Na miarę Wlenia (80)

Proza pociągowa

Było to w latach 80. XX w., kiedy pisałem felietony na odwrotną stronę „Tygodnika Kulturalnego”, bo z wierszy nie dało się żyć.

Ponieważ było ciężko, odbywałem literackie peregrynacje po Polsce; z delegacją służbową w chlebaku. I wiązałem z Graszką koniec z końcem. Życie dawało nam dobrze popalić.

Podróżowałem głównie pociągami. Najczęściej stałem na pomoście i sztachałem się papierosem bez filtra, bo był najtańszy. Nieraz dym mocno szczypał w oczy. Do łez. Posilałem się z termosu kawą, żeby sen wypłoszyć.

Z wielu podróży zachowuję zdarzenie o tym, jak jechałem w przedziale dla palących, II klasa.

Jesienią wracałem z Kasztelanii Wleńskiej pociągiem osobowym relacji Jelenia Góra−Warszawa Zachodnia via Opole.

Między godziną 2 a 3, pociąg się zatrzymał na stacji w szczerym polu. I nagle drzwi się otworzyły. Zajrzała, objuczona siatami, kobieta, w chuście, w grubym swetrze, i zapytała: Czy znajdzie się dla mnie miejsce?

Wzdrygnąłem się i odpowiedziałem tak, aż fuknęli na mnie pasażerowie z przedziału.

Jeżeli się na sobie nie skupimy, to pani usiądzie i zostanie z nami – grzecznie wyjaśniłem, przywołując pasażerów do porządku.

Starsza pani usiadła przy mnie z tobołkami przy nogach.

Po chwili, pochylając się, wyszeptała: Dziękuję, że pan się tak za mną ujął…

Wzruszyła mnie jej grzeczność.

Poinformowała, że nocą jedzie do Opola, do córki, bo za dnia ledwo się wyrabia na swoim: Panie tam u niej tyle dzieci, sama drobnica, wiozę kartofle, warzywa. Dobrze że za bilet nie płacę, bo mój chłop pracuje na kolei, na torach, więc mam bloczek biletów za darmo. Tylko im to zawiozę, a potem szybko wracam na pociąg, bo na wsi jest zawsze pełno roboty, nie wiadomo, w co ręce wpierw włożyć. Co drugi wieczór do niej jadę, żeby mogła dzieci czym nakarmić. U córki, panie, się nie przelewa, więc jej też wiozę bańkę mleka, słoiczek śmietany i trochę jabłek…

Kiedy tego słuchałem, myślałem, że to poetka, czyli moja (starsza) koleżanka. Ale gdzie tam!

Pociąg sunął po szerokim torze. NN drzemała.

Nieznajoma o brzasku wyszła z przedziału.

I kiedy mijaliśmy Opole, pomyślałem – dla mnie to była patronka tych, co nie wiedzą, jak się nie dać biedzie zaskoczyć.

Innymi słowy, złych końców i dobrych początków.

Czesław Mirosław Szczepaniak

PS

Nie zapomniałem, jeszcze

Gdy miałem 62 lata, przeczytałem Pisma wszystkie (XI tomów) Cypriana Kamila Norwida, który żył 62 lata. Zupełnie przypadkowo dowiedziałem się, że Michaił Aleksandrowicz Szołochow (1905−1984) napisał książkę socrealistyczną pt. Zaorany ugór. Przypomniałem sobie, że na zamówienie redakcji literackiej Polskiego Radia w Łodzi, napisałem w 1973 roku opowiadanie-reportaż pt. Na piasku urodzaj. Wyemitowano go na antenie 9 stycznia 1974 roku. Z ul. Narutowicza 130 popłynęły słowa, które objęły zasięgiem miasto Łódź. Aha! Z prozę dość szybko się uwinąłem, bo ponaglał ówczesny prezes Oddziału Łódzkiego ZLP, pan Wiesław Jażdżyński. Napisałem, a redaktor poczynił poprawki, które niewiele pomogły. To była proza sentymentalna o tym, jak przyjeżdżam z miasta na wieś, która rozkwitła jak wiersz. Lata 70. XX w., gdzie w Polsce (masowo) darli się: Pomożemy!!! Wysiadam z pociągu na małej stacji kolei wąskotorowej i nie mogę się nadziwić, że tak wszystko się pozmieniało podczas mojej nieobecności. Na lepsze. Jest entuzjazm, jak się patrzy. Mam w swoich papierach tylko fragment tego, co nabazgrałem w galopie, bo spieszyłem się na lekcje w IX Liceum Ogólnokształcącym dla Pracujących (ul. Obrońców Stalingradu 27); dzisiaj tu mieści się Szkolne Schronisko Młodzieżowe, ulica nazywa się Legionów. Za opowiadanie otrzymałem spore honorarium. W PRL-u nawet za list do redakcji płacono. Przypominam o tym młokosom, którzy pieprzą, że do 1989 roku głupimi siali.

Marna to pociecha, że w Polsce nie ma profesjonalnej gazety codziennej, popołudniówki, tygodnika, miesięcznika, likwidują księgarnie itd. Patrzę na to, jak człowiek starej daty. Czyli spokojnie, a nie, jak mówi ulica wkurzony, bo to nie moja baśń.

%d bloggers like this: