Na miarę Wlenia (49)

Gust

Chyba nie jest źle, skoro ludzie nie piszą wierszy, opowiadań, nie malują, tylko sobie rapują. Rozprawiają na każdy temat, choć nie mają wiedzy, za to dużą wiarę. W sobie. Być może tu działa syndrom Wesela Stanisława Wyspiańskiego? Zapewne pamiętacie – Poeta pyta Rachelę: Pisała pani kiedy?

A ona odpowiada:

Nie chciałam.

Gust ten właśnie wielki miałam,

żeby nie pisać – lichą formą się brzydzę;

ale za to, kiedy spojrzę, to widzę

poezję żywą zaklętą,

tę świętą,

i tym jestem szczęśliwa:

że święta i dla mnie żywa (Akt I – scena 36).

Forma formą, ale ciekaw jestem, jakie treści przeżywają na jawie i we śnie ci, którzy mieszkają w Olecku, Zduńskiej Woli, Zagórzu k. Otwocka, Wleniu, Kopanie, Tarczynie i Grójcu oraz na Ursynowie? W betonowych budynkach i z cegły.

Bez zadziwienia i ciekawości nie ma poety.

A może dziś poeta odszedł, jak echo proroka, co nie był godzien rozwiązać rzemyczka u sandałów Tego, co pisał patykiem na ziemi, kiedy jawnogrzesznicę chcieli kamienować.

Póki siły mnie nie opuszczą, będę uprawiał tę lichą formę i zamiast sobie pluć w brodę, będę powtarzał jak Poeta z Wesela: A włócz się, poezjo, włócz po Polsce. Bądź powsinogą, żeby się ludzie dziwowali. W tym czasie będę pisał i nie brzydził się lichą formą, choć gust to sprawa tak liryczna. Jak zamiłowanie albo ochota na coś. Trzyma styl.

Między dyskomfortem a ambiwalencją

Leksykalnie znaczy tyle, co «uczucie psychicznej lub fizycznej niewygody».

We Wleniu miewałem takie stany dyskomfortowe.

Jako mały pacjent czułem tęsknotę za domem, więc moja poduszka była wilgotniejsza i cięższa, a prześcieradło potargane świadczyło, jak się przez sen nachodziłem.

Wszystko to przeszło, wyschło, zostało wyprane i spłynęło do Bobru.

A po latach, jak wróciłem do Wlenia, wrzesień 1985 roku, zadumałem się, że cmentarz ewangelicki, na który chodziliśmy w latach 60. XX wieku, był splądrowany i rozgrabiony przez obywateli, z których wyszedł rozbójnik.

W tym miejscu, aż prosi się, żeby sięgnąć do Oświecenia i przypomnieć: (…) Lud pokazuje się taki, jaki jest, i nie jest miły; ale ludzie światowi muszą się maskować, inaczej bowiem byliby straszni (Jan Jakub Rousseau, Emil).

Wnętrze kościoła ewangelickiego we Wleniu. 2008 rok

A jak wychodziłem z domu pani Katarzyny Fludrowej, ul. Kościelna 13, mijałem magazyn nawozów fosforowych, w którym był kościół ewangelicki (o tym jest wzmianka na s. 147 w: Dzieje Wlenia. Jak Feniks z popiołów. Jubileusz 800-lecia nadania praw miejskich Wleń 1214−2014, Praca zbiorowa, Wydawca: Archiwum – System, Jelenia Góra 2014). „Samopomoc Chłopska” urządziła składowisko w dawnym przybytku kultu religijnego.

Poza tym w moich stronach, czyli okolicy Kwitnącej Jabłoni, też czułem niezręczność, kiedy dowiedziałem się, że macewami wybrukowano drogę z Kobylina do Grójca, a to, co się ułamało, żeby się nie zmarnowało, wzięto na osełki, aby ostrzyć kosy i noże, i nożyki.

Nie dziwię się, że spłonęła łucka kieniesa. Łacińską katedrę łucką, w 1982 roku, zamieniono na skład węgla, zorganizowano muzeum ateizmu. W ołtarzu głównym wykonano ekspozycję „Kosmos”, zniszczono fasadę i część mebli, zdemontowano obrazy malarzy polskich i zagranicznych z XVIII i XIX wieku. Oto jak robiono na Ukrainie. Nie byliśmy gorsi. Jak psuje.

Piszę o tym, nie po to, aby wrzucać kamyczek do ogródka, bo okazuje się, że w Polsce co rusz natrafiamy na nie komfortowe miejsce; nawet w kurortach. Trzeba to zobaczyć, a nie udawać głupiego Greka, czy gapę.

Ponieważ byłem gościem, więc tego nie komentowałem, zabierałem milczenie i czułem wstyd, niestety.

Dzięki temu zrozumiałem, jak bezcennym słowem jest przyzwoitość.

Czesław Mirosław Szczepaniak

PS

Wyjaśnienie: dyskomfortm IV, D. -u, blm «uczucie psychicznej lub fizycznej niewygody

ambiwalencja ż I, DCMs. ˜cji, blm 1. «współwystępowanie przeciwstawnych cech lub elementów»: A. wartości moralnych. 2. psych. «jednoczesne przeżywanie przeciwstawnych uczuć i pragnień w stosunku do tych samych osób, przedmiotów lub sytuacji». Cytuję leksykalne znaczenie, żeby było jasno, o co mi chodzi.

Życie w podróży

Lance Hendriksen, 79-letni amerykański aktor, skończył tylko trzy klasy podstawówki, pochodzi z Nowego Jorku, o którym mówi: To miasto samo w sobie nie ma charakteru, więc musisz nauczyć się szybko czytać ludzi. Świetny narrator. Oto próbka: Kiedyś umówiłem się na randkę z piękną kobietą, siedzimy przy stoliku w eleganckiej restauracji i ona pyta: «A co robisz dla siebie, kiedy nie grasz w filmach?» Powiedziałem jej o ceramice, lepieniu w glinie. A ona na to: «Rachunek, poproszę!» (Myśleli, że skończę w worku. Z Lance’m Hendriksenem rozmawia Marta Górna, „Na pierwszy śnieg, Specjalne wydanie Magazynu Świątecznego”, „Gazeta Wyborcza” 2019, nr 279).

%d bloggers like this: