Na miarę Wlenia (74)

Parasolki

Były dwie po południowej stronie sanatorium PKP „Leśny Dwór”.

W żadnym wypadku to nie był parasol, o jakim pisze leksykograf: «osłona od deszczu lub słońca, zrobiona z tkaniny rozpiętej na drutach przymocowanych do rączki».

Parasolki zamocowano na okrągłym długim żelaznym kątowniku. Do metalowej konstrukcji przymocowano tkaninę i powstało coś na kształt grzybka, z falbankami. Pod deszczochronem postawiono krzesełka. Utworzono miejsce zacienione od południa.

Tu nieraz siadały siostry, Halina Kołtuńska i dziewczynki-kuracjuszki. Kobiety wyglądały, jakby gnieździły się pod konstrukcją, co miała kształt kapelusza osadzonego na żelaznej nóżce. Widoczek był taki sympatyczny.

Dwie parasolki z Leśnego Dworu stały między masztem. Od wiosny do jesieni. Zimą ktoś je składał i chował. I czekały, żeby z wiosną jakaś osoba znowu je otworzyła. Że zaczął się sezon.

Rzadko siadałem pod antydeszczówką, z którą wiatr sobie nie radził. Po prostu nie miał siły, żeby ją wyrwać.

To właśnie tu podczas skwaru zażywano chłodu. Jak pod sercowatą lipą.

Nieraz widziałem mokre parasole, które długo dochodziły do sucha.

Dzięki otworzonym parasolom przed „Leśnym Dworem”, czuliśmy się pewniej w niepogodę. Od tej południowej strony operowało słońce. I cień – jeżeli się nie mylę – był najkrótszy. A może tylko jak byłem taki mały, więc przymykałem powieki, żeby promienie nie raziły oczu. Dzięki temu przetarłem się tak szybko przez dzieciństwo, a potem wpadłem w młodość.

Cienia nikt nie przechytrzy. Być może to jest bonus światła, co się ze słońca wykrusza.

Czesław Mirosław Szczepaniak

%d bloggers like this: