Na miarę Wlenia (75)

Pomiędzy przyimkiem a spójnikiem

Między, czyli «przyimek komunikujący, że to, o czym mowa, jest z obu stron otoczone czymś», jak zapisano w Słowniku języka polskiego, Zasady pisowni i interpunkcji (Wydawnictwo Naukowe PWN, Gazeta Wyborcza).

To, co jest między żabkami (« »), w przypadku Wlenia oznacza, że miasteczko leży 18 km od Jeleniej Góry i 19 kilometrów od Lwówka Śląskiego; prawie pośrodku.

I pomyśleć, że przez Dolinę Bobru przebiegał węzeł kolei szerokotorowej. Łączył to, co dzieli, dodawał uroku. Było fajnie, bo do Wlenia przyjeżdżali mali i duzi kuracjusze. Miasteczko żyło z tych, co powracali do zdrowia, powiedzmy, choć to brzmi tak życzeniowo.

Dzieci zabierały stąd milczenie, w którym dojrzewają wspomnienia. Nie wiem, co starsi, bo nie śmiałbym ich o to pytać.

Powracało echo z lat, choć nie raz, nie dwa się wydawało, że wsiąkły w chmury. Że sięgną po nie tylko poeci, co marzą o niebieskich migdałach. Na szlakach mijali się turyści.

Dodam jeszcze, bo w XXI w. włodarze grają jak dziady, że były małe podwórka, z którymi ulica musiała się liczyć. Na Rynek nie przychodzono, żeby kogoś obwiniać, że znowu przeszło koło nosa albo przepadło w dziurawym chodniku. Zalotnie na to spoglądała Gołębiarka.

W centrum można było się skupić, a nie rozpraszać.

Doczekaliśmy czasów, że tylko patrzeć, jak będą malować dziury w jezdni. A porażki potraktują jak sukces.

Chciałem napisać, że nagle wszystko, co było jasne, zgasło, jak żarówka. Ale nie będę oszczędzał na prawdzie, bo (spaloną) żarówkę się wykręca, żeby wkręcić dobrą, co oświeci to, co zagaśnie. Ale o tym decydenci zapomnieli, a dzisiaj jest już za późno, bo więcej zburzono niż utrzymano przy życiu.

Mówiąc po ludzku – Aniołów diabli wzięli.

Nie będę zaciemniał i napiszę, że mieszkanie zabite deskami, to pustostan, w którym diabeł się zatrzasnął. Czyli sprawa ogona.

I tak jest na całym świecie, który radzi sobie z bankructwem, bo nie ma innego wyjścia. Albo optymizm, albo malkontenctwo, co spaja (proszę tego słowa nie łączyć z upijaniem się czy spijaniem się).

W państwie, które jest jak księga życzeń i zażaleń, nie chce się żyć ani umierać. Się czeka.

Czesław Mirosław Szczepaniak

Na źdźble zapisane

Zadzwonił do mnie pewien uczony krajan, historyk, i opowiedział, że jego kolega ze studiów, Dolnoślązak, mówił, że gdy kosił trawę, to słyszał jak trawa płacze.

Mirek, czy coś o tym wiesz?, zapytał emeryt archiwista.

Nie wykręciłem się sianem, przypomniałem, że łąk w okolicach „Kwitnącej Jabłoni” nie można porównać z połoninami w Sudetach czy Karpatach. Odwrotnie jest jeżeli chodzi sady spod Grójca, z których wyszliśmy, do tych z Dolnego Śląska. Na uwadze mam drzewa wysokopienne, a nie w donicach, jak krzewy.

Z koszeniem trawy kosą to nie była taka prosta sprawa, bo trzeba zacząć kośbę o brzasku – póki rosa nie opadnie. Potraw wymuszał pewien rytm rąk i nóg. Oczywiście że zboże było jeszcze trudniej żąć do rżyska. Nie zapominajmy o tym, że wszystko zaczęło się od sierpa.

Po sianokosach czuło się piękny zapach, który nie przepadał – pozostał w strofach Józefa Czechowicza: Siano pachnie snem / siano pachniało w dawnych snach / popołudnia wiejskie grzeją żytem / słońce dzwoni w rzekę z rozbłyskanych blach / życie − pola – złotolite // (…)  Księżyc idzie srebrne chusty prać / świerszczyki świergocą w stogach / czegóż się bać / Przecież siano pachnie snem / a ukryta w nim melodia kantyczki / tuli do mnie dziecięce policzki / chroni przed złem (na wsi).

Odpowiedź na pytanie sprzed lat

Po opublikowaniu książki pt. Trzeci alfabet. Wspomnienia z okolic Kwitnącej Jabłoni (Wydawca: Gminny Ośrodek Kultury w Tarczynie, 2020, s. 241) pewien uczony regionalista, świetny znawca grójecczyzny i sąsiednich ziem, poinformował, że przygotowuje tekst o tym, co napisałem wierszem i prozą. Wyłuskał istotę sprawy, nie komplikując:

Panie Czesławie,(…) po prostu  fajnie byłoby zilustrować artykuł o książce nie tylko zdjęciem współczesnym Autora, ale także zdjęciem archiwalnym, wpisującym się w klimat opisywanych ludzi i zdarzeń. Może ma Pan jakieś zdjęcie sprzed lat, które jest dla Pana szczególnie ważne i można by je opublikować? A może dwie lub trzy fotki do wyboru? Może być tam Pan sam, w szkole, z rodzicami itp. Pan decyduje. Termin: do 20 czerwca tego roku. Czytając „Trzeci alfabet”, m. in. fragmenty poświęcone mamie i tacie, myślę sobie, jak te sprawy miały się u mnie. Wolna Europa…, Mały Władzio…,  prof. Pieniążek, prof. Szeląg i jego liściki… każdy znajdzie tu  coś dla siebie. Ciepła lektura, prowokująca do snucia osobistych refleksji. 

Natychmiast odpisałem, że nie mam domowych zdjęć z Kopanej, bo nikt mnie do nich nie zapraszał. W dużym domu w dawnej Szczerej Wsi nie miałem swojego kąta. Byłem jak przyjezdny, więc to sobie rekompensowałem pisaniem. Tak wyszło, niestety. Przesyłam zdjęcie kolorowe (z żoną Graszką, której wszystko zawdzięczam) wraz z fotonarracją.

W moim przypadku choroba przewlekła robiła wszystko, aby pobyt poza domem nie był wilegiaturą. Byłem jak skazany na więzienie, ale… z własną celą.

W młodości, jak przyjeżdżałem do domu, to pierwszymi słowami, było pytanie: na ile, synu, przyjechałeś?


%d bloggers like this: