Na miarę Wlenia (39)

Na dobry początek

W pierwszych słowach kolejnego odcinka powtórzę: Nie planuję napisać ody do zniechęcenia, lecz będę się przechwalał z takim zapałem jak kogut, który wskoczył rano na grzędę, aby niezwłocznie obudzić sąsiadów (Henry David Thoreau, Walden, czyli życie w lesie).

29 września, w łańcuchu Karpat

Tym razem zrobię wyjątek i oddalę się od Sudetów, bo 29 września kończy się redyk w łańcuchu Karpat. Nikt już nie pamięta o tym, kiedy zaczęto baców, podbaców, juhasów i honielników wynajmować do wypasu owiec na odległych pastwiskach, za lasami, za górami, za połoninami, za polami, za sadami… Umowy zawierano na tzw. gębę, i rozliczano ze słów, co przez usta przeszły.

29 września, kiedy kończył się wypas, a zaczynał redyk jesienny, był uroczystością, jak wiosenne wyjście na hale.

Na pastwiskach watry, żegnano się z szałasami i zabezpieczano tak, aby można było wiosną powrócić. W ten dzień niosły się śpiewy góralskie: Ej! Łowiecki piękne, Nie syćkieście moje, Przyset Świnty Michoł, Kozdy biere swoje…

Powracano do siebie.

Na pamiątkę została redykołka – młodsza siostra oscypka, która ma różny kształt: małych wrzecion, parzenic, serduszek bądź zwierząt (jelonki, niedźwiadki, wiewiórki, koguciki, psy). Wedle zwyczaju bacowie częstowali nią jak i żętycą, tych, co odwiedzali szałasy gazdów.

Nie sprzedawano jej, lecz… rozdawano, zawsze w parach, po 2 sztuki, bo taki był obyczaj. Baca, przychodząc na osod (łozesod, łossod) miał w torbie bacowskiej redykołki i obdarowywał nimi gaździny, gazdów odbierając owce, a także dzieci i turystów. Redykołka robiona jest z resztek przetworzonego bundzu (ser z mleka owczego), jaki pozostał z wyrobu oscypka. Można powiedzieć, że to taka kwaśna bajaderka. Chyba za to porównanie z ciasteczkiem górale nie pogrożą mi ciupagą, okutą i z wąsami.

Buki

Buki płaczące. Że są wierzby, wiadomo, ale buki?

Jak buki kocham, nie wiedziałem o tym.

W Kasztelanii Wleńskiej przed laty przyszło natchnienie na wierszyk, więc wyskrobałem go zamiast pisać patykiem na ziemi:

Ballada bez patyczkowania się

Piszę balladę gałązką rzuconą przez buki

Na serduszku spiłowanym przez jesień

Wiatr wyczesuje liście i garść owoców

Wplatuje w korzenie-warkocze

Piszę balladę na listku buka

Na nerwie zjesienniałym

W wielkich papachach las bukowy

Światło przez srebrny las przecieka

Piszę balladę patykiem na ziemi

Biorę buka za świadka

A On rzuca mi pod nogi koronę

Ze srebra i trenu lata

Oczywiście, że był to las buków pospolitych (Purple Fountain). Tak się tymi bukami oczarowałem, że zacząłem zasuszać ich liście.

W Głownie Zdzicho Chmielewski zaprowadził mnie do Dmosina, gdzie było gospodarstwo państwowe i pałacyk otoczony bukami plączącymi. Ciemnoczerwne liście, przechodzące w rudość, zwisające jak baty. Rosły po stronie słonecznej i półcienistej. Podszedłem bliżej, żeby wejść pod ich parasolowatą koronę. Zobaczyłem ciemnoczerwone liście, które jesienią przekształca się w ciemnobrązowe. Błyszczące. To, co schowane, patrzyło zza buka. Był to zapewne widok, który przeszedł przez deszcz. Patrzyłem na zawisłe formy dendrologiczne. Nie daj buk, żebym o tym nie napisał.

W ten oto sposób stopiłem jesiennie Wleń z Głownem, które bliżej ma do Łowicza niż do Łodzi. A Wleń jest między Jelenią Górą a Lwówkiem Śląskiem, objęty wodną wstążeczką Bobru.

Na koniec zostawiłem żart, który niesie się po stronie niemieckiej jak echo. Jest na poziomie polskiej łamigłówki dziecięcej z lat 60. XX wieku co to za zagadka, dwie kulki i armatka? Cytuję jak leci.

Żołnierze armii niemieckiej ćwiczą w bazie czyhanie w zasadzce zamaskowani jako drzewa. Nagle przebrany za świerk szeregowy Meier porzuca wyznaczoną pozycję i biegnie co sił w nogach. Sierżant jest wściekły. Zatrzymuje żołnierza i pyta: −Co się dzieje, Meier? Czyście oszaleli?

Musiałem, panie sierżancie. Udawałem świerk. Przyszedł pies, podniósł nogę i mnie obsikał. Wytrzymałem. Potem ktoś wydrapał mi scyzorykiem na zadku serce i napis: «Kocham Hildę». To też wytrzymałem. Następnie do kieszeni moich spodni weszły wiewiórki. Usłyszałem, jak rozmawiały: «Widzę dwa orzeszki. Ty zabierzesz ten z prawej, a ja z lewej. Będziemy miały zapasy na zimę». Wtedy już musiałem uciekać − usprawiedliwia się szeregowy Meier.

Czesław Mirosław Szczepaniak

PS

Wtręt pani Justyny K.

Znalazłem pewien passus, który odnotowuję, bo w górach dzieją się różne rzeczy, za sprawą polskich turystów, którzy z brawurą chodzą zamiast ze zdrowym rozsądkiem. Justyna Kowalczyk w felietonie pt. Świadoma turystka ucieka przed burzą. Skąd biorą się tragedie w górach pisze na łamach „Gazety Wyborczej” 2019, nr 211: (…) w części oszlakowanej Tatr jestem jak ryba w wodzie. Doskonale wiem, skąd, o której i ile mi zajmie zbieg bądź dobieg w każde bezpieczne miejsce w razie kłopotów pogodowych. I pewnie dlatego, że czuję się tak dobrze, wiem, że burzy w naszych górach trzeba unikać. Jeśli jakoś mimo dobrych prognoz się pojawi – choćby w oddali – zawracam na pięcie i co sił w nogach zmykam na dół. Cel, który sobie wyznaczyłam, nie ma żadnego znaczenia. Celem nadrzędnym jest zawsze moje bezpieczeństwo. Nigdy − odpukać − mnie ta cholera nie dogoniła. Niejednokrotnie, gdy tak prułam na dół co sił, widziałam ludzi, którzy poruszali się bardzo wolno i dalej szli w górę. W sytuacjach poważnych zdarzyło mi się w miłych słowach zwrócić uwagę, że tam, u góry, czekają duże kłopoty. Nie zdarzyło się, by ktoś odpowiedział normalnym tonem. Najmilsza odpowiedź nawoływała, bym się zajęła sobą. Nie dziwi mnie to, że burza raz na jakiś czas zbiera w Tatrach tak tragiczne żniwo. W sumie dziwi mnie, że tak rzadko. (…) Przytoczę taki norweski przykład. W Norwegii jest wiele pięknych miejsc, ale Preikestolen jest szczególny dla tubylców i turystów. To klif z płaskim wierzchołkiem opadający na 600-metrową pionową ścianę. (…) Na ogromnej skale mimo przepaści nie ma ani jednego słupka, łańcucha, ogranicznika. Nic. W sezonie jest tam większy ruch niż u nas na Giewoncie. Nigdy nie było tam żadnego wypadku. (…) Człowiek, jeśli nie ma wymówek, jeśli nie ma z góry narzuconych ograniczeń, jeśli – w końcu – nie ma na kogo zrzucić odpowiedzialności, zaczyna sam się pilnować. Niesamowite odkrycie. Góry będą stać, jak stały. Zawsze na nas poczekają. Dobrze by było, by miały na kogo czekać.

Cytuję słowa Justyny Kowalczyk, mistrzyni w biegach narciarskich, bo życiowej mądrość nigdy dość. Nie wszyscy przecież wiedzą, że gór się nie zdobywa – góra jest zawsze górą.

Innymi słowy, najlepsza szkoła, co pod górkę oraz w dół – ta na wzniesieniu, to nie szkoła wyższa, pamiętaj.

Jak padł krzywy las

Edward Stachura w latach 70. XX wieku we Wszystko jest poezja. Opowieść−rzeka, 1975 m.in. zanotował: (…) Pod Szczecinem chciałem zobaczyć słynny krzywy las, o którym wyczytałem w „Przyrodzie Polskiej”, ale przybyłem już za późno. Już padł – słynny krzywy las („Patrzę na twoją fotografię”). I nie powstanie. Bo przywalony stalą i betonem. Nie lubię krakać, ale żeby wam te kuleczki żywicy po przypadłych lasach nie stanęły kiedyś kością w gardle, panowie przemysłowcy. W beztlenowej atmosferze nie wszystkim będzie do twarzy w gazowych maskach.

Wolna Grupa Bukowina

Jej założycielem był Wojciech Bellon z Kwidzyna, dzieciństwo i kawałek młodości spędził w Busku-Zdroju. Legenda głosi, że w 1971 rok peregrynował zespół przez Sudety. Na szlaku natrafili w Szklarskiej Porębie na IV Giełdę Piosenki Turystycznej. Wzięli udział, bo to był warunek otrzymania bloczków na jedzenie; wyróżniono ich występ. A potem doszlusowali do tej krainy łagodności z pieśniami takimi jak Majster Bieda, Sielanka o domu, Sad, Ballada o Cześku piekarzu, Kołysanka dla Joanny, Między nami i inne, które weszły do śpiewników.

Do tradycji Ogólnopolskiej Turystycznej Giełdy Piosenki Studenckiej w Szklarskiej Porębie należy przyznawanie tytułu Szarego Łosia Giełdowego. Aby dostąpić tego wyróżnienia, trzeba uczestniczyć czynnie lub biernie w 5. Giełdach.


%d bloggers like this: