Na miarę Wlenia (50)

Koszula

Latami wisiała na witrynie sklepu odzieżowego na Rynku we Wleniu. Wyblakła od promieni, co wpadały przez szybę; przesiąknięta cieniem oraz wilgocią.

Lata 80., XX wiek, weszliśmy Michałem Fludrem i poprosiłem, żeby pani zdjęła ją z manekina, bo chcę kupić. Sprzedawczyni zdziwiona, bo koszula z długim rękawem jest spłowiała i raczej nie zachęcała, aby wciągnąć na grzbiet i zapiąć na wszystkie guziki. (Jeżeli nikt jej nie chce, to kupuję przecenioną – pomyślałem, nie dlatego, że jestem taki szlachetny, ale mam słabość do rzeczy wybrakowanych oraz ludzi, których omija szczęście).

Koszulina była w ciemną kratkę, która nie rzucał się, jak w zeszycie do matematyki.

Latami w niej chodziłem na różne uroczystości w Warszawie (i nie tylko!).

Bywałem na luzie wśród tych, o których Cyprian Kamil Norwid wspomina w wierszu pt. Marionetki, gdzie trzeba:

Zapomnieć l u d z i, a bywać u o s ó b,

Krawat mieć ślicznie zapięty!…

Dzięki niej zrozumiałem, że w Białych koszulach dobrze się piorą czarne charaktery. Pod muszką albo zwisem męskim.

Obnosiłem koszulę z Wlenia, której nikt nie chciał kupić; nawet w sezonie grzewczym.

Byłem w niej w Poznaniu, Warszawie, Łodzi, Gdyni, Chorzowie, Wleniu… Na różnych spędach literacko-alkoholowych, oraz redakcjach.

Po kilku latach koszula zaczęła się siepać.

Ni stąd, ni zowąd pojawiły się dziurki, a potem dziury. Nie sposób było je zacerować, więc musiałem ją wrzucić do pojemnika na odzież używaną. Nie miałem serca, żeby przeznaczyć na ścierki albo na zmywak. Porwać jej nie śmiałbym. No bo jak? Tak się człowiek nie żegna z czymś, co było blisko ciała. Jak koszula z guzikami z Kasztelanii Wleńskiej. (Są łzy rzeczy – mówili starożytni, o czym współcześni zapominają).

Piszę o tym, mając na grzbiecie T-shirt, rozmiar L.

Mam za słabe palce, żeby zapiąć guzik – pocieszające, że jeszcze mogę założyć skarpety. Serio. Ja nie żartuję. Mam łapki-fajtłapki.

Kończę, żeby ktoś nie powiedział, że się wymądrzam. Czyli po góralsku: Godos i godos, a kosula ci się pali.

Przysłowie ałtajskie, jakie znalazłem w tomie Kobierzec z gwiazd i półksiężyców, poucza, że szczodry chodzi bez koszuli.

W Szwecji w Värmland, najbardziej lesisty region, mawiają: Skogen är fattigman tröja, to znaczy – Las jest koszulą biedaka.

Pisząc o koszuli zdaję sobie sprawę, że mogę za to oberwać. Czynię to w ramach poezji kieszeni.

Jasny gwint

Aż się nie chce wierzyć, że te dwa słowa zakwalifikowano do przekleństw. Przypomnę, aby było jaśniej, że gwint to występ spiralny na bocznej ściance śruby, wkrętu, trzonka żarówki lub na wewnętrznej ściance nakrętek. Jest lewy i prawy. Ponieważ jestem synem tokarza, więc mam pojęcie o śrubie nagwintowanej oraz podkładce (szajbie). Zdarzało się, że ojciec w złości powiedział Jasny gwint! Ale żeby od razu opiniować, że zaklął – bez przesady. Czasami mówił, że jest zmęczony jak jasny gwint. Za to mój kolega, polonista Wacław Ewaryst Klejmont, jak wracał do domu, na pytanie żony Danusi, jak było?, odpowiadał jasny gwint! Czynił to na pamiątkę, że kiedyś uczył się w szkole zawodowej na rzemieślnika obróbki skrawaniem, ale… minął się z powołaniem. Dzięki temu polska literatura piękna pozyskała biegłego ds. małych form literacko-dziennikarskich.

Przypominam o tym, żeby uściślić, że gwint łapie śrubę wraz z podkładką, więc ci, którzy lubią dokręcać, niech pamiętają o luzie.

Koszulka

 

W 2009 roku, kiedy opracowywałem indeks osobowy do książki pt. Wypisy oleckie Wacława Ewarysta Klejmonta (Wybór, redakcja, układ treści: Czesław Mirosław Szczepaniak, Warszawa-Ursynów–Olecko 2009, Wydano nakładem własnym, ss. 88), dowiedziałem się, że mama Wacława ma na imię Jadwiga, zaś tata Kazimierz.

W 2015 roku, gdy zadzwoniłem do Danusi Klejmont, żeby zapytać, w jakiej jest kondycji?, odpowiedziała, że babcia Jadwisia mówiła, że Dupcia koszuli nie dogania. To znaczyło, jak jest zabiegana i tyle ma do roboty. Czyli goni w piętkę. Riposta mamy świadczyła o tym, że Wacław z jej mlekiem wyssał dar, żeby czasami w rzeczy mocno, w sposobie łagodnie napisać albo powiedzieć. Oczywiście, że na Suwalszczyźnie mawiano szorstko: Ojej, d… koszuli nie dogania, tak jestem urobiony!

Mój ojciec Czesław, tokarz, nieraz w warsztacie, kiedy go klienci nachodzili, odpowiadał: mam tyle roboty, że nie mam czasu po d… się podrapać.

Sąsiedzi patrzyli i nie nagabywali ojca. Brali nogi za pas, bo widzieli, że tata nie wykręca się na piętach.

Stał przy warsztacie – w koszuli przypalonej potem, pod fartuchem, a na głowie miał czapkę z daszkiem. Mój tata z ryb lubił (duże) sumy, więc zawsze nosił w portfelu zaskórniaki.

Polio

W „Gazecie Wyborczej Stołeczne” z 4 grudnia br. ukazała się informacja Patron od szczepionek polio. Nowe nazwy ulic, sygnowana osa. Zespół Nazewnictwa Miejskiego do końca nie zadał sobie trudu i zapewne nie wie, że szczepionkę na polio (choroba Heinego-Medina albo H14) zawdzięczamy trzem wielkim lekarzom-bakteriologom, podaję w kolejności alfabetycznej: Albert Bruce Sabin (1906−1993), amerykański lekarz polsko-żydowskiego pochodzenia; prof. Hilary Koprowski (1916−2013); Jonas Edward Salk (1914−1995). Szerzej o tym można przeczytać w monografii, jaką napisał David M. Oshinsky pt. Polio. Historia pokonania choroby Heinego-Medina,  Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015. Przypominam o tym, bo należy oddać zasługi tym, którzy wykorzeniali tę straszliwą chorobę.

W Polsce nie doczekaliśmy się monografii o tym, jakie były szpitale i sanatoria, oraz osoby, które z takim poświęceniem ruszali na odsiecz. Ponieważ wśród pacjentów i ja byłem, więc o tym przypominam i dziękuję za to, że dostałem szansę na życie, inaczej sprawne.

Trzeba umieć pić

Wanda Czubernatowa, rocznik 1937, wieloletnia korespondentka z ks. prof. Józefem Tischnerem (Wieści ze słuchanicy ukazywały się w miesięczniku „Znak”), wspominała: Miałam pięć roków, jak starszy o dwa roki Józio wkładał mi żabę za koszulę. To wspomnienie jakoś towarzyszy mi przez całe życie.

Poetka z Raby Wyżnej napisała wierszyk pt. Kac:

Fto nimioł kaca

Ni wi co to smutek

Kie kufa drewniano

Ocka ropom skute

Kie koty łupiom racicami w blachy

A wróble w bębny bijom

I dziurawiom dachy

Suchość w cłowieku

Od krztonia do dusy

A bolom cie pazdury i kudły i usy

Nie pochodzis

Nie legnies

Jesce gorzy siedzieć

A co kwila ci sie beko

Przedwcorajsym śledziem

Moze i som jest tacy co kaca nie mieli

Ale cos oni w zyciu culi

Cos oni widzieli?

Czesław Mirosław Szczepaniak

PS

Przegląd noblowski

Olga Tokarczuk odebrała literacką Nagrodę Nobla za 2018 rok. Pora na wyciąg prasowy.

Dwadzieścia lat temu moja żona poszła do wróżki. Ta spojrzała na jej dłoń i powiedziała: «Widzę wyścig po Nobla». Przez lata zastanawialiśmy się, co oznacza. I rzeczywiście, po nagrodzie sprzed trzech lat1 zaczęliśmy myśleć, że mogło chodzić o Olgę.

(…)

Zostałem zaproszony na ceremonię wręczenia nagrody i bankiet noblowski. To jest okazja, która trafia się raz w życiu. Nie mam pojęcia, czego się spodziewać. Niektórzy mówią, że to najnudniejsza impreza, na której kiedykolwiek byli, ale ja się cieszę, że będę mógł zjeść coś pysznego, napić się dobrego wina i patrzeć na tych wszystkich ludzi – kobiety w pięknych sukniach i mężczyzn przebranych za pingwiny2 (To on pomógł Oldze Tokarczuk dostać Nobla. Rozmowa z tłumaczem książek noblistki, z Jan Henryk Swahnem rozmawiała Natalia Szostak, „Gazeta Wyborcza” 2019, nr 283).

 

____

1 Pod koniec 2016 roku Księgi Jakubowe otrzymały w Sztokholmie Międzynarodową Nagrodę Literacką. Laureatka podczas spotkania, w euforii powiedziała: Czuję się, jakbym dostała Nobla.

2 Podczas wręczenia medalu noblowskiego i bankietu, panie i panów obowiązuje etykieta. Mężczyźni występują we frakach, w białej kamizelce i muszce, noszą czarne skarpety i czarne buty.

O nienobliwych oraz tych, co się cieszą z Nobla, bo tak uchodzi

Michał Nogaś zapytał Olgę Tokarczuk: A co napisał prezydent w liście gratulacyjnym? Polska noblistka odpowiedziała pytaniem: − Dostałam jakiś list?

Po czym wyjaśniła: Dostałam pisemne gratulacje od rzecznika praw obywatelskich, polskich uniwersytetów, samorządowców, setek szkół, bibliotek i zwyczajnych ludzi (Nawet moje włosy są już polityczne. Nienobliwy Nobel Olgi Tokarczuk, „Magazyn Świąteczny, Gazeta Wyborcza” z 7−8 grudnia 2019, nr 285).

Oto inne wyimki.

O poszerzaniu pola świadomości powie z poetycką werwą: (…) lubię tę rycinę z Flammariona, którą wydrukowałam sobie na sukienkę na odbieranie Nagrody Bookera – pielgrzym dociera do granic świata, wystawia głowę i widzi cudowną harmonię kosmosu. Piękna, pełna nadziei wizja.

Co ją najbardziej poruszyło? Największe wrażenie zrobił na mnie chyba płaczący fryzjer. Znajoma opowiadała mi, że poszła w tamten czwartek na umówioną wcześniej wizytę. Kiedy o godz. 14 weszła do zakładu, zobaczyła, że

wielki, dobrze zbudowany mężczyzna, który miał ją strzyc, płacze wzruszony moim Noblem. Powiedział, że nie jest w stanie pracować, i zaproponował zmianę terminu. (…) Będę ten 10 października pamiętać do końca życia także z powodu płaczącego fryzjera i sprzedawczyni w osiedlowym sklepie [Która na widok robiącej zakupy Olgi Tokarczyk wykrzyknęła: Polska dostała Nobla! ].

Z estymą mówi o współczesnych nomadach i prowincji: Zawsze wydaje mi się, że prowincja to te obszary ludzkiego doświadczenia, z których przychodzi do nas najwięcej istotnych rzeczy. Nieoczywistych, z dala od centrum, podających w wątpliwość to, co wydaje się naturalne, czym żyje mainstream1. To, co inne i niecodzienne, ma ogromny wpływ proces twórczy.

Polska kultura od zawsze była kulturą pogranicza, powstającą, kształcącą się z dala od zachodniej, dziś dominującej. Jest otwarta na wszelkie wpływy, co wynika z uwarunkowań historycznych i geograficznych. (…).

O pierwszych chwilach, kiedy do niej dotarło, że przyznano jej nagrodę literacką Noblu wyzna: (…) w pierwszych chwilach ten Nobel wydaje się jakiś nienobliwy. Zawsze sobie wyobrażałam, że wiadomość o Noblu zastaje laureata czy laureatkę w ich skórzanym fotelu i on czy ona potem odbiera telefony z gratulacjami i udziela długich, głębokich wywiadów. Potem idzie z psem na nobliwy spacer i odkłania się uśmiechniętym dyskretnym przechodniom. Że to się odbywa, no właśnie, nobliwie.

Innymi słowy, nie przeginajmy kreseczek uśmiechu.

___

1 Mainstream (ang. główny nurt) – nurt myślowy bądź stylistyczny reprezentowany przez większość artystów, twórców lub innych ludzi zaangażowanych w daną dziedzinę.

Cytaty z mowy noblowskiej

Olga Tokarczuk w rozmowie z Michałem Nogasiem powie, że mowa noblowska, to rzadki gatunek literacki.

7 grudnia 2019 roku, w sobotę, Olga Tokarczuk wygłosiła w siedzibie Akademii Szwedzkiej w Sztokholmie noblowski wykład pt. Czuły narrator. W tym czasie, kiedy dzieliła się owocami refleksji, w TVP Info puszczono materiał o… dewiacjach.

Z racji ograniczonego miejsca na stronie internetowej – wybrałem wyimki lub, inaczej, rodzynki. Cytuję z kulturalnego obowiązku.

