Na miarę Wlenia (88)

Z gronem pedagogiczno-wychowawczym

O spotkaniu autorskim we Wleniu w 1985 roku już pisałem. Zainteresowani mogą zajrzeć: Po spotkaniach autorskich. Pilchowickie fragmenty. Na miarę Wlenia (46) [w:] wleninfo.pl, 17 listopada 2019 roku, niedziela; http://wleninfo.pl/na-miare-wlenia-46/.

Pominąłem w nim wydarzenie, jakie miało miejsce wieczorem. Napisałem jak się zaczęło, nie mówiąc, jak się skończyło. Najwyższa pora się poprawić i tekst dopiąć.

We wrześniu 1985 roku przyjechałem po latach nieobecności do Wlenia. Michał Fluder mnie zaprosił. Poza tym ustalił trasę spotkań autorskich. Pierwsze odbyłem z dziećmi z „Leśnego Dworu” w sanatorium dla dorosłych. O tym pisałem w felietonie ECHO „Leśnego Dworu” („Tygodnik Kulturalny” 1985, nr 42). Wieczorem zostałem zaproszony przez kierownika Henryka Ogonowskiego na spotkanie z gronem pedagogiczno-wychowawczym w dawnej kawiarni kolejowej. Zjawiłem się w miejscu po raz 1. w życiu, kiedy kawiarenka przeżyła rozkwit i częściej na drzwiach wejściowych była kartka, że jest nieczynna. Że przybytek wleńskiej gastronomii się zwija. Kiedy wszedłem do tego miejsca, czasy świetności miał już za sobą. Nieduże pomieszczenie. Kameralne. Kilka stolików, krzesełka, bufet. W oknach zasłony i firanki. Podłoga drewniana. Usiadłem przy stole nakrytym obrusem. Świeżym, wykrochmalonym. I przypomniało mi się przysłowie ormiańskie: Serce nie obrus, przed każdym go nie położysz. W centrum siedział szef kadry, który był głośny jak puzon albo bęben. Na stole były ciasta, kanapki, kieliszki oraz butelka alkoholu ze zboża i ziemniaka. Ten napój to istotny element kultury w krajach tzw. pasa wódki, czyli Polski i Rosji – trunek ojczysty. Abstynent, jak mawiano drzewiej, to ktoś co tylko wodę pija. Słowem, dziwak. Ponieważ w owych latach byłem po stronie wina, więc czasami w ramach higieny smakowałem wódeczkę, która rozgrzewa, a nie przytula. Nie chcę nikogo straszyć, ale poznałem smak picia tzw. ogni Moskwy (połączenie szampana ze spirytusem). Alkohol nigdy mi nie smakował, w przeciwieństwie do kawy i dobrego tytoniu, oraz wina. Cypriana Kamila Norwida (1821−1883), który nie wylewał za kołnierz, zalecał: (…) Pamiętaj o zdrowiu – pijaj wino dobre – człowiek naszego czasu powinien się już nieraz n a p i ć w i n a, a b y b y ł t r z e ź w y m (z listu do Teofila Lenartowicza, 1856 rok). Wcześniej Jan Kochanowski (1530−1584) gęsim piórem skrobnął: Znał kto kiedy poetę trzeźwego? Nie uczyni taki nic dobrego (Pieśń XX).

W sali pojawiło się kilka osób z dawnego sanatorium, większość stanowiła kadra, która nie pamiętała mnie z dzieciństwa. Kierownik rozlewał wódeczkę. Były tradycyjne toasty i śmiech, który im dalej w nocy, to się rozluźniał.

I przyszedł taki moment, że zabrakło alkoholu. Zrobiła się dziura i zostały puste butelki. Wysechł zdrój i zrobiło się nieswojo, jak to bywa (czasami) przy stole polskim.

Zwierzchnik nauczycieli zrobił kwaśną minę i przywołał do siebie Michała Fludra i tonem nie znoszącym sprzeciwu rzekł: Michał, zorganizuj butelkę, bo kadra chce pić!

Z tych słów można było wyczytać, że pryncypał chce się doprawić. (Mówiąc sensownie, czyli dorzecznie).

Słyszą takie zdanie-rozkaz, wstałem z krzesła i zaproponowałem, żeby zrobić ściepę. Że pójdę z Michałem w długą ślepą uliczkę i postaramy się spełnić życzenie, żeby załagodzić widmo skandalu.

Na dłuższą chwilę opuściliśmy lokal – poszliśmy do miasteczka, co ma w herbie rozczochraną brzozę.

Sanatorium dla dorosłych spało, a dzieci pewnie się przewracały na drugi bok. Michał zaprowadził mnie na skróty przez ogródek do miejsca zwanego meta. Stanęliśmy przy fasadzie rynku.

Nie nazwę tego speluną, meliną czy norą, bo stałem w ogródka, gdzie dalie (georginie) i drzewa. Był późny wieczór, a my (nie) trzeźwi jak szkło. A że się znaleźliśmy właśnie tu, to tylko dlatego, że grono pedagogiczne wysuszyło do ostatniej kropli to, co w butelkach rozlano.

Michał zapukał w drzwi pięścią.

Za chwilę wyszła starsza kobieta w stroju niedbałym, w zadeptanych laczkach.

Więc ja, nauczony pewnego handlowego chwytu*, wykorzystałem moment i wstrzeliłem się takim oto kapitalikiem bogobojnym:

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, chcieliśmy kupić litr gorzały!

Niewiasta spojrzał na nas tak, jak byśmy byli święci zza widnokresu. Po dłuższej chwili zawinęła się na pięcie i dała chodu do izby. Pewnie była przekonana, że ci, co zbytkują w napojach, bywają pochopni do zwady.

Kapłanka domowego ogniska przyniosła dwie pełne flaszki. Michał zapłacił i schował do czarnej torby.

W powrotