Na miarę Wlenia (65)

Jak przeżywałem czas z panią Katarzyną?

Kiedy po latach przyjechałem do Kasztelanii Wleńskiej, druga połowa lat 80. XX wieku, to do domu zaprosiła mnie tylko pani Katarzyna Fludrowa, i nie było innych odważnych. Tu się rozbiłem z klamotami. Matka Michała urządziła mi pokoik przy kuchni, z ławą, nakrytą śnieżną serwetą oraz wazonem z kwiatami z ogródka. Okna wychodziły na Górę Zamkową, więc nie będę się rozpisywał o tym, jaki miałem pejzaż, gdy się budziłem.

Razem spędzaliśmy czas i zapuszczaliśmy się we wspomnienia.

Mówiłem przy śniadaniu: pani Katarzyno, dzisiaj ruszam z Michałem i wrócę późno, uprzedzam, że będę winem zwilżał apetyt.

A pani Katarzyna odpowiadała: Klucz będzie pod wycieraczką!

Obiad jedliśmy i zawsze przyszła koleżanka pani Katarzyny, więc było troszeczkę więcej wesołości, a mniej nostalgii.

Jak późnym wieczorem przychodziłem, to wolno szedłem po schodach. Spod wycieraczki wyciągałem kluczyk. Rozbierałem się i zasypiałem.

Nawet nie słyszałam, kiedyś wrócił – mówiła pani Katarzyna, gdy jedliśmy śniadanie przy stole nakrytym ceratą, co oziębia.

W sobotę wieczorem, kiedy na dobre się biesiadowaliśmy w przy stole, i wino w nas zaczęło dojrzewać, nieraz pytała: Mirek, dlaczego jak byłeś w «leśnym», to nigdy do Ciebie nie przyjeżdżała matka, tylko zawsze ojciec?

I nigdy nie odpowiedziałem pani Fludrowej, bo przecież nie mogłem kłamać i szukać racji, kiedy ich nie było.

Jej pytanie nieraz do mnie powracało i napełniało smutkiem, choć winem rozweselaliśmy wspomnienia.

Kłamać to ja mogłem lekarzy oraz pielęgniarki lub salowe, żeby je pocieszyć. Do mnie matka jeszcze do Zagórza przyjeżdżała, a potem dała sobie spokój z odwiedzinami. Ojciec wpadał, żeby odebrać do domu, i to było wzruszające. (Na do widzenia nie dawał mi klucza do domu. Ba! Zostawiał walizkę z kluczykami). Po 1970 roku straciłem kontakt z matulą. A potem oddaliliśmy się tak, że latami się nie widzieliśmy. Odzwyczaiłem się. Po śmierci ojca (1986 rok) przestałem bywać w okolicach Kwitnącej Jabłoni. Zresztą, nikt mnie tam nie wołał. Ale po latach się wszystko zmieniło, kiedy tak osłabłem, że nie wychodziłem już nawet za próg domu. I wtedy zaczęto mnie zapraszać. Dzięki temu znam uczucie, jaki ma starzec, któremu przynoszą torbę orzechów albo nalewki na spirytusie.

Pytanie pani Katarzyny z dzieciństwa, które miałem poza sobą, zostało pełne, bo bez odpowiedzi. Kiedy je słyszałem, to myślałem o fragmencie z listu Cypriana Kamila Norwida do Teofila Lenartowicza, z 1856 roku, w którym jest przesłanie ku pamięci: (…) Pamiętaj o zdrowiu – pijaj wino dobre – człowiek naszego czasu powinien się już nieraz n a p i ć w i n a, a b y b y ł t r z e ź w y m.

Odpowiadałem, że od mojego domu do „Leśnego Dworu” był szmat drogi koleją, więc matka by sobie z tym nie poradziła. Zawsze narzekała na serce i żylaki, więc mogłaby to odchorować. Więc po co kusić?

(W linii prostej z Kopanej koło Tarczyna do Wlenia jest 373 km, zaś z Warszawy do Wlenia około 393 km).

Wątpliwości pani Katarzyny zbywałem lekkim dowcipem, który był w sam raz do wina domowej roboty. Mówiłem, że we Wleniu była wygoda, czyli chłodno, (nie)głodno i do domu daleko.

Tak opowiadałem w domu przy ulicy Kościelnej 13, gdzie cztery kąty a piec piąty, choć po prawdzie – były dwa piece kaflowe i kuchnia węglowa i gazowa, oraz za kontuarem toaletka z ciepłą wodą i wanną. A na korytarzu WC i drewniane schody z poręczą.

Winem zwilżaliśmy apetyt, zagryzając zmartwienia sprzed lat. Czerpaliśmy garściami ze wspomnień, które były wybiórcze, choć czasami gryzły, bo przypominały to, co przeszliśmy. Martwiły nas, więc o nich najczęściej milczeliśmy.

Do pani Fludrowej miałem słabość i ona też do mnie, choć nigdy by nam nie przyszło do głowy, żeby mówić o takich niciach sympatii. Było nam po prostu dobrze. Troszeczkę może pani Katarzyna się denerwowała, bo wychodziłem w góry i późno z nich schodziłem, a ona tak dbała, żebym zjadł obiad i był najedzony, choć do jedzenia nie przywiązywałem aż tyle miejsca. Słowem i czynem matkowała. Wieczorami opowiadała o sprawach, które nie mogę powtórzyć. Czasami znałem je, ale nie prostowałem.

Do miejsca, w którym byłem, pasował cytat: Wszyscy się zmieniamy, a zmiana przychodzi niczym lekki wietrzyk poruszający zasłonami o brzasku dnia, jak ulotny zapach polnych kwiatów ukrytych w trawie (John Steinbeck, Cudowny czwartek, tł. Krzysztof Obłucki).

Dzięki tym wizytom, zrozumiałem, że gościnność to przestrzeganie swojego czasu i miejsca, które ktoś ustępuje.

Poza tym nosiłem w pamięci cytat Ludwiga Wittgensteina: Kto wie zbyt wiele, temu trudno nie kłamać (Uwagi różne, przełożył Feliks Przybylak, „Odra” 1978, nr 12).

Przestrzegałem zasady, że odwiedzając kogoś, trzeba wiedzieć, że pierwszego dnia jest się złotem, drugiego srebrem, następnego już tylko… milczeniem. Odwrotnie w Turkmenii: Przebywających u nas do trzech dni traktujemy jak gości, natomiast każdy dzień dłużej – jak członków rodziny.

Dary od losu czasami są jak odsiew, więc człowiek nie ma innego wyboru, jak być sobą. Ze wszystkimi brakami, które nie dostają skrzydeł, choć słychać jak łopocą.

Poza tym w dzieciństwie bywałem w tak dalekich miejscowościach uzdrowiskowych, że przyciąganie było mniejsze. Dlatego też dłużej przychodziły listy oraz paczki. Odwiedziny były rzadsze niż święta w ciągu kalendarzowego roku. Należałem do nielicznych, którzy nie mogli liczyć na miłość boską, tylko zdawali się na siebie. Mówiąc wprost lepiej czas przeżywać niż spędzać. Przysłowia arabskie pouczają, że Dzieci są skrzydłami człowieka. Poza tym uczulają: Chwytaj to, co zobaczyłeś, a zostaw to, co usłyszałeś.

W książce Mariusza Szczygła Nie ma, Wydawnictwo Dowody na istnienie, Warszawa 2018, co między reportażem a literaturą, znalazłem zdanie pewnej niewiasty – nie podano jej imienia i nazwiska – że matka to nie ktoś, na kim można się oprzeć, lecz ktoś, kto uczy, jak się obchodzić bez oparcia. Może mama nie była świadoma tego, co robi, a ja dzięki temu chodzę po życiu bez oparcia!

Oto życiowa mądrość, w której jest odpowiedź na pytanie o matce i ojcu. W tej sentencji jest wyjątek od reguły rodzinnej, jaką znaleźć można na zdjęciach, na których – jak wiadomo – dobrze wychodzą wszyscy. Niekoniecznie osobno.

Są słowa jak tort, do dzielenia się, z wisienką bez podziału.

Ludwig Wittgenstein (1889−1951) skrobnął: Są uwagi, które sieją, i uwagi, które zbierają ziarna.

Nie ma człowieka bez kłopotów. Żydowskie przysłowie poucza: Każdy ma górkę śmieci przed swymi drzwiami.

I nadal aktualne jest to, co napisał Stanisław Wyspiański (18691907) w prostym wierszyku. Innymi słowy, jak zaradzić, gdy szaleje niepokój, co zagraża życiu, tu i teraz:

Jakże ja się uspokoję –

pełne strachu oczy moje,

pełne grozy myśli moje,

pełne trwogi serce moje,

pełne drżenia piersi moje –

jakże ja się uspokoję…

Żyć tak, żeby ze świtem powiedzieć dzień dobry, a przed snem dorzucić słowo, co nie gaśnie – dobranoc.

Czesław Mirosław Szczepaniak

Przy stole w kuchni z panią Katarzyną Fludrową, październik 1993 roku. Fot. Antoni Chodorowski, obróbka komputerowa zdjęcia Paweł Piotr Szczepaniak.

PS

(…) Kilka lat temu się bałam starzenia, bo to straszne, że ślepniesz, kolana odmawiają posłuszeństwa, jakieś raki się przyplątują. A człowiek w różnych sytuacjach potrafi znaleźć dobre rzeczy i wydaje mi się, że starość to czas dawania. Jesteś jak jabłonka obwieszona jabłkami, które już tobie są niepotrzebne. Nieważne jest już rozmnażanie się, tylko żeby obdzielić innych tym, co masz: historiami, wspomnieniami, myślami (Olga Tokarczuk i syndrom Waldka D. Z Olgą Tokarczuk rozmawia Włodzimierz Nowak, „Wysokie Obcasy Extra” 2010, nr 2).


%d bloggers like this: