Na miarę Wlenia (41)

O wietrze, co krople deszczu przeszył

1. Co jest zatem tym moim pierwszym pamiętnikiem? Mogę ręczyć za opisane w „Kasiuni” słuchanie wiatru. Z nikim nie mogłam tego skonfrontować, bo to ja sama tego wiatru słuchałam. Jak zmienia się jego głos, kiedy wieje z różnych kierunków. (…). Niedawno brałam udział w audycji w łódzkim radiu, dzwonili mali słuchacze. Odezwał się m.in. Karolek, który pytał, jak znalazłam czas, żeby w takich trudnych chwilach bawić się w słuchanie wiatru. Pewnie sobie wyobrażał, że ja z karabinem maszynowym siedziałam w okopie albo na czołgu. Dlatego mi zależało, aby opisać właśnie powszednie wojenne dni. (…) (Asiunia wspomina wojnę. Rozmowa z Joanną Papuzińską, pisarką. Rozmawiała Beta Kęczkowska, „Gazeta Wyborcza Stołeczna” z 14 czerwca 2011 roku).

Inną wersję znajdziemy w wywiadzie pt. Joanna Papuzińska, Zabawy z wiatrem i język ezopowy (Joanna Rolińska, Raz, dwa, trzy za siebie! Rozmowy o dzieciństwie, G+J Gruner+ Jar Polska Sp. z o.o.& Co. Spółka Komandytowa, Warszawa 2013): A zabawy z wiatrem? To dowód na to, że dziecko potrafi bawić się wszystkim! Chociaż z punktu widzenia teorii Korczakowskich, dziś zastanawiam się, czy to była tylko zabawa, czy może badanie naukowe?

Kiedy to czytałem, przypomniały mi się chwile spędzone w „Leśnym Dworze”. Jesienno-zimowe-wiosenne. Noc i słychać za oknami, jak szura wiatr. Nie mogę zasnąć, bo się boję, że zerwie dach i będzie rzucał dachówkami jak beretem. Silny wiatr wygina świerki, co są jak przedmurza. Słucham i się boję, czasami chowam głowę pod kołderkę. A potem już z nim się oswajam, jak słyszę ciszę, to znak, że przestał szastać. Drzewa nie muszą zamiatać koronami nieba, jak miotła podwórko. Wystarczy, że przesieją deszcze, żeby urosła pogoda. W chmurach.

Zimą wiatr rzucał garściami śniegu w nasze okna. Płatki gasły w ponowie, którą deptał wiaterek podszyty mrozem. To było widać na parapetach. Dzięki Bieli nie było strasznie, więc rozkwitały kwiaty mrozu – budząc ciepłe śnieżynki. Aż chciało się iść na górkę, gdzie zjeżdżaliśmy na saneczkach albo na pupie. Zostawały ślady płóz i blask wyślizgany. I zapominało o tym, co niemiłe. Nic nie bolało, chciało się żyć.

Gdy dorosnę to będę nieraz przywoływał wiatr w poezji i prozie. W moich wierszykach on co rusz daje o sobie znać. Być może to są te odgłosy z dzieciństwa i młodości, kiedy czułem wiatr w oczach. Miałem pod wiatr, który zapomniał o tym, żeby mnie bić w plecy. Oto próbka liryczna:

 

Wiatr

z wiatrem to lepiej żyć w zgodzie, bo

nigdy nie wiadomo, z której strony zawieje,

o wietrze bardzo trudno się pisze – malarz

jest bezradny – w muzyce czasami zahula

(wiatr gwiżdże na sztukę),

wiatr jest ślepy, choć dobrze słyszy,

łamie drzewa – zrywa dachy –

(wiatr ciszy szaleniec),

wiatr to taki brudnopis, którego nie sposób

do końca zrozumieć – to sucha powódź, co

zabierze a nigdy nie odda –

ciężko się idzie, gdy człowiek jest

podszyty wiatrem – wiedzą o tym ci,

którym wiatr wyciska suche łzy z oczu,

od wiatru sporo można się nauczyć

na przykład:

ci co sieją wiatr, zbierają owoce wichury

2. Po wietrze pora na kroplę deszczu, która jest w nucie poezji Leopolda Staffa (18781957). Że dzwoni o szyby i parapety, jakby uciszała dach – czasami pluska, gdy wiatr za dużo nabierze w garść.

W 2019 roku opublikowałem w wydawnictwie MaMiKo Apolonii Maliszewskiej tomik poetycki pt. Zabrałem milczenie, słowo daję. Zadzwoniłem do pani Apolonii i zapytałem, czy mogę podesłać komputeropis. Dlaczego ją wybrałem?

Otóż mam w teczce wycinek Początek był trudny, mąż był przeciwny. Z Apolonią Maliszewską, wydawcą, właścicielką oficyny Mamiko, rozmawia Przemysław Witkowski, „Odra. Miesięcznik” 2012, nr 9.

Edytorka opowiedziała o tym, co było na początku: Pierwsza myśl o wydawaniu książek zrodziła się w czasie deszczu, na werandzie na Piastów 5 m. 1, w Nowej Rudzie, w Sudetach Środkowych. Motywacją był deszcz.

3. W „Gazecie Wyborczej” 2019, nr 187 Alojzy Lysko opowiedział o nauczycielu fizyki, muzyki i malarzu, który był dyrektorem i uczył w Zasadniczej Szkole Górniczej w Lędzinach (Ojczulek z wąsikiem Chaplina. Akademia Opowieści, Alojzego Lyski wysłuchała Anna Malinowska). Anielin Fabera miał ksywkę ojczulek. Uczeń Alojzy chciał zaskoczyć swojego wychowawcę i namalował specjalnie dla niego brzozę, co rosła w pobliżu jego domu. Oczywiście, że poszedł pochwalić się. Belfer spojrzał i skomentował akwarelkę: To leżąca kopka siana, a nie drzewo. A gdzie podział się wiatr? W przyrodzie zawsze jest żywioł. Maluj tak, żeby było go widać.

4. I to by było tyle, więc zwiewam, podszyty wiatrem, z kroplą deszczu.

Aha!

Najlepiej mi się wierszyki pisał, kiedy odchodziło bose lato. (Babie lato, jak nicią, splatało jesień, cerowało lato i wiosnę; póki liście darni nie przykryją).

Michał Fluder zauważył, pisząc w liście z 2 września 1986 roku: Dobrze, że są jarzębiny, bo one splatają dwie pory (jesień z latem).

Sporo cytuję, bo jestem jako autor w podobnej sytuacji, o której pisał Henry David Thoreau (1817−1862): jedynym zadośćuczynieniem za pracę był trud jej podjęcia (Walden, czyli życie w lesie, 1854). W eseju Gospodarka, jak przystało na człowieka z polorem, skreślił z polotem: Ileż to jesiennych, ba, zimowych dni spędziłem wśród pól i lasów, usiłując się wsłuchiwać w tony wiatru, usiłując usłyszeć je i wiernie oddać! Utopiłem w tym niemal cały kapitał, a biegnąc wiatrowi naprzeciw, straciłem też oddech w tym interesie.

Amerykański romantyczny poeta-filozof nie ukrywał: Pracowałem również jako mierniczy – jeśli nie gościńców, to leśnych ścieżek i wszelkich traktów. Pilnowałem, aby w miejscach uczęszczanych były przejezdne przez wszystkie pory roku i aby nad parowami wisiały kładki i mostki.

W eseju Goście subtelnie wyjaśni: Myślom potrzeba przestrzeni, aby mogły złapać wiatr w żagle i przed dotarciem do portu popłynąć jednym czy dwoma kursami.

W studium pt. Szczytne zasady zostawi przesłanie: Należy się wsłuchiwać w wiatr, albowiem nawet najlżejszy powiem na pewno zaszumi jakąś naganą, pożałowania zaś godny jest ten, kto jej nie usłyszy.

A w wierszu zawiąże supełek z wiatru:

Powiada się, że człek zna rzeczy mnogość wielką;

Lecz spójrz! Umknęły, jakby urosły im skrzydełka,

Nauka i sztuka wszelka,

Nawet guzik i pętelka;

Ten wiejący wiatr

To wszystko, co człek zna. (Przełożył Piotr Sommer)

Jesienią dostawałem z liścia. To było takie przyjemne zaskoczenie. Z mgłami, co nadciągały z pól. O takim uczuciu pisał Juliusz Słowacki w liście do matki, z Genewy, lekko przesadzając: (…) kawał mgły wisiał do ziemi jak srebrna kurtyna (…) (30 grudnia 1832 roku).

Niech mgły po górach się toczą. (Nie sposób tego pojąć, więc trzeba patrzeć, póki nie opadnie i nie rozetrze. Do sucha).

Niech zostanie cisza, która mówi, że wiatr przestał poniewierać świat i siebie zaczął wietrzyć.

Czesław Mirosław Szczepaniak

PS

Literacka Nagroda Nobla 2019

Olga Tokarczuk i Peter Handke otrzymali literacką Nagrodę Nobla. Akademia Szwecka napisała, że Polka otrzymała to wyróżnienie za narracyjną wyobraźnię, która wraz z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic, jako formę życia, zaś austriacki pisarz za wpływową pracę, która wraz z językową pomysłowością zgłębiła peryferie i specyficzność ludzkiego doświadczenia.

Olga Tokarczuk urodziła się w 1962 roku, w Sulechowie, na ziemi lubuskiej. Mieszka w Kotlinie Kłodzkiej, koło Nowej Rudy, w Sudetach Środkowych. Debiutowała w tygodniku harcerskim „Na przełaj”, w 1979, pod pseudonimem Natasza Borodin ogłosiła 1. opowiadanie. Pisała wiersze, a potem wybrała prozę i esej.

W rozmowie z panem Karolem Maliszewskim, poetą, krytykiem literackim, powiedziałem, że Dolny Śląsk, po tym co się stało, musi zmienić nazwę na Super Górny Śląsk Literatury. Pan Karol westchnął: Panie Czesławie, a myśmy tak chcieli żyć kameralnie.

Szybko zareagowałem – O nie, przejechała kolej losu, więc wszystkie szlabany muszą iść w górę, bo przyszedł czas na literaturę, która uczy patrzeć i myśleć. To sygnał, że możemy się ze smutków i porażek otrząsnąć. Cieszy, że poznali się inni. Obyśmy wzięli od nich miary.

I nagle poczułem, że w Polsce może być fajnie.

Kurz nie siada

Porządkując papiery, natrafiłem na tekst o Zygmuncie Kałużyńskim (1918−2004), krytyku filmowym i publicyście. Oto wywiad z 86-letnim starcem pt. Na betonie. Z Zygmuntem Kałużyńskim rozmawia Dariusz Zaborek, „Gazeta Wyborcza” z 11 września 2003 roku. Zacytuję, bo rzecz jest warta. Rozrusznik telewizyjny wyznał: moje pisanie jest emocjonalne, ośmieliłbym się porównać je do poematu. A czy od poematu można żądać ścisłości, wierności danych, niepowtarzania się? To jest poezja dziennikarska. A tam może być i nałgane, i przekręcone.

W rozmowie jest wtręt nie tylko o higienie psychicznej: Gdy skończyłem 80 lat, koledzy z „Polityki” życzyli sobie, żebym coś o sobie napisał. I wtedy przedstawiłem się jako osoba, która ma własny stosunek do higieny.

Mój nieżyjący już kolega Kazimierz Rudzki powiada mi: «Zygmusiu, mówią o tobie, że jesteś brudny». No, z 30 lat temu. Między przyjaciółmi. Na to ja: Niesłusznie, Kaziu, może jestem zaniedbany w ubraniu, ale się myję i kąpię. A on: «Może powinieneś zmieniać wodę». Rzeczywiście, będąc od dawna samotny, zaniedbałem się w higienie. Na przykład przestałem zamiatać, i zauważyłem ze zdumieniem, że brudy porządkują się same, to znaczy robią się pod ścianą zwały, które są ciekawe do oglądania.

(…) Punktem wyjściowym była niemożność zapanowania nad porządkiem i higieną z powodu samotności i zmęczenia. Jak człowiek nie ma rodziny, a ma masę książek, płyt, papierów, to mu się kurz łatwo zbiera. I gdybym zaczął to sprzątać, a jeszcze musiałbym szukać czegoś do zjedzenia, a jeszcze musiałbym się myć starannie, kupić ubranie, tobym przestał zarobkować i umarłbym z głodu. Czysty. (…) Reakcja na ten felieton w „Polityce”, który był taki żartobliwy, no, nie serio. Otóż człowiek pisze, pisze i nikt nie czyta, nikogo to nie obchodzi, żadnej reakcji, aż czasem jest się przygnębionym. Aż nagle napisze jakiś idiotyzm i tyle jest telefonów, ile listów, ile poparcia dostałem. To była manifestacja wolności na co dzień. (…).

Kropka nad Iwaszkiewiczem

Kropkę można postawić nad małym i. Ale co zrobić, gdy jest duże I i na dodatek kursywą. Jak Iwaszkiewicz?

W maju 1936 pojechałem do Wilna na wieczór autorski. Zostałem w Wilnie na parę dni, mieszkałem u Bazylianów, prawie cały czas spędziłem w Czesiem Miłoszem. (…) (Jerzy Putrament w: Jarosław Iwaszkiewicz, Portrety na marginesach. Biblioteka „Więzi” Tom 162, Warszawa 2004).

Na s. 94 oddzielny odcinek pt. Czesław Miłosz i miły początek (W jesieni roku 1930, wkrótce po śmierci mojego teścia, dostałem list, który zaczynał się od słów: «Uwielbiam pana!»), oraz smutny koniec baśni (był pewniejszy swego de mnie, był bardzo wielkim pisarzem, a ja skromny, mętny i pełen rozterki).

I kolejny cytat z opasłego diariusza:

Warszawa, Sejm 10 stycznia 1955

Każda epoka ma swój styl, nawet w drobiazgach i w innej epoce nie można pewnych rzeczy realizować. Mogłem w maju 1936 roku chędożyć Czesia Miłosza w mickiewiczowskiej celi Konrada na Bazylianów w Wilnie. Była cudowna noc z księżycem i słowikami. Rzecz nie do pomyślenia w roku 1824 ani 1954. Gdzie teraz Mickiewicz? Gdzie Miłosz, a gdzie Iwaszkiewicz? Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Karczmy babińskie (Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1911−1955, Czytelnik, Warszawa 2007).

W tomie II o Czesiu będą już dość niesympatyczne passusy (ss. 418, 421, 422), więc nie będę w tym zakalcu się grzebał.

W dwudziestowiecznej Polsce mówiono, że do literatury wchodzi się od przodu albo od tyłu, tj. przez Zofię Nałkowską albo Jarosława Iwaszkiewicz. I to nie była tylko anegdota.

Piszę o tym, bo tego typu sprawy w naszym kraju zamiata się pod dywan – o (polskiej) literaturze trzeba pisać inaczej. Bez tego zadęcia i hagiografii na usługach doraźnej polityki, która opiera się na (nie)pamięci.

23 Nike „Gazety Wyborczej” 2019

Książka Nie ma Mariusza Szczygła otrzymała najwięcej głosów w plebiscycie i zdobyła Nike Czytelników 2019, oraz główną nagrodę, tj. statuetkę, dyplom, 100 tys. zł, bukiet kwiatów, oraz splendor. Druk zwarty Wydawnictwa Dowód na Istnienie otrzymał wszystko, co można było zdobyć w 23. edycji nagród literackich. To jego ósma książka.

Pan Mariusz nie ukrywa tego, że czuje euforię, kiedy opisuje fakt, a fikcja go nie porusza. Oto próbka: Nagle podczas rozmowy bohaterka powiedziała: «A rzeka już płynie». Czasem coś takiego się dzieje w głowie, że jedno słowo uruchamia całe światy. I zobaczyłem Kaczawę, która płynie przez Złotoryję, a na jej powierzchni unoszą się gałęzie częściowo zanurzone w wodzie. I już wiedziałem. Część zdań będzie niewidoczna. (…).

Laureat nagrody czytelników wyzna: W środę miałem «křest knihy», czyli czeską premierę „Nie ma” w największej księgarni w Pradze. Ten «chrzest» polega na tym, że książkę oblewa się szampanem. Atmosfera była szczególna, bo tego dnia umarł Karel Gott, wszyscy to bardzo w Czechach przeżywają. Pierwsza moja książka nazywała się „Gottland”, w dniu promocji „Nie ma” umiera Gott. Był „Gottland”, a teraz „Nie ma”. Dziennikarka powiedziała mi: «To się mogło tylko w Czechach zdarzyć, czuje pan, jakie to dziwne?» (Jaśniepan Przypadek. Nike Czytelników. Z Mariuszem Szczygłem* rozmawia Natalia Szostak, „Magazyn Świąteczny. Gazeta Wyborcza” z 56 października 2019 roku, nr 233).

Wyróżniony nie ukrywał, że jego credo zawarte jest w słowach pewnej pacjentki ze szpitala psychiatrycznego, która zanotowała w brulionie: Pisanie, to nie takie proste ludziom czas zajmować.

Nie ma – sylwa Mariusza Szczygła

Nie ma – brzmi jak tytuł elegii, pożegnania, wspomnienia. Z nimi się idzie przez urodziny, wesela, pracę, pogrzeby. Obejmuje marzenia i wyobraźnię, co ciągle się wymyka. Ni to pamięć, ni pamiątka, co budzi zapomnienie.

Sylwiczna książka, paraliteracka jak reportaż, felieton, esej; niedomknięta jak mowa. (Literatura z wkładem dziennikarskim).

Teksty wydrukowano krojem pisma bezszeryfowego, pozbawionego ozdobników. Ich zaletą jest to, że nie męczą wzroku. Czyta się wygodnie, choć co rusz natrafia na nieprzyjemne prawdy, więc trzeba mocniej zacisnąć powieki zamiast palców.

Mariusz Szczygieł nie męczy lub, inaczej, próbuje zrozumieć tych, którzy dźwigają trud istnienia, przeżywają a nie zabiją czas. Jestem reporterem, który majstruje przy ludzkiej duszy, nie uważam się za rasowego dziennikarza, przypomina.

Podoba mi się takie postawienie sprawy przez tragarza ludzkich historii. Dziennikarz „GW” wysłuchuje i zapisuje, żeby opowieści nie odleciały szlakiem jaskółek. Skrobie o ludziach upartych i pilnych. Z sympatią, więc nie posuwa się za daleko. Jest po stronie świadków oraz tych, co stoją w tle. W szarości dostrzega kolory, choć nie jest poetą.

Lektura 30 kawałków jest o tym, jak słuchać ludzi, którzy noszą opowieść na swoją miarę (krótką albo długą).

Być może narażę się ekologom, ale… napiszę, że warto było ściąć drzewa, żeby jego słowa wlazły na papier, którego matką jest szmata, ojcem gałgan, a dziećmi pulpa (ścier drzewny, masa celulozowa).

Trzeba mieć dyszel w głowie, żeby tak rozpisywać się jak Mariusz Szczygieł, rocznik 1966, urodzony w Złotoryi, gdzie dzieciom płucze się w głowie, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Z tego gniazda wziął do Warszawy powściągliwość, więc dozuje nie ma.