Oktawia Kromer, Pani Haniu, my panią odbudujemy. Pomoc sąsiedzka, „Magazyn Warszawa. Wyborcza” z 2−3 maja 2019 roku).

W „Angorze. Tygodnik” nr 19/2019 ukazała się nota Krzysztofa Tubielewicza i Wojciecha Muzala pt. Kobieta sama naprawiła drogę. Czyn społeczny po sieradzku. Otóż pewna pana nie mogła patrzeć, że lokalne władze zamiast załatać dziurę w jezdni w Sieradzu, robią wszystko, żeby się powiększała i stwarzała większe zagrożenie. Kobieta sprawy wzięła w swoje ręce. Kupiła masę bitumiczną (za 400 zł), sąsiad skonstruował drewniany „bijak”, pożyczonym szpadlem załatała. Oczywiście, że z tego powodu żaden drogowiec się nie zawstydził.

Przysłowie francuskie poucza, że Każda kobieta potrafi z niczego zrobić trzy rzeczy: kapelusz, sałatkę i scenę małżeńską. Tę listę można rozszerzyć, dzięki Polkom.

Sza… komplement

Pani Grażyna Szapołowska to nie tylko aktorka. Uroda to jej najczulsza wizytówka. W swoich zbiorach odnotowałem jej wypowiedź florystyczną:(…) Na premierze „Pana Tadeusza” dostawałam całe mnóstwo przepięknych kwiatów. Miałam na sobie niebieską suknię. Następnego dnia o poranku przyszedł do mnie posłaniec i przyniósł ogromny bukiet pięknych niebieskich róż. I miały kolor mojej sukni. Pomyślałam sobie wtedy, że mężczyźni bywają bardzo wrażliwi.

Kiedyś w pociągu siedział naprzeciw mnie człowiek który trzymał na kolanach różę i nie odzywał się przez cała drogę. Róża więdła w oczach, a on bez słowa patrzył przez okno. A kiedy oboje zaczęliśmy zbierać się do wysiadania – jechałam wtedy na egzaminy do szkoły teatralnej – ten mężczyzna wstał i powiedział tak: «Pani powinna urodzić co najmniej pięć córek », i dał mi ten przywiędły kwiatek. To było jedyne zdanie, jakie powiedział przez całą podróż. Potem zniknął. A ja zrozumiałam, że to jest najpiękniejszy komplement mojego życia (Kobieta jest w każdym mężczyźnie. Z Grażyną Szapołowską rozmawiał Krzysztof Feusette, „Rzeczpospolita”z 8 marca 2000 roku, nr 57).

Oto (kolejny) dowód na to, że kwiaty łagodzą kobiety. I nie tylko!

To nie maniera!

Zwrócono mi uwagę, czy czasami nie przesadzam z tymi swoimi dwoma imionami przy nazwisku. Dlaczego nie mogę się zdecydować i wybrać jedno. Czesław albo Mirosław. Wyczuwam, że interlokutorom chodzi o jedno, że już wystarczy, że mamy Cypriana Kamila Norwida, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. W moim przypadku sprawa jest o wiele bardziej złożona. Mój ojciec miał na imię Czesław (do dziś szumi mi w uszach jak mówiła jego matka, moja babcia Olszewska − Cesiek). Siostra na chrzcie otrzymała imię po ojcu, czyli: Czesława Bożena. Kiedy się urodziłem, to mamusia zadecydowała, żebym miał imię ojca, bo dzieciak, który nosi imię ojca, to zdrowo się chowa. Ponieważ za bardzo zdrowie  mnie  nie kochało, więc, gdy urodził się mój brat, wtedy zostało mu przydzielone tylko jedno imię, Ireneusz.

Tak naprawdę to ja mam trzy imiona. To trzecie otrzymałem podczas bierzmowania. Mój patron to św. Jan Chrzciciel, który nie jest wszczepem.

Nie używam trzech imion, bo to już by była duża przesada. 

Etymologia nazwiska, czyli geneza albo pochodzenie, ileż wymaga kwerend, żeby ustalić. Po mieczu jestem Szczepaniak (z domieszką Olszewski, Studniarek), zaś po kądzieli Grzondkowski (tak zapisała niepewna ręka, zamiast ą, nosem poszło on; przy czytaniu można się zająknąć i chrząknąć). Pochodzę rodziny rolniczo-rzemieślniczej; z przewagą kultury chłopskiej wymieszanej ze sprytem grójeckim. Czyli z okolic Kwitnącej Jabłoni. Co tamtejsze słabo się we mnie przyjęło, bo przez chorobę oddaliłem się w dzieciństwie od domu, więc mało słów szeptała mi do ucha matka, babcia, ciocie…

Kiedy mnie pytają: kim jesteś? odpowiadam – ja ze szczepu i grządek. Z sadownika, który przesadza jak ogrodnik. Przycina, szczepi, pisze czasami patykiem na ziemi, a potem to zaciera butem.

Z racji tego, że bywałem w wielu miejscach, prowadzę rejestr miejscowości z cytatem, passusem, notą. Wykaz obejmuje grubo ponad sto wiosek, miasteczek, miast. I kiedy przychodzi mi o nich pisać, to stawiam sobie jak szkło powiększające albo inaczej –

jak okulary, przez które patrzę, aby lepiej widzieć to, co jest czasami zmazane. Już. Opisuję, bo niewiele wiem. Ponieważ jestem w wieku 60+ , więc przy okazji ćwiczę pamięć. Robię to do wiele chętniej niż do rehabilitacji, gdzie trzeba się zmuszać.

Jak dobrze nad czym się pochylisz, to jesteś przychylny i otwarty. Jak dłoń albo parasol, kiedy dach nieba przecieka. I nic na to nie poradzisz. Samo życie.

Kropla poezji

Przygnębiające jest czytanie (niektórych) komentarzy internatów. Pomijam składnię i interpunkcję, bo normą jest, żeby nie przestrzegać zasad przestankowania. I stukać z grubego kciuka. Nie wiem, czy ktoś zajmuje się wymiataniem hejtu?

Jedno na pewno rzuca się w oczy, że o większości osób nie da się powiedzieć/napisać – Ani chybi, że coś wiedzą.

Dlaczego?

Bo zajmują się raczej dokuczaniem niż nauką. W ich zdaniach wszystko gwiżdże, jak przeciąg polski. I ta buta spod buta albo z liścia.

Stracony czas, tzn. nie wyciśnięty do ostatniej kropli poezji.

W tym miejscu zapytam grzecznie – skoro nie można ich obudzić – z jakiego źródła pochodzi cytat o kropli kawy?

Nie dopowiem więcej, bo liczę na wysiłek i pilność tych, co wirtualne przestrzenie bełtają, żeby kogoś zaciąć i pochlapać błotem, z którego wydmuchują bańki. Puste.

Tym, którzy tak chcą nas doprać, przypomnę że jeżeli już tak pragną zrobić coś wielkiego –  najlepiej jak od nas się odczepią i umyją słonia, a potem komara. I szlus!

Przykład z gniazda bociana

Bociania mama nie opuszcza gniazda w czasie pożaru − taki tytuł pojawił się 30 maju 2019 roku na portalu internetowym.

Nad syberyjskim Amurem pod bocianim gniazdem uwitym na słupie energetycznym zapłonęły łąki. Bocian nie stracił głowy, choć ogień  trawił ogromną połać terenu. Nie opuścił lęgowiska i wysiadywanych przez siebie jaj. Całe zdarzenie zarejestrowała kamera WWF i Amur SOS. A za 9 dni wykluły się pisklęta. Bocian biały z czarnymi piórami na skrzydłach pokazał, że na strach najlepszy jest spokój. 

Jaskółka

Maria Konopnicka o jaskółce napisała dwa razy wierszem. Pierwszy śmig rymowany był pt. Nasza czarna jaskółeczka. Wierszyk sentymentalny o tym, jak przyleciała do gniazdeczka ulepionego pod strzechą jaskółka. Do ojczyzny.

Drugi liryk jaskółczy był na pamiątkę pewnego wydarzenia, opisanego w baśni O krasnoludkach i sierotce Marysi.

Półpanek, jak wiemy, był żabą, która chciała śpiewać. Z tych starań wyszło to, że od wysiłku pękło mu gardło. Krasnoludki wpadły w rozpacz i poprosiły zgarbioną babuleńkę, która leczyła ziołami o pomoc. (W nieszczęściu, jak wiadomo, nie powinno się odmawiać pomocy, choć znam przypadek, gdzie człowiek był wyssany z uczuć ludzkich, jak nie ssak. Najczęściej, gdy dzieje się krzywda, ludzie pędzą na odsiecz). Ponieważ starsza kobieta nie była na siłach, więc rzekła do krasnoludków: Skoczże który za trzy góry, za trzy morza, na bezdroża – na sam koniec świata, tam gdzie moja chata – przynieśże mi duchem złotą igłę z uchem, przynieś i jedwabie, obozem tej żabie!

Skoczył Pietrzyk do chatynki Skrobka i rzekł do jaskółki: Jaskółeczko! Jaskółeczko! / Weź mnie na swe siodełeczko, /Nieś mnie swoje pióry / Za morza, za góry, / Na sam koniec świata, /Gdzie babulki chata, / Muszę przynieść duchem / Złotą igłę z uchem/ I jasne jedwabie, / Żeby pomóc żabie.

Po czym skoczył na jej grzbiet i… fru!

Babuleńka zacerowała żabę, a po zabiegu żaba zaszyła się w rzęsie i wodzie.

Jaskółka okazała się szybsza, niż karetka pogotowia na sygnale.

A jednak… w ptasim móżdżku, który jest mniejszy niż orzech laskowy, mieści się sporo (ptasiej) inteligencji.

Za Chiny

Jeszcze o polityce nie pisałem, więc nadrabiam zaległości.

Zapewne ze szkoły pamiętacie, jak zaczyna się Stanisława Wyspiańskiego Wesele. Oczywiście, że od zgrzytu. Czepiec pyta dziennikarza: Cóż tam, panie, w polityce? / Chińcyki trzymają się mocno? A gryzipiórek odpowiada na odczepne: A, mój miły gospodarzu, / mam przez cały dzień dosyć Chińczyków. I dodaje, że ma też dość polityków. I tyle sobie ponarzekali. Tak było na początku XX wieku.

A jak jest w XXI wieku?

Dominika Maciejasz opublikowała artykuł pt. Pracowałam w Chinach i przeżyłam („Gazeta Wyborcza” 2019, nr 125), z którego wydłubałem dwa zdania: W Chinach pracuje się od zmierzchu do świtu, sześć do siedmiu dni w tygodniu. Praca to życie, bez pracy jesteś tu nikim.

Oto przykład jak powiedzenie za Chiny Ludowe (czegoś nie zrobię) odeszło do lamusa.

Czesław Mirosław Szczepaniak

Winietka Echo LEŚNEGO DWORU – winietka ze ściennej gazetki, za którą byłem odpowiedzialny w latach 60. XX wieku, kiedy przebywałem w sanatorium dziecięcym PKP „Leśny Dwór” we Wleniu. Projekt i wykonanie (z bristolu) był dziełem wychowawcy Andrzeja Szewczyka, który grał na skrzypcach i dbał o to, żebyśmy nie mieli drewnianych uszu, oraz przygotowywał występy słowno-muzyczne.

O nim pisałem w opowiadaniu pt. Kubek: (…) pan Andrzej Szewczyk zadecydował, żebym brał udział w życiu kulturalnym, tj. zagonił mnie do teatrzyku kukiełkowego, następnie wyznaczył do lektorowania gazet. Za jakiś czas poinformował, że mam się zająć ścienną gazetką Echo LEŚNEGO DWORU. Winietę wykonał z grubego papieru. Zrobił biały kontur  naszego dziecięcego sanatorium. Na tej tablicy wyglądał jak biały linoryt. Pouczył mnie, że będę odpowiedzialny za trzy kolumny pod kapitalikiem: Z KRAJU, ZE ŚWIATA, Z ŻYCIA LEŚNEGO DWORU. Do pracy miałem stertę gazet, nożyczki, pinezki, szpileczki i duży zapał (Bądź zdrów!, Wydawca: Oficyna „Z bliska” Biblioteki Publicznej w Gołdapi, Gołdap 2015).

%d bloggers like this: