Na miarę Wlenia (43)

Koleją losu do śmierci

Są wydarzenia z dzieciństwa, które nie sposób zapomnieć.

Chodziłem do VI klasy. I dostałem skierowanie, żeby po raz 2. być w „Leśnym Dworze”. Po świętach ojciec mnie odwiózł do kolejowego sanatorium. Wsiedliśmy do pociągu osobowego relacji Warszawa Główna−Jelenia Góra. Przedział był zapchany. Przy oknie ktoś położył radio tranzystorowe „Koliber” i usłyszeliśmy, że na dworcu we Wrocławiu zginął pod kołami pociągu polski aktor Zbigniew Cybulski (3 XI 1927−8 stycznia 1967 roku). Była niedziela. W wagonie zrobiło się jak przed pogrzebem. Cicho, a potem rozgorzała dyskusja i pojawiło się pytanie: jak to mogło się stać?

Ojciec odpowiedział, że pewnie próbował wskoczyć, ale drzwi się zacięły. Ktoś poprawił, że to nie drzwi, tylko aktor był pijany. Mogło tak być, nie upierał się tata, rzemieślnik z warsztatów kolejowych w Piasecznie.

W poniedziałek, 9 stycznia, gdy pociąg zatrzymał się na dłużej na stacji Wrocław Główny, pasażerowie poszli na peron, gdzie doszło do śmiertelnego wypadku.

Długo ojca nie było. Aż w końcu rozdyskutowani pasażerowie powrócili. I każdy miał swoje zdanie. Jak Polacy.

Pociąg ruszył i w Jeleniej Górze już nikt nie wspominał o tym, co się wydarzyło 7. dnia tygodnia na wrocławskim dworcu. Był smutek, który nie zna granic.

A kiedy dojechaliśmy do Wlenia, to zastaliśmy ponowę, w której gasł śnieg. Była cisza. W oddali ujadał pies. Bóbr był lekko skuty lodem, więc nie czuło się fetoru. W „Leśnym Dworze” tyle było życia.

Oczywiście, że nie opowiadałem o wypadku, jaki się wydarzył we Wrocławiu. Że mój ojciec był na miejscu, gdzie to się stało. Że widział ślady krwi na torach. Że…

Minęły lata a przeżycie z pociągu we mnie tkwi, jak zastrzał. I się obiera. Powraca.

Okazuje się, że ten pociąg toczy się dalej po torach literatury.

Z czystej ciekawości kupiłem książkę Edwarda Stachury Siekierezada albo zima leśnych ludzi, SW „Czytelnik”, Warszawa 1971. Format 11×18, ciężar 180 g, okładka w miękkiej obwolucie, na niej drwal z piłą ręczną tzw. twoje-moje. 244 stron, jak jeden dech na czytanie. Od zmierzchu do brzasku, powiedzmy.

Mam 18 lat i oczom nie wierzyłem, gdy czytałem w kuchni, co miała piec kaflowy na węgiel i lepkę, w domu rodzinnym w Kopanie, w okolicy Kwitnącej Jabłoni, prozę dedykowaną Gałązce Jabłoni. Była zima 1972 roku. Drzewa owocowe w papachach bieli. Drogi zawalone śniegiem. Na torach kolei wąskotorowej pługi.

Oto początek powieści:

Dostał się pod koła, pokatulkało go i kaput.

To rano było. Na ten ekspres do stolicy.

Ale podobno do ostatniego wagonu skakał.

Do ostatniego wagonu, ale do przednich drzwi.

Aha, ale do przednich drzwi. No tak.

Tu zrobił błąd. Żeby skoczył nie do przednich, ale do tylnych drzwi ostatniego wagonu, toby się tylko potłukł, ale pod koła by się nie dostał.

Słuszna racja.

Pocztowy wagon jest jeszcze na końcu.

Albo na końcu, albo na samym początku, zaraz za lokomotywą. Rozmaicie doczepiają.

Może chciał do tylnych drzwi, tylko że może, panie tego, zacięły się.

Albo się zacięły, albo w ogóle były zamknięte.

Mogło i tak być. Możliwe. Doleciał do tylnych drzwi, szarpnął za klamkę, zobaczył, że zamknięte, i wtedy poleciał do przodu, do przednich drzwi. Mogło i tak być.

Miał zginąć i zginął. To jest los.

O tym to zatem więc cały pociąg rozmawiał, szeptał, mruczał i mamrotał z rzadkim zgodnym przejęciem. O tej to śmierci nagłej i niespodziewanej wszyscy rozprawiali w zatłoczonych przedziałach i zawalnych korytarzach jadącego na zachód przez zimowe pola pociągu. Był pociąg, nie ten, ale pociąg jako taki, narzędziem tragedii. (…).

A w opowiadaniu Dzienna jazda pociągiem napisze: (…) Widziałem zeszłoroczną, ale ciągle jeszcze świeżą, krwawiącą pamięcią tego, któremu się bardzo śpieszyło, a potem wlokło go dwadzieścia pięć metrów czerwonym śladem. (…) (Edward Stachura, Falując na wietrze, 1966).

To, o czym skrobię, krytyka nazywa życiopisaniem.

Dla mnie to jest szkicem − peregrynacją kolejową ze śmiercią.

Literatura piękna może przetrzeć wspomnienia ze smutków, bo zamieść tego się nie da, jak podwórka.

Do bezpośredniego przytoczenia wybrałem trzy cytaty. Wystarczy, jak na kronikę wypadków.

W 1803 roku Johann Wolfgang von Goethe (17491832) opublikował wiersz pt. Dauer im Weschel (Trwanie w zmienności). Oto próbka przekładu, jaki dokonał Aleksander Schenker (19242019), amerykański slawista pochodzenia polskiego: Za mocniejszą od śmierci wieść / Łaskawym muzom dziękuję: / Moje serce napełnia treść, / W umyśle kształt się znajduje.

Joseph Roth (1894−1939), austriacki pisarz, abnegat, dobrze wstawiony, krótkie trasy pokonywał taksówką, mawiał: Cieszmy się cudem, że – jak dotąd – jesteśmy jeszcze żywi. Jesteśmy skazani, żeby czekać na śmierć. Ona jest jedyną naszą pewnością.

Nuchim Bomse (1906−1954) napisał poemat, gdzie śmierć do niego przychodzi i zastaje na drzwiach bilet: Her Tojd, Nuchima nie ma w domu, proszę drugim razem.

(Są łzy rzeczy – mówili starożytni).

Gdyby nie było śmierci, sztuka i kultura miałyby inną wagę.

I nic na to nie poradzimy, że śmierć zdmuchnie to, co życie rozpala, i knoci.

Byli i odeszli. Zostawili wspomnienia i pożegnania, które czasami rozpisuję, bo przedłużają się ich powroty. Do życia. Nie sposób – jak śpiewa Nic Cave, rocznik 1957 – przynieś ziarnka gorczycy z domu, w którym nikt nie umarł.

Nadal aktualna jest prośba, jaką można znaleźć w wierszu Ellen Hooper (18121848):

Oby nie poskąpiono mi, płomieniu jasny,

Twej ciepłej, niby życie, drogiej mi sympatii.

Czesław Mirosław Szczepaniak

PS

Profesorska uwaga

Profesor Paweł Andrzej Lampe (rocznik 1947), chirurg, specjalista od nowotworów układu pokarmowego, w szczególności raka trzustki, w rozmowie z Magdaleną Żakowską pt. Chirurg, który zrobił się nadwrażliwy („Gazeta Wyborcza” 2019, nr 244) powiedział: (…) Im jestem starszy, tym częściej myślę o pacjencie tak, jakby był członkiem mojej rodziny. W młodzieńczych latach, kiedy miałem wieczorem spotkanie, nie zawsze byłem myślami w sali operacyjnej. Dziś jestem znacznie uważny. Człowiek staje się na starość nadwrażliwy.

Na koniec

W „Tygodniku Warszawa”, piątkowe wydanie „Gazety Wyborczej Stołecznej” z 4 października 2019 roku, opublikowano artykuł Martyny Śmigiel pt. Długo na ten koniec się nie godziłam. Kiedy dziecko umiera, w którym pielęgniarz z hospicjum m.in. powiedział: Ostatnio pacjent wprost mnie zapytał, jak będzie wyglądała jego śmierć. Trzeba szczerze odpowiedzieć, bo jak się skłamie, nie będzie zaufania. Powiedziałem, że będzie miał duszności, zostanie podłączony mu tlen, podamy leki, żeby nie czuł bólu. Odpowiedział «dziękuję» i zaczęliśmy gadać o czymś innym.

Obok publikacji zamieszczono wywiad Dzieci mają prawo do śmierci. Rozmowa z dr. Tomaszem Dangelem, założycielem Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci. Oto co powiedział lekarz specjalizujący się w anestezjologii i medycynie paliatywnej Martynie Śmigiel: (…) Ostatnio pochowaliśmy pacjenta, który miał 44 lata. Opiekowaliśmy się nim 18 lat. To była dystrofia mięśniowa, która powoduje zanik mięśni, chociaż umysł funkcjonuje normalnie. Jego tata, inżynier z wykształcenia, skonstruował aparat, który wywierał ucisk na klatkę piersiową syna i zapewniał przepływ powietrza w drogach oddechowych. To wystarczyło, żeby utrzymać go przy życiu przez wiele lat. Podkreślam, że była to decyzja ojca, a nie lekarza hospicjum. Ten pacjent zmarł na moim dyżurze. Wkrótce potem zmarł inny pacjent, noworodek, który przeżył tylko miesiąc. W obu przypadkach były to dobre zakończenia ich życia.

Supełek

Henry David Thoreau (1817−1862), poeta i eseista amerykański w Zakończeniu książki Walden, czyli życie w lesie pisze: (…) Należy mówić śmiało to, co się musi, a nie to, co się powinno. Każda prawda lepsza jest od pozorów. Oto jak druciarz Tom Hyde, stojąc na szubienicy, odparł na pytanie, czy chce coś powiedzieć przed śmiercią: «Przypomnijcie krawcom, aby pamiętali o zawiązaniu supełka, zanim zaczną pierwszy ścieg».

 

Marek Karpowicz z Sejn, Kaganek, technika mieszana (cienkopis plus akwarelka).