Na miarę Wlenia (63)

Tadeusz Bil

Mieszkał w Rudawach Janowickich. Pracował w fabryce papieru w Jeleniej Górze. Był strażakiem.

Wujka Michała Fludra, wychowawcy z sanatorium dziecięcego PKP „Leśny Dwór”, poznałem podczas jesiennych odwiedzin we Wleniu. Przyjechał z żoną Stefanią. Byli tacy eleganccy.

Poszliśmy na Górę Zamkową.

On był świąteczny, a ja codzienny – w jeansach, flanelowej koszuli, kurtce i z chlebakiem. Miałem buty na protektorze, z dobrej skóry – w dłoniach drewniane styliki.

Michał robił nam (odlotowe) zdjęcia na baszcie.

Pan Tadeusz drżał o mnie, kiedy wspinałem się pod górę, podpierając się kulami z dobrego drewna. Trochę mnie asekurował, choć wtedy dość dobrze sobie radziłem – miałem krzepę i ręce takie, że jak pisałem na maszynie do pisania, to dziurawiłem kartkę tam gdzie był samogłoska o. Serio!

Spokojny pan, małomówny, przygaszony nieco – jak na polarnika przystała – za cichy.

Nieraz przyjeżdżał w gości, jak ja, co nie grabi obcego podwórka.

Oczywiście, że takich ludzi długo się pamięta, choć mówią półgębkiem. Maluczko. Potrafią rozsiewać spokój po drodze – są czujni, choć tego nie okazują.

To było jak na obrazku, który ma też drugą stronę, ale nie będę o niej pisał.

Bo starość przyniosła inne oblicze i strzeliła jak z bicza, i rozdzieliła. (Ona w DPS, gdzie korytarz-świetlica-pokój, zaś on u córki).

Oto jak los potrafi zakręcić, że człowiekowi opadają ręce i przestaje stukać w klawiaturę komputera, żeby się za daleko nie posunąć, bo rodzina czuwa nad poprawnością fotografii czarno-białej.

Z dawnych zdjęć (czasami) zstępują wspomnienia albo się zwijają na światłoczułej kliszy. Jak wszystko, co żyje od przecinaka do kropki.

Czesław Mirosław Szczepaniak

PS

Wyprawa

Pani Eugenia, 95-letnia kobieta z Puław, miała wylew. Lekarze dawali rodzinie do zrozumienia, żeby zajęła się sprawami funeralnymi. Kobieta, o dziwo, z każdym dniem odzyskiwała resztki zdrowia, jakie utraciła. Taką miała silną wolę, że w końcu wypisano ją do domu.

Rodzina przygotowała specjalne ortopedyczne łóżko. I zaczęła się żmudna rehabilitacja. Jako osoba leżąca mogła tylko ćwiczyć powieki. Sama. Patrzyła w okno. Z czasem włączono telewizor. Coś mówiła, ale było to niezrozumiałe. A kiedy przychodzili znajomi, to ożywiała się i denerwowała, że nie może im odpowiadać.

Z czasem zaczęła wydawać nieartykułowane słowa, z pourywanymi końcówkami.

Zięć Stanisław, zawodowy wojskowy, wraz z żoną, fizjoterapeutką, podjęli decyzję, żeby jej pokój wyremontować. Jak przystało na żołnierza, poszedł do Ochotniczej Straży Pożarnej i wrócił z 6. pożarnikami, którzy na czas remontu przenieśli łóżko ze sparaliżowaną strażniczką domowego ogniska do sąsiedniego pomieszczenia.

Pokój wymalowano i doprowadzono do porządku.

Po raz 2. strażacy przyjechali, żeby przetransportować rekonwalescentkę. W trakcie przenosin, mężczyźni sumitowali się i przepraszali, że sprawiają tyle zamieszczania i burzą jej spokój.

Niewiasta popatrzyła na zuchów i zaczęła pocieszać: Proszę panów, to była dla mnie miła wyprawa!

Leksykalnie by się zgadzało, bo wyprawa to podróż, udanie się dokąd w celu naukowym, turystycznym, wojennym; potocznie z odcieniem żartobliwym: wycieczka, eskapada.

Koronawirus

Przerażająca jest statystyka pandemii, z jaką zmagają się ludzie całego świata. To są niezwykle ciężkie chwile dla ludzkości, bo trzeba się powstrzymać do tego, do czego się przyzwyczailiśmy. Nie podawać ręki na powitanie, co najwyżej musnąć łokciem. Zakochani cierpią, bo lepiej zaniechać pocałunków oraz przytuleń. Że bezpieczniej jest zachować dystans na długość parasola. I ten widok pustych ulic w miejscach, gdzie był tłum, a teraz nikogutko. Czasami takie to są koszty bezpieczeństwa życia, na które śmierć szuka przyczyny.

Ponieważ przeszedłem w 1957 roku wirusowe polio i dźwigam jego skutki (postpolio), więc wiem, co to jest wirusowe zapalenie przednich rogów rdzenia kręgowego. Należę do grupy osób, które przeżyły.

I znowu mam do czynienia z wirusem-zabójcą, co czyha. Podobnie rzecz się ma z bakteriami. Trzeba żyć między wojną a pokojem. Innego nie ma wyjścia, niestety.

Zdaniem epidemiologa

W ramach przestrogi cytat Lothara Heinza Wielera, rocznik 1961, lekarza weterynarii i specjalista weterynarii ds. mikrobiologii, przewodniczącego Instytutu Roberta Kocha, głównej placówki badawczo-epidemiologicznej w Niemczech:

Jesteśmy dopiero na początku kryzysu. Mamy do czynienia z wirusem pandemicznym, czyli takim, który zainfekuje 6070 proc. ludzi. Nie wiemy, jak szybko to się stanie. Ale im później, tym lepiej, bo służba zdrowia nie da rady zaopiekować się wszystkimi naraz. I w przyszłym roku być może będzie dostępna szczepionka. Jest grupa, która po zakażeniu może poważnie zachorować – to chronicznie chorzy i osoby w podeszłym wieku. Będzie więcej młodszych pacjentów z poważnym zapaleniem płuc. Wielu będzie potrzebowało intensywnej opieki i wentylacji. Dlatego tak ważne jest opóźnienie pandemii.

Zdaniem wirusolog

Prof. Karin Mölling, rocznik 1943, wirusolog, w rozmowie z Robertem Lossau, którą opublikował „Welt”, m.in. powiedziała:

(…) na Ziemi jest 100 mln razy więcej wirusów niż ziaren piasku. Z drugiej strony tylko maksymalnie 1,5 tys. wirusów jest znanych jako patogeny. Żyjemy w pokojowym współistnieniu z mikroorganizmami, tj. bakteriami i wirusami. Od samego początku zostaliśmy zmuszeni do zawierania pokoju w naszym otoczeniu. W przeciwnym razie nie przetrwalibyśmy. Większość wirusów nie jest patogenna.

A jeżeli chodzi o poważne epidemie, to na ogół jesteśmy za nie współodpowiedzialni my, ludzie. Wspomnę tylko o słowach kluczowych: przeludnienie, złe warunki higieniczne i sposób traktowania zwierząt, m.in. targi z żywym inwentarzem lub dzikimi stworzeniami. Ważną rolę odgrywają również konflikty zbrojne. Jedynym powodem, dla którego hiszpanka pochłonęła tak wiele ofiar, było to, że okoliczności I wojny światowej były tak katastrofalne. To była wyjątkowa sytuacja. Jestem przekonana, że możliwa jest pokojowa koegzystencja z wirusami. To my, ludzie, stwarzamy warunki dla chorób lub śmiertelnych epidemii. (…) do trawienia potrzebujemy mikrobiomu złożonego z różnych bakterii i – nie należy zapominać –

Powiązanych z nimi wirusów, fagów. W skrócie: nie ma wirusów, nie ma trawienia. (…)

Wirusy są naszymi przyjaciółmi w szczególności dlatego, że pomagają nam zwalczać wielooporne zarazki szpitalne, przeciwko którym antybiotyki nie są już skuteczne. Nazywamy to terapią fagową. Ma 100 lat i jest obecnie odkrywana na nowo (Śmiertelność na poziomie 3,4 proc. jest zawyżona. O koronawirusie ku pokrzepieniu, „Nasza Europa” 2020, nr 54, „Gazeta Wyborcza” z 1415 marca 2020 roku, nr 62).

Cytuję speców, którzy – raczej – nie przesadzają.

W cenie są przysłowia, że Mowa jest srebrem, a milczenie złotem oraz Mędrzec zwyczajnych ludzi z rozmowy ocenia, a nadzwyczajnych mężów poznaje z milczenia.

Surfując po internecie

 

Dnia 14 marca br., w sobotę, z szpitalu w Changsha, prowincja Hunan, wypisano ostatniego 25-letniego pacjenta, który przezwyciężył zakażenie koronawirusem SARS-CoV-2. Chorym opiekował się dr He, kardiolog.

Chińczyk dał się poznać z tego, że na drzwiach szpitalnej sali przykleił kartkę z cytatem Paula Veléry’ego (1871−1945): Zrywa się wiatr. Spróbujmy żyć − tak trzeba. (Dewizę wykorzystano w japońskim filmie anonimowym pn. Zrywa się wiatr, z 2013 roku, o dziewczynie nieuleczalnie chorej na gruźlicę).

Były pacjent dopisał: Po sztormie pojawia się tęcza.

Na Dzień Kobiet (8 marca) zamówił przez internet róże dla Pań.

Poza tym na drzwiach przykleił dodatkowo 7 kartek z podziękowaniami dla pielęgniarek i lekarzy. Na jednym z karteluszków skrobnął: Kto mówi, że najjaśniejsze są gwiazdy, nie widział oczu pracowników szpitala. Gogle zaparowały, maska przykryła kontur twarzy, ale zapamiętam te oczy.