Na miarę Wlenia (70)

Na tyłach Leśnego Dworu

Od tej strony schodziliśmy z góry, gdy wracaliśmy ze spaceru z Wleńskiego Gródka. Z Baszty. Trzeba było sporo siły, żeby utrzymać się na stoku. A zimą zejście wyglądało różnie, więc najczęściej zjeżdżaliśmy na tyłku i było tyle śniegu. Żartuję trochę, choć wtedy, kiedy przebywałem we Wleniu, nie było mi do śmiechu. Teraz, kiedy mam już swoje lata, łatwiej mi to zrozumieć. W czasach dzieciństwa, gdy siedziałem w jadalni, a było to trzy razy: śniadanie, obiad, kolacja zerkałem w okna i oblatywał mnie strach. Myślałem, żeby tylko z tej góry ktoś nie zrzucił głazu. Taki kamień mógłby tak się roztulać, że by wbił się w „Leśny Dwór i byłoby po nas. Znaleźlibyśmy się pod gruzem, jak się patrzy. Oczywiście, że to była tylko wyobraźnia na granicy myśli kompulsywnych. Był we mnie jakiś przymus, którego trudno było opanować, więc nieraz, jak zerkałem w okna, nie mogłem się skupić. Co rusz spozierałem w stronę szyb, czy z góry nie leci na nas jakiś ogromniasty głaz, urodzony w ziemi. Pocieszałem się, że na tyłach była siatka i murek oraz pomieszczenia gospodarcze, gdzie pewnie by przyhamował. Takie przedmurze to żadne zabezpieczenie.

Aha!

Pod oknami na pryzmie leżał węgiel, którym pan palacz sypał przez rynnę z desek do piwnicy, gdzie stały rozgrzane piece. Liczyłem, że gdyby coś zagrażało, to pan z kotłowni pierwszy by ruszył na odsiecz.

Lęki przezwyciężyłem, więc mogę napisać – Ludzie mawiają: jedz z głodu, kochaj za młodu. (…) (Aleksander Sołżenicyn, Oddział chorych na raka, Przełożył Michał B. Jagiełło, Czytelnik, Warszawa 1995).

Na tyłach dziecięcego sanatorium był grzbiet góry, zarośnięty trawą. Gdzieniegdzie rosło drzewko. Zza tego wzniesienia przeciekał zachód słońca. Miałem wrażenie, że na szczycie czyha strach, przecież był niedaleko stary poniemiecki cmentarz. Po latach dopiero zrozumiałem, że ten strach w nas siedzi. W każdym, z osobna.

Góra była plecami. U jej podnóżka mieszkaliśmy i żaden kamień w naszą stronę nie ruszył. Góra stawała zawsze za Leśnym Dworem murem, choć była z ziemi i darni, drzew i krzaczorów. Nie było mowy o lawinie.

Nie ma sanatorium dziecięcego PKP Leśny Dwór.

Góra została i jest górą – chyba to jest pocieszające.

Aha!

U podnóża znajdowało się 5 domów, po lewej stronie, jak się schodziło z Leśnego Dworu do miasteczka.

Po prawej ręce, nie wiem ile było budynków z cegły, bo tam rzadko się zapuszczaliśmy na spacery, więc nie przecieraliśmy nieprzetartych szlaków do Pilchowic. Pod prąd Bobru. Gdzie zapora i most, i szyny, po których sunęły pociągi osobowe i towarowe, podczepione do lokomotywy.

Na skali wspomnień mam też Wleń. Z cezurą 1989 rok.

Czesław Mirosław Szczepaniak

%d bloggers like this: