Na miarę Wlenia (38)

Bohatyrewicz

Chyba miał na imię Józef, ale nie mam pewności.

(Jego ksywka Ziutek).

Był wychowawcą w sanatorium dziecięcym PKP „Leśny Dwór”.

Zawsze elegancki, białej non-iron w koszuli, pod krawatem, w szarawo-ciemnym garniturze. Starannie ogolony. Buty wypastowane na glanc.

Pełnił dyżury w sobotę i w niedzielę.

Pachniał perfumami i czosnkiem.

Nie pamiętam, żeby chodził z nami na spacery.

Robił wrażenie człowieka, który bierze życie końcem palców, aby się nie ubrudzić.

Wychowawstwo traktował jako dodatkowe zajęcie.

Z nim wiąże się niebywałe zdarzenie. Był pożar, spaliła się hala, gdzie produkowano gumoleum (?). Potem okazało się, że właścicielem tego zakładu był pan Bohatyrewicz.

Kiedy szliśmy na rynek, widzieliśmy zgliszcza. Straszny widok. Zza płotem czatowały dwa olbrzymie psy.

Takim go zapamiętałem w dzieciństwie, które ma to do siebie, że widzi wszystko jak pod szkłem powiększającym.

Michał Fluder w liście z 11 stycznia 1984 roku wspominał: p. Bohatyrewicz wyjechał do Kamienia Pomorskiego i pracuje w Sanatorium (dwa lata temu program TV, na dwójce, Kamień Pomorski).

Daleko go wywiało, więc słuch o nim zaginął.

Przypominam jednego z grona pedagogicznego, bo nie zanosi się na to, żeby ukazała się monografia o „Leśnym Dworze”, chociaż nigdy nie wiadomo, czy nie pojawi się ktoś o zacięciu kronikarskim i podejmie się kwerendy, i rozpisze jak drzewiej bywało. Niby to takie życzeniowe, ale kto tam wie, czy to się nie spełni. Póki co, czekajmy.

Porzekadło polskie głosi, że trzy razy się przeprowadzić, a raz się spalić – to na jedno wychodzi.

Oby nas nie zajmował ogień i powódź, która zabiera i nigdy nie oddaje.

Łacińska sentencja poucza: Najgłębsze rzeki płyną cicho; cicha woda brzegi rwie (Altissima quaeque flumina minimo sono labi).

Tej mądrości nie muszę tłumaczyć tym, co mieszkają nad rzeką Bóbr, co spływa do Odry.

Czesław Mirosław Szczepaniak

PS

(Ciężki) zapach

Lech Janerka – basista, wokalista, kompozytor, autor tekstów, członek wrocławskiego zespołu Klaus Mitffoch wyznał: Ludzie powinni dostać szansę. Moi rodzice pochodzili ze wsi. Gdyby po wojnie nie było komuny, pewnie do końca życia przerzucali by gnój z jednej kupy na drugą. Ludzie powinni dostać szansę, bo w masie jest potencjał (Ludzi irytuje, kiedy szybko myślisz. Z Lechem Janerką rozmawia Jarek Szubrycht, „Magazyn Świąteczny. Gazeta Wyborcza” z 7−8 września 2019 roku, nr 209). To nie jest tak do końca, bo gnój wyrzuca się z obory zgodnie z jego przeznaczeniem. Jest wiosenne i jesiennie wyrzucanie obornika, który trzeba roztrząsnąć, a potem zaorać (przykryć ziemią). To była praca bardzo ciężka i niewdzięczna. Nie zapominajmy o tym, że do roboty w stajni trzeba mieć silne ręce i nogi, które chcą nosić, i silny kark oraz niewrażliwy nos na zapachy.

Mówiąc przysłowiem: Kto pole gnoi, biedy się nie boi lub, inaczej, Gdzie gnoją, tam się rodzi. O tym widły śpiewały!

Innymi słowy, nie pognoisz ziemi, zboże się nie ozłoci kłosem i nie będzie papu. Samo życie.

Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie

To tytuł piosenki zespołu „Tilt”. Oto co na jej temat powiedział Tomasz Lipiński, syn karykaturzysty Eryka Lipińskiego, oraz współtwórca „Brygady Kryzys”, kompozytor i autor tekstów: (…) Tę frazę zasłyszałem w moskiewskim domu towarowym od siedzącego na ławce staruszka, który patrzył, jak kobiety biją się o zachodnie perfumy. Mruczał pod nosem, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. Po rosyjsku «normalnie» znaczy «dobrze», tak jak być powinno (Każdy uskrobał sobie swoją wizję Polski. Po co politykom kultura. Z Tomaszem Lipińskim rozmawiał Konrad Wojciechowski, „Tygodnik Warszawa. Gazeta Wyborcza Stołeczna” z 13 września 2019 rok)

Henry David Thoreau, Walden, czyli życie w lesie

Wynotowałem z książki wydanej w 1854 roku, czyli 100 lat przed moim urodzeniem: Nie powinniśmy zatem obcować z człowiekiem wciąż zaharowanym, wspierającym się na motyce czy łopacie jako ten kołek pośród własnej pracy, atoli z takim, co podnosi się nad ziemię wyżej aniżeli grzyb, jedynie częściowo nad nią wyniesiony, z kimś podobnym do jaskółek, które właśnie sfrunęły z wyżyn i stąpają po ziemi.

I aż się nie chce wierzyć, że spotykałem takich ludzi w dzieciństwie i młodości. W XX wieku.

W sadzie, na polach, oraz w miastach i miasteczkach.

 


%d bloggers like this: