Zdjęcie udostępnione przez Kazzi

Na miarę Wlenia (79)

Głos (starszego) pacjenta

Nie byłem zakorzeniony we Wleniu i innych miejscach w Polsce, gdzie bywałem, a jest ich ponad 90. We Wleniu pojawiłem się jako pacjent, bo tak zadecydował kolejowy lekarz w Warszawie przy ul. Nowogrodzkiej. Wypisał mi skierowanie do sanatorium kolejowego PKP „Leśny Dwór”. To on podjął decyzję. Musiałem jechać i nie było żadnego gadania. Sanatorium otworzono w 1963 roku, a ja już jesienią przybyłem pod jego dach. Tak więc należę do pierwszych pacjentów. Oczywiście, że z tego tytułu nie roszczę sobie jakiś przywilejów. Dwa razy do Wlenia pojechałem, kiedy byłem (małym) chłopcem, ale nie z bluesa Tadeusza Nalepy (19432007) do słów Bohdana Loebla (ur. 1932 r.). Wziął mnie ojciec i zawiózł jesienią do Wlenia; wiosną wyjeżdżałem do siebie, czyli okolic Kwitnącej Jabłoni.

A potem, jak nie byłem już dużym chłopcem, na skutek nalegań Michała Fludra, pojawiłem się w 1985 w Kasztelanii Wleńskiej. Składałem jesienne rewizyty. Była poezja zamiast bluesa.

Tomasz Stańko, jazzowy muzyk, który pomieszkiwał w wielkim jabłku jak Nowy Jork, powiedział: (…) Żeby odczuć piękno spokojnej prowincji, trzeba posmakować wielkiego miasta (Pochwała różnorodności. Z Nowego Jorku do Bielska-Białej, Rozmowa z Tomaszem Stańką, dyrektorem artystycznym Jazzowej Jesieni, rozmawiała Iwona Sobczyk, „Gazeta Co Jest Grane” 713 listopada 2014, nr 44, „Gazeta Wyborcza” z 7 listopada 2014 roku, nr 259). Takich estetycznych rzeczy nie doświadczałem, bo ich nie szukałem. Wyjeżdżałem poza Warszawę tylko po to, żeby się nasłuchać polszczyzny. Starałem się omijać miejsca, w których bywałem w dzieciństwie. Uważałem, do czasu, że tam, gdzie przebywałem, nie powinno się powracać. Nie dzielę tego na miasto i prowincję, czasami w metropoliach jest tyle prowincji (umysłowej), których na wsi nie spotkasz.

Byłem w tym szczęśliwym położeniu, że Michał Fluder dbał o to, żebyśmy mogli odbywać artystyczne peregrynacje. Mieć takiego starszego koleżkę, to wielka frajda. Nie sposób się było z nim nudzić.

Nie jestem smakoszem miast, miasteczek i wiosek. Wybredny bywam na język polski, z którym sobie różnie radzę. Nadrzędna jest poezja, a nie proza. Staram się ułożyć literacką szatę tak bez załamań i kantów. W słowach są granice naszego myślenia, szyfry, tajemnice, na które próbujemy spuścić zasłony.

Zawsze miałem słabość do tych, co zapadają w milczenie. Nieraz się czułem głupio, że należę do tych, co pracują w słowie polskim; dociskają, a im bliżej krawędzi, to lekko popuszczają, jak podczas produkcji nożyków marki Gilette.

To że skrobię, znaczy – nie wiem.

Wystarczy, że mam świadomość, co skreślam.

Słowa wchodzą na kartkę albo na e-nośnik (dysk twardy, jak wirtualna chmura). Pisaniem sprawdzam, co się dzieje z moją pamięcią, oraz wyobraźnią. Ale tak czynią wszyscy, więc niczym się nie wyróżniam. Z szarego tła.

Z pisaniem, jak z ciastem drożdżowym, nie powinno się zbyt długo przetrzymywać go w piekarniku, żeby wyrosło. Bo ciasto zestala się i robi się zakalec.

Trawestując można powiedzieć, że pisanie jest wolnością, ale we własnym więzieniu.

Bolesław Prus (1847−1912), w Kronice tygodniowej, „Kurier Warszawski” 1881, nr 23 (29 stycznia), w cząstce pn. „Zebranie” w szynku na Nowej Pradze i uwagi z tego powodu trafnie skreślił: Nie mam zamiaru być apostołem, który nawraca ani prorokiem, który wyklina. Trawestując dodam – jeszcze nie ma takiej drożyzny, żeby ludzie musieli czas kupować.

A swoją drogą, wolę autorów książek, którzy mają skłonność do poetyzowania, niż tych, co na czczo konsumują fakty.

Tekst powinno się nawilżać liryką, oraz nie zapominać o tym, że ma początek, grubszy środek i koniec.

Czesław Mirosław Szczepaniak

PS

Wyciąg

Nie wypowiadam się o tym, co się dzieje w lokalnej polityce, to nie znaczy, że tego nie śledzę. Polska jest tak podzielona paradoksami, że na nic zda się szkiełko i oko, oraz pieśń gmina z przysłowiem. Zamiast wpadać w malkontenctwo, przypominam sobie to, co skreślił Bolesław Prus (właśc. Aleksander Głowacki). Na przykład w Kronice tygodniowej, zamieszczonej w „Kurierze Warszawskim” 1881, nr 34 wspomina burmistrza, który gdy w publicznej studni odkryto złą wodę, kazał − odjąć wiadra. Od tej pory mieszkańcy nie tylko pili złą wodę, ale jeszcze musieli ponieść wydatek na kupno własnych wiader.

To jeszcze nie koniec łańcucha, bo w Kronice tygodniowej, zamieszczonej w „Kurierze Warszawskim” 1881, nr 244 (29 października), jest wtręt pn. Burmistrze w miasteczkach i burmistrzostwo w szpitalach, w którym jedzie jak po łysej kobyle: Wiadomo na przykład, że w razie wybuchu ognia w małym miasteczku miejscowe narzędzia pożarne oddają zwykle usługi dosyć wątpliwe, ponieważ beczki są dziurawe, a sikawki popsute.

Tymczasem z drugiej strony dowiadujemy się, że kasy miejskie otrzymują co roku fundusze na – reperacją sikawek i beczek. A gdzie te fundusze?… Czyliż pożarne beczki są już tak dziurawe, ale to tak dziurawe, że przez nie wypływają nawet zapomogi rządu?… A może ojcowie naszych miasteczek siebie samych reperują, uważając, może i słusznie, siebie za najbardziej dziurawy statek?…

Dbać o siebie, ale dobrze dbać o siebie, jest to nie lada cnota, z tym wszystkim smutnie wygląda miasteczko, które w braku bezpieczeństwa od ognia pociesza się widokiem rumieńców swego burmistrza!…

%d bloggers like this: