Na miarę Wlenia (71)

In memoriam

Nie trzeba znać łaciny, żeby wiedzieć, że to tyle, co ku pamięci, na pamiątkę. Ponieważ nie mam feblika językowego, więc staram się nie używać łaciny czy greki. Wyjawiam to dla tych, co mają upodobania do językoznawstwa, żeby wiedzieli o tym, że moje pisanie można też opatrzyć tym terminem, choć wspomnienia obejmują cezurę lat 60. XX wieku, aż do 1989 roku.

Można to wpisać w cytat, że źródłem poezji jest «wspomnienie» minionego «uczucia » (Maugham Sammerset).

Mam swoje przyzwyczajenia i wspomnienia, które rozpisuję, zgodnie z tekstem, jaki skreślił Hans Christian Andersen (1805−1875) w Historii najmniej prawdopodobnej: Biła godzina czwarta i pojawiały się cztery pory roku: wiosna z kukułką na świeżej bukowej gałęzi, lato z konikiem polnym na dojrzałym kłosie żyta, jesień z pustym gniazdem bocianim, gdyż ptaki odfrunęły, zima ze starą wroną, która w kącie za piecem opowiadała bajki, stare wspomnienia.

Od lat nie ćpam się telewizją, radia nie słucham, surfuję w internecie. Częściej sięgam do poetyckich książek niż do prozy.

Lubię wspomnienia, bo są niedomknięte.

Poza tym staram się robić swoje i nie wymądrzać się.

Po latach skrobania słów, jest mi głupio, kiedy spojrzę na bibliografię adnotowaną, że tego aż tyle.

Dlaczego?

Bo uzbierałem górę, jak przystało na kogoś, kto urodził się na Nizinie Mazowieckiej. Konkretnie w Grójcu, któremu prawią komplementy.

W dzieciństwie bywałem w tak dalekich miejscowościach uzdrowiskowych, jak Wleń, Busko-Zdrój, Jastrzębie-Zdrój, że przyciąganie było mniejsze. Dlatego też dłużej przychodziły listy oraz paczki. Odwiedziny były rzadsze niż święta. Należałem do wybranych, którzy nie mogli liczyć na miłość boską, więc miałem więcej czasu na gazety i książki, oraz słuchanie. Żeby szybciej przecierać oczy i policzki. Dzięki temu świat i ludzie nie był straszny – czasami bywał jak latający dywan, upleciony z bajek i baśni, i wyobraźni, która śmiga szybciej niż jaskółki.

O tych, co odchodzą, piszę czasami pożegnania albo wspomnienie, bo tylko tak mogę się pogodzić z ich odejściem. Na zawsze. To są moje alfabety, pisane, żeby nie zwątpić, bo człowiek to brzmi różnie.

Na starość powinny wyrastać ludziom skrzydła, które by pomagały utrzymać równowagę, kiedy nogi nas nie niosą – niechby były zapowiedzią tego, co odeszło bezpowrotnie, bez śladów.

Ponieważ we Wleniu nieraz bywałem, więc stukam w klawiaturę zamiast pisać palcem na wodzie. Wisły albo Bobrze, co wpada do Odry, i do Morza Bałtyckiego, co jest z ekologią na bakier, jak podają źródła.

Kończę, żeby ktoś nie pomyślał, że się wymądrzam.

Czesław Mirosław Szczepaniak

%d bloggers like this: