Na miarę Wlenia (77)

Kukiełki

To była sprawka pana Andrzeja Szewczyka, wychowawcy z sanatorium dziecięcego PKP „Leśny Dwór”, lata 60. XX wieku, który grał na skrzypcach i odpowiedzialny był za artystyczne występy.

Pewnego popołudnia pan Szewczyk przytaszczył duże pudełko do świetlicy. Usiedliśmy przy stolikach. A wychowawca wyjmował z kasetki kukiełki, a potem oznajmił, że wybierzemy aktorów do teatru kukiełkowego. Miałem pecha, bo na pierwszy ogień wskazał na mnie dłonią, w której trzymał pacynkę. Mirek, będziesz mówił rolę… − dodał. Słuchałem i ani się nie zająknąłem, bo tak mnie zamurowało. W pierwszym odruchu pomyślałem, że pech nie chce mnie opuścić.

Ledwo co sobie przypominam ten czas. A niech mnie kule biją!

Nie wiem o czym był teatrzyk. Pamiętam, że wystawiliśmy sztukę i strasznie trudno było trzymać pacynkę i użyczać jej głosu. Staliśmy na małej powierzchni, za parawanikiem, 3 albo 4 osoby. Było niewygodnie i duszno. Ale jakoś się udało. Widzowie obśmiali przedstawienie i otrzymaliśmy brawa.

Ten jeden raz zapamiętałem sobie do końca życia, że byłem lalkarzem, co ożywiał figurkę na patyku.

Po latach ten epizod przyszedł jak wspomnienie.

Kiedy czytałem fraszkę Jana Kochanowskiego pt. O żywocie ludzkim, przypomniałem sobie o teatrzyku z Wlenia. Mistrz Jan z Czarnolasu puentuje: (…) Wszystko to minie jako polna trawa; / Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, / Wemkną nas w mieszek, jako czynią łatkom. Czyli wsadzą nas do worka, jak kukiełki (marionetki) po przedstawieniu. Niby jest to daleko idąca paralela, ale… jest coś na rzeczy.

Aha!

Drewniany ludek po naszym przedstawieniu gdzieś upchano w szafie i słuch o nim zaginął, jak o zeszłorocznym śniegu.

Ponieważ byłem (raz) aktorem teatrzyku lalkowego, więc chciałbym napisać dla tych, co myślą, że to niepoważna zabawa czy fraszka, że są w wielkim błędzie. To jest bardzo ciężka praca twórcza, bo wymaga sprytu. To nie tylko pociąganie za sznureczek i patyczek, trzeba się sporo napocić, żeby zagadała do widza. Aby zagrać na tak małej powierzchni, trzeba się nauczyć roli oraz poruszać drewnianą postać, żeby nie podła.

Podam kilka ciekawostek, żeby wzmocnić powagę w ironii.

Na Podhalu na chałkę mawia się plecionka albo kukiełka.

W gwarze kieleckiej kukiełecka albo rozcyna to była mała bułeczka ulepiona z resztek ciasta drożdżowego, wyskrobanego z dzieży. Oczywiście że w pierwszej kolejności częstowano nią dzieci i staruszków, co z niejednego pieca chlebuś jedli. I opowiadali różne bajdy, które można było wkładać w bajki i baśnie. Długowieczni, wysuszeni jak świerszcze, pamiętali, co robili pod wpływem chwili, w dzieciństwie. Że trzymali się prawdy, w której była nić kłamstwa. I nawijali. (Kiedy politycy kradną wolność, biją brawa rękoma w kajdankach).

I na koniec, na okrasę, zostawiłem to, co nie straciło na wartości. Jest, jak pisali i mówili, z wykształconym smakiem. Oto, co znalazłem w księdze pt. Dykcyonarz biograficzno-historyczny, czyli krótkie wspomnienia żywotów ludzi wsławionych cnotą, nauką, przemysłem, męstwem, wynalazkami, błędami…», t. 11, Nakładem Gustawa Leona Glücksberga, księgarza przy ulicy Miodowej Nr 483, wprost kapucynów; drukarnia S. Orgelbranda, Warszawa 1844.

Marcin Leśnowolski (zm. 1593 roku), kasztelan podlaski, członek dworu Zygmunta III Wazy, poufały przyjaciel Jana Zamoyskiego, Gdy go rozkoszanie namawiali do swojego związku, rzekł: «Cóż uczynić zamyślacie? − Mieć króla. − Któż was zapewnił, że po Tytusie niedostaniecie Nerona, głupią jest rzeczą rzucać to dobro, które masz, dla niepewnego, które chcesz mieć.

Przypominam stare prawdy, bo na świecie mnożą się ochotnicy, nęceni powabem łupiestwa. Że trzeba się otrząsnąć z przywar. Smak najłatwiej skazić nadętością – o uszczerbek łatwo. Tych, co roznoszą postrach, trzeba się strzec i zachować spryt, żeby zwiewać.

Czesław Mirosław Szczepaniak

PS

Sprzed lat

Krystyna Feldman (1916−2007), pamiętna rola Nikifora w filmie pt. Mój Nikifor, znalazła się w szpitalu, bo napadli ją rzezimieszki z Jeleniej Góry. Na oddziale nie mogła odżałować, że nie dała rady się podnieść, żeby obić mordy tym łobuzom.

Ale potem, jak przeszła jej złość, mówiła: (…) Codziennie wieczorem była u mnie prawdziwa balanga. Cały szpital się schodził do mnie, były dowcipy, śmiechy… I nikt o chorobie nie pamiętał! A jak zaczęłam już chodzić, to stawałam na korytarzu i wołałam: Wszystkie panie połamane wstawać. Ale już! Brać kule i chodzić! (Kiedy kobieta zagra mężczyznę. Z Krystyną Feldman rozmawiała Justyna Kobus, „VIVA! Dwutygodnik” 2004, nr 21).

Szpital − chciałoby się, żeby to słowo, jak najrzadziej gościło w naszych ustach. Aby nas tam nie wzywali. Żebyśmy nie musieli być pacjentami, a jak już, to żebyśmy przychodzili na chwilę, jak dawniej wpadano do sąsiadów po ogień.

Pochwała Ksantypy

Ksantypa (VIV w. p.n.e.) była żoną Sokratesa (469−399 p.n.e.) oraz matką jego trzech synów. Filozof, jak wiadomo, nie pisał tylko dyskutował. Szkoda, ale takie typy zdarzają się jak świat światem i nie ma się co wymądrzać.

Oto wzmianka, jaką można znaleźć w książce Dykcyonarz biograficzno-historyczny, czyli krótkie wspomnienia żywotów ludzi wsławionych cnotą, nauką, przemysłem, męstwem, wynalazkami, błędami…», t. 11, Nakładem Gustawa Leona Glücksberga, księgarza przy ulicy Miodowej Nr 483, wprost kapucynów; drukarnia S. Orgelbranda, Warszawa 1844.

Przepisuję jak leci, w ciemno, bo jest pochwałą Sokratesa, mężczyzny, który miał swoje zasady: Xantypa, żona Sokratesa; miała być nadzwyczaj żywego i drażliwego temperamentu, o czym Sokrates wiedział dobrze nim się z nią ożenił. Zapytany zaś przez Xenofonta, dlaczego ją pojął, znając jej drażliwy humor; miał mu odpowiedzieć, iż Xantypa usposabia go do takiej cierpliwości, przez swoją porywczość, iż potem zdolny już znieść wszystko od wszystkich.

Śmigiem

Za oknami słyszę popiskiwania jaskółek. Słucham, bo już nie wychodzę na balkon. Mogłyby mnie (jaskółki) zabrać podczas odlotu do krainy zdrowia, żebym wreszcie mógł powrócić z bosą radością.

W ramach daru wdzięczności opisałbym, jak pomykałem i jaki szelest zostawiałem, oraz ślady. Że ożyły baśnie.

Mówiąc językiem lekarskim, jak pożegnałem to, co stwardniało na szlaku neuronu ruchowego.