Siedmiopunktową przemowę zaczęła od fotonarracji:

Pierwsze zdjęcie, jakie świadomie przeżyłam, to zdjęcie mojej matki, jeszcze zanim mnie urodziła. Zdjęcie jest niestety czarno-białe, przez co ginie wiele szczegółów, stając się zaledwie szarymi kształtami. Światło jest miękkie i deszczowe, chyba wiosenne i najpewniej sączy się przez okno, utrzymując pokój w ledwie zauważalnym blasku. Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła – jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje – Warszawa, Londyn, Luksemburg albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować.

Wpatrując się w to zdjęcie jako kilkuletnia dziewczynka byłam przekonana, że mama szukała mnie, kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obszary kosmosu próbując dowiedzieć się, kiedy i skąd przybędę. Jej fryzura i ubiór (duży dekolt w łódkę) wskazują, kiedy zrobiono to zdjęcie – to początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. (…).

Ponieważ wykład był długi, więc niektórzy mogli odpaść podczas słuchania, wybrałem fragmenty, żeby można je spokojnie przeżyć.

Olga Tokarczuk, jak w eseju, zebrała fakty, żeby przedstawić punkt widzenia z różnych stron. W jej liryzmie jest tyle prawd uniwersalnych: Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny – za sprawą Internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie, odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść – zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów.

Nie ukrywała tego, że Dobra książka nie musi się opowiadać za swoją gatunkową przynależnością. Podział na gatunki jest wynikiem skomercjalizowania całej literatury i efektem traktowania jej jako produktu do sprzedaży z całą filozofią brandu, targetu i tym podobnych wynalazków współczesnego kapitalizmu.

(…) Tylko literatura jest w stanie pozwolić nam wejść głęboko w życie drugiej istoty, rozumieć jej racje, dzielić jej uczucia, przeżyć jej los. (…)

Świat umiera, a my nawet tego nie zauważamy. Nie zauważamy, że świat staje się zbiorem rzeczy i wydarzeń, martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni, miotani czyimiś decyzjami, zniewoleni niezrozumiałym fatum, poczuciem bycia igraszką wielkich sił historii czy przypadku. Nasza duchowość zanika albo staje się powierzchowna i rytualna. Albo po prostu stajemy się wyznawcami prostych sił – fizycznych, społecznych, ekonomicznych, które poruszają nami jakbyśmy byli zombie. I w takim świecie rzeczywiście jesteśmy zombie. Dlatego tęsknię do tamtego świata od imbryka. (…).

Cieszę się, że literatura cudownie zachowała sobie prawo do wszelkich dziwactw, do fantasmagorii, prowokacji, do groteski i wariactwa. Marzą mi się wysokie punkty widzenia i szerokie perspektywy, w których kontekst wykracza daleko poza to, czego moglibyśmy się spodziewać. Marzy mi się język, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję, marzy mi się metafora, która przekracza kulturowe różnice, i w końcu gatunek, który stanie się pojemny i transgresyjny, a jednocześnie ukochają go czytelnicy.

Wykład zakończyła refleksją o czułości, która jest ocaleniem dla świata i ludzi:

Piszę fikcję, ale nigdy nie jest to coś wyssanego z palca. Kiedy piszę, muszę wszystko czuć wewnątrz mnie samej. Muszę przepuścić przez siebie wszystkie istoty i przedmioty obecne w książce, wszystko, co ludzkie i poza ludzkie, żyjące i nieobdarzone życiem. Każdej rzeczy i osobie muszę przyjrzeć się z bliska, z największą powagą i uosobić je we mnie, spersonalizować.

Do tego właśnie służy mi czułość – czułość jest bowiem sztuką uosabiania, współodczuwania, a więc nieustannego odnajdowania podobieństw. Tworzenie opowieści jest niekończącym się ożywianiem, nadawaniem istnienia tym wszystkim okruchom świata, jakimi są ludzkie doświadczenia, przeżyte sytuacje, wspomnienia. Czułość personalizuje to wszystko, do czego się odnosi, pozwala dać temu głos, dać przestrzeń i czas do zaistnienia, i ekspresji. To czułość sprawia, że imbryk zaczyna mówić.

Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. (…) Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu.

Pointa

Olga Tokarczuk podczas spotkania autorskiego związanego z wydaniem powieści Prawiek i inne czasy (1996) powiedziała, że Proza powinna przypominać półtapczan, być łatwa i przyjemna w lekturze, ale posiadać też drugie, głębsze dno.

Na spotkaniu z okazji wydania książki Dom dzienny, dom nocny (1998) podeszła do niej 12-letnia dziewczynka i powiedziała: Książka piękna, ale ludzie jej nie zrozumieją.

Cytuję, żeby było świadectwo, jak wysoko i daleko zawiało Olgę Nawoję Tokarczuk, rocznik 1962, zodiakalny Wodnik. Sympatia, jaką wzbudziła, rzadkość w Polsce. Co ja wypisuję? Na świecie!


Rynek we Wleniu lata 80 XX wieku