Na miarę Wlenia (51)

Kwerenda zimowa – wersja oddalona

Rachunki wspomnień. Kiedy święta były tuż, tuż… przypomniałem sobie, co przegapiłem przez 60 lat. Otóż zapomniałem o tym, że od I klasy do VIII klasy wszystkie święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy spędziłem poza domem. W szpitalach i sanatoriach (Warszawa, Zagórze k. Warszawy, Wleń k. Lwówka Śląskiego, Jastrzębie-Zdrój, Busko-Zdrój).

I nie było nikogo, kto by zapytał przy stole: a gdzie jest Miruś?

Grudniowe święta wspominam z czułością. Pamiętam o nich, choć ludzie szybko zapominają o niegdysiejszych śniegach.

Tyle świąt poza domem. Beze mnie.

I powrócił we wspomnieniach nasz pierwszy dom, pomalowany na Biało, z sienią, kuchnią, pokojem. Zasypany śniegiem. Z choinką do sufitu.

W życiu przeszedłem święta niecodzienne, wypatroszone z życzeń, choć z drożdżowym ciastem i kakao z ciepłym kożuszkiem, co się ściął na słodko od gorąca, jak lód.

Opowiem o tym wierszem oraz prozą, która zagęszcza świąteczny nastrój.

Pamiętam zimą

Jak w sanatorium w Zagórzu

jeździłem na jednej narcie ze

stoku, co był między sosnami,

a jak wróciłem do domu do

Kopanej, to jeszcze zdążyłem się

poślizgać na saneczkach,

i pomyśleć, że to już minęło,

śnieg stopniał, a ślady

wylizał mróz dzieciństwa.

W tomiku Zapisz to jako Wleń (2018) zamieściłem wtręt: Napisałem o tym, jak drzewiej bywało, kiedy wychodziliśmy w zimie na spacer. Do ogródka jordanowskiego. Lepiliśmy bałwana, igloo. Rzucaliśmy kulkami ze śniegu. Nacieraliśmy się, a jak nikt nie widział, to jedliśmy ciepłe śnieżynki mrozu. Na śniegu rozbiliśmy tzw. orła. Saneczki ciągnęliśmy na przemoczonym sznurku. Gubiliśmy rękawiczki z jednym palcem. Czasy, kiedy „Leśny Dwór” był w szacie śnieżnej, przykryty całunem zimy. Z rynien zwisały sople, długie jak szpice. W czasie naszej nieobecności, wietrzono sale. Panie w kuchni uwijały się z obiadem. Pan palacz sprawdzał, żeby piece nie zagasły. Wszyscy byliśmy tacy uśmiechnięci, bo nic nas nie bolało. A kiedy wracaliśmy z zimowych górskich spacerów z leśnym bractwem, to w jadalni, na parterze obok izby lekcyjnej, witały nas śnieżne obrusy, które nakrywały stoły (już nie pamiętam, czy na nich była szklana płyta). Mawiano, że góralki noszą obrus (chustę) i niebieski fartuszek. Jeszcze wtedy nie znałem przysłowia ormiańskiego − Serce nie obrus, przed każdym go nie położysz. Moje dzieciństwo było złożone z (drewnianych) klocków, a nie z „Lego”. Marzyło się o elektrycznej kolei na baterię oraz o koniku na biegunach.

Michał Fluder (28 V 1945−12 III 1989), wychowawca z sanatorium dziecięcego PKP „Leśny Dwór” we Wleniu, nieraz opowiadał o tym, jak pomagał rodzicom, którzy byli woźnymi w szkole podstawowej: czasami tak się chciało na łyżwy, sanki, a tu trzeba było zasuwać. Jakie to niewinne do tego, co skreślił Wincenty Pol (20 IV 1807−2 XII 1872): Z każdych sań sterczało strzelb kilka, sanie były mocno pakowne, opięte wilczymi i niedźwiedziemi skórami i na ostrych łyżwach osadzone (Obrazy z życia i natury, Kraków1869).

Juliusz Słowacki (1809−1849) pisał z Genewy do matki, 30 grudnia 1832 roku: (…) Ferney mniej na mnie zrobiło wrażenia niż sama droga. Przez dwanaście godzin widząc śniegi wokoło o Was marzyłem – marzyłem o dawnym dzieciństwie – o dniach przepędzonych między sosnami. (…).

Z Paryża, 18 marca 1843 roku skreślił: (…) Mówię Wam, że nagrodą moją jedyną jest prosty domek pod lipami – i miłość świata, która go nam ogrzeje w dni zimowe … (…) (Juliusz Słowacki, Listy do matki, Opracowała Zofia Krzyżanowska /w:/ Dzieła wybrane, Pod redakcją Juliana Krzyżanowskiego, Zakład Narodowy Ossolińskich Wydawnictwo, 1979, tom 6).

Jako ciekawostka − koło Małej Wsi, powiat białobrzeski, w gminie Promna jest wieś Sanki.

Aha!

Pamiętam jak przy strumyku, co zamarzł w Kopanie i Pawłowicach, lepiliśmy bałwana. Byliśmy tacy poruszeni, I rumiani jak jabłka, bo mocno przeziębli, / W ślizgawkę się puszczając stroniąc od przerębli; (…), jak pisał Leopold Staff (1878−1957). Była taka aura, jak ze Świerszczyka, tygodnika, z pierwszej strony, kolorowej, z krótkimi strofami.

Czesław Mirosław Szczepaniak

 

PS
Pacjenci z sanatorium dziecięcego PKP „Leśny Dwór” na baszcie na Górze Zamkowej we Wleniu, lata 60. XX wieku – wśród nich jestem, w trzecim rzędzie stoję, drugi od prawej, w czapce zsuniętej na oczy, jak napisałem w Zapisku wleńskim (12). Obróbka komputerowa fotografii Paweł Piotr Szczepaniak.