Na miarę Wlenia (53)

Dwa razy w „Leśnym Dworze”

Dwa razy byłem pacjentem sanatorium PKP „Leśny Dwór” we Wleniu koło Jeleniej Góry.

W roku szkolnym 1963/64 uczęszczałem do klasy drugiej w Szkole Podstawowej przy Kolejowym Sanatorium Zdrojowym we Wleniu, powiat Lwówek Śl. Na świadectwie mam ze sprawowania bardzo dobry, zaś z języka polskiego i matematyki dobry. Wychowawca klasy W. Świderska, kierownik szkoły H. Ogonowski.

W roku 1964/1965 uczęszczałem do klasy trzeciej w Szkole Podstawowej w Kolejowym Sanatorium Zdrojowym w Jastrzębiu Zdroju, gdzie przebywałem od 5 lutego 1964 roku do 1 maja 1964 r. Z Karty wypisu z 1 V 1964 roku wynika, że miałem 10 lat. Waga 6.II – 28,8 kg 28 II. – 29 kg 1 IV – 29,6 kg, 28 IV – 29 kg, wzrost 6 .II 126 cm. Leczenie: gimnastyka, masaże, tran, drożdże, ascofer (…). Zalecenia: Dalsze leczenie rehabilitacyjne.

Świadectwo ukończenia otrzymałem w Sanatorium Zdrojowym PKP we Wleniu, powiat Lwówek Śl. i uzyskałem promocję do klasy czwartej. Sprawowanie: bardzo dobry, język polski – dobry, wiadomości o przyrodzie – bardzo dobry, matematyka – bardzo dobry.

Mam 11 lat. I pamiętam takie oto wleńskie zdarzenie. Maj. Piękna pogoda. Ciepło. Wszędzie pełno zieleni, pąków, kwiatów. Wrze. I nagle dowiadujemy się, że w tunelu był wypadek. Zginął mężczyzna rozjechany przez pociąg osobowy. Jak to mgło być?, zadaję sobie pytanie. Przecież mógł się schronić we wnęce, gdy usłyszał odgłosy pociągu. Nigdy nie byłem w kolejowym tunelu. Znam go z opowieści. Straszne. Jest ciepłe popołudnie. Po obiedzie idziemy na spacer na Rynek. Przystajemy przy ul. Kościelnej, gdzie trwają uroczystości funeralne na cmentarzu przy kościele pw. św. Mikołaja. W szczelinie bramy widzę jak przy płocie unoszą w górę trumnę. Dobiega do mnie szloch kobiety. Straszliwy. Dzwony biją. Jest strasznie i groźnie. I na dodatek gorąco. Stoimy na ulicy Kościelnej. Zatrzymaliśmy się. Całą grupą. Nikt na nas nie zwraca uwagi. Stoję o kulach. I nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Dzwony przestają bić, więc słyszę, jak ktoś mówi, że pochowano Hołdownicza. Zapamiętuję szybko, bo to nazwisko pada kilka razy. Hołdowicz, Hołdowicz… No i ten szloch mam w uszach. To jest pierwszy pogrzeb, który widziałem na własne oczy. Nieważne, że z oddali, ale…

Wracamy do „Leśnego Dworu”. Mijamy tunel z ciemną wnęką, gdzie zginał ten, którego pochowano na cmentarzu przykościelnym. Dowiaduję się od pań, że wdowa została z małymi dziećmi. Jestem pod dachem dziecięcego dworku i nie mogę się uspokoić. Pamiętam smutek – szloch – majowy skwar – zapach wiosny przeszyty trenem lata. Poznaję szybko słowo przemijanie – śmierć; rozumiem, co to znaczy kruchość życia.

Mam 11 lat. Zamiast żyć chwilą, żyję tym, co się wydarzyło w przeszłości i drżę przed tym, co mnie czeka. (Nie znam jeszcze przysłowia: Dzieci mają płacz i śmiech w jednej torebce).

Latem idziemy z grupą na cmentarz ewangelicki. Groby zdewastowane odkryte płyty, widać kości i czaszki z wyłupanymi zębami. Straszne. Zarośnięte. Zgniłe. Nie wiem, dlaczego nikt o to nie dba. Na tablicach popękanych niemieckie napisy. To jest pierwszy cmentarz, na jakim byłem.

W VIII klasie ponownie się wybierałem o Wlenia, ale otrzymałem skierowanie do sanatorium dziecięcego „Górka” w Busku-Zdroju. Z tych czasów zachował się list od Michała Fludra:

Wleń, 10. X. 68 [r.]

MIREK!

Niezmiernie ucieszyliśmy się, że w „Leśnym Dworze” zobaczymy naszego dobrego znajomego, z którym łączą nas miłe wspomnienia i który jest naszym gościem od najmłodszych lat. Dziękuję Tobie za list, oraz ślicznie dziękujemy za pozdrowienia. Bardzo nam miło i przyjemnie, że o nas pamiętasz.

Jeśli chodzi o nas i o miasteczko, sanatorium, to niewiele się zmieniło, ale dla Ciebie na pewno będzie to już nie to samo, coś się zmieni. W zakładzie pracują ci sami ludzie, ale jeśli ostatni raz byłeś u nas [w] 1966 r., to teraz nie będziesz widział p. [Wacława] Łazarewicza, bo w 67 roku, po moim przybyciu z wojska, wyjechał do Poznania i tam pracuje w Milicyjnej Izbie Dziecka. Oczywiście, czasami przyjeżdża do Wlenia. Kiedy będziesz u nas, to napiszemy do p. Łazarewicza i może nas odwiedzi. Poza tym pracują Ci sami wychowawcy i nauczyciele. Żałuję, że dopiero teraz przyjeżdżasz, bo nie będziemy mogli pograć w nożną (Ty oczywiście byłbyś u mnie na bramce), ale i w listopadzie będziemy mieli też niezłe zajęcia. Do turnieju warcabowego i szachowego doszedł jeszcze wspaniały Turniej Mądrej Głowy, mamy także gitarę, na której brzdąkam (notabene), no i co poniedziałek wyświetlają nam filmy długometrażowe i oświatowe. W czasie wakacji robiliśmy z kory sosnowej maski i zbieraliśmy korzenie. Teraz to pozostały nam tylko kasztany i cudownie barwione liście naszej złotej polskiej jesieni.

Dostajemy teraz nowy budynek, ten, który po sąsiedzku stoi na górce, niedaleko od nas. Będzie w nim szkoła i pracownia dla dziewcząt i chłopców.

Aura jesienna płata nam małe figle, ale na Twój przyjazd zamawiamy u Wicherka1 słoneczną i ciepłą.

Do zobaczenia we Wleniu

z pozdrowieniem

Fluder

W 1985 roku, czyli po 20 latach przejeżdżam do Wlenia. Idę ulica Kościelną i przystaję w miejscu, gdzie patrzyłem na żałobników. Kusi mnie, żeby wdepnąć i sprawdzić miejsce pochówku. Idę dalej. Kogoś ze starszych pytam o Hołdownicza. Odpowiada, że był taki. I to mi wystarczy.

Mija 50 lat od tego wydarzenia. Jest 2015 rok. Zaglądam do internetu i wyławiam artykuł wspomnieniowy o Carlu Steinerze, który był właścicielem hotelu (hotelbesitzer), urodzony 8 sierpnia 1918 roku. Pochowany na cmentarzu przykościelnym kościoła pw. św. Mikołaja wraz z rodziną. Pokazano zatartą kamienną tablicę, zasłoniętą bluszczem. Zostawił olbrzymi dom dwupiętrowy, który niszczeje przy rynku. Piszą, że stwarza zagrożenie. Oto jak współcześni zadbali o jego pamięć. Niech sczeźnie. Podobno kilka razy nieruchomość sprzedawano. Przechodził z rąk do rąk. Pamiętam, że w nim dawniej było kino Jutrzenka, biblioteka, siedziba klubu sportowego Pogoń Wleń, a na dole mieściła się restauracja „Basztowa”, w której raz z Michałem Fludrem byłem i napisałem o tym opowiadanie pt. Jesienna noc. O tym miejscu nie opowiadano, że gdyby nie Carl Steiner, to pewnie byłaby pustka.

Na starych rycinach widać majestat tego obiektu z klasą i tło Góry Zamkowej, co jest widokiem samym w sobie, nie do opisania.

Zatajano fakty świadczące o gospodarności niemieckiej. Wygodniej jest podłączyć się pod inne skrzydła i wmawiać, że to nasz polot.

I nagle dostrzegam na przedzie fotografii grób: Ś.P. Jan Hołdowicz (1 II 1932-19 V 1965) zginął śmiercią tragiczną Zostawił w smutku żonę i dzieci

Biorę szkło powiększające. Zgadza się. Dzwonię do Marysi Brawaty, siostry Michała, żeby się jeszcze raz upewnić. Marysia opowiada, ale nie będę tego przytaczał, bo nie o wszystkim trzeba pisać. Szanujmy dyskrecję i słowo. Lokalne zdarzenie, które jest uniwersalne, bo śmierć dotyczy wszystkich. Możemy pisać o świętej pamięci, choć tak naprawdę chodzi o świecką pamięć.

Marysia opowiada, że nieraz tym tunelem szedł, żeby skrócić sobie drogę do domu. Tunel był długi. Jan Fluder, brat Marysi, inżynier po politechnice, podaje, że liczył sobie 320 metrów. Odpowiadam, że jest w kształcie łuku. Że w nim były, co kilka metrów wnęki, aby można było się chronić przed pociągiem. Oczywiście, że przejście było wzbronione i ryzykowane. Obowiązywała trzeźwość jak szkło.

Wspomnienia sprzed lat też ma swoje dwie strony. Można o nich mówić i pisać dobrze albo wcale. Ja wybrałem prawdę, bo nie lubię kłamać.

Ci, którzy lubią brzydką stronę świata, chyba na mnie nie mogą liczyć, choć to nie do końca, bo czasami opisuję pastewne piękno i (zaniedbane) sprawy ludzkie.

Poezja bywa w życia prozie znieczuleniem, czasami (sztucznym) zastrzykiem. Przeciw i Za.

Dlatego też mam w zasięgu rąk brulion, czyli czysty zeszyt do spraw, co nie umywają rąk.

Kazimierz Kochański, poeta i nauczyciel z Grójca, a więc mój krajan, dopinguje mnie nieraz: lubię twoją miłość do pięknego pisania o tym, co piękne.

Staram się, żeby był w tym polot, choć nie zawsze mi się to udaje.

Teksty krótkie, jak wiadomo, najdłużej się pisze.

Czesław Mirosław Szczepaniak

___

1Czesław Nowicki ( 24 III 1928-29 II 1992). Zwali go Wicherkiem. W latach 60. i 70. XX w. prowadził w Dzienniku Telewizyjnym prognozę pogody. Była to najżywsza część tego nudnego programu informacyjno-propagandowego. Dziennik TV to była taka tuba i okienko panującej ówczesnej władzy politycznej (czytaj PZPR /Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej/). Każdy przywódca lubi mieć swoją pogodynkę.

PS

Sylwester w Karkonoszach

Nie było larum w Sylwester 2019/2020 w Karkonoszach, bo pracownicy Karkonoskiego Parku Narodowego, za zgodą Grzegorza Turnaua i Michała Zabłockiego, nagrali dla turystów muzyczny apel: Na Szrenicy cichosza, na Smogorni cichosza. Nie ma fajerwerków w tę noc w Karkonoszach. Tu cichosza tam cicho, biało, spokój, bez huku, nie ma żadnych petard i nie ma pomruku. Zainteresowani mogą to zobaczyć na Facebooku. Czas trwania 3 minuty i 35 sekund.

Innymi słowy, góry są zawsze górą, a po zmroku cichosza zwierzaków.

Klimat

Klimat został wybrany Słowem Roku 2019 przez kapitułę językoznawców w konkursie Słowa na Czasie, organizowanym przez Uniwersytet Warszawski. Informuję o tym nie tylko z ekologicznego obowiązku. Słowo greckiego pochodzenia (światło, ciepło, woda, wiatr) ma wpływ na atmosferę spraw ludzkich. O tym pisał Bolesław Prus w Kronikach tygodniowych: Na biedny klimat niewdzięczna ludzkość za wiele już składa. Jeżeli rynsztoki są brudne, to klimat winien. Jeżeli mieszkania wilgotne, także klimat winien. Odpowiedzialność za złe szosy, subhastacje [parcelacje zadłużonych majątków ziemiańskich] i miliony innych rzeczy spada znowu na klimat; niechże więc choć asfaltowe chodniki weźmie na się niedołęstwo nasze, inaczej bowiem klimat albo ucieknie za granicę, albo przez sąd kryminalny dostanie się na 20 lat do ciężkich robót, jako najstraszliwszy wróg publicznego bezpieczeństwa.


%d bloggers like this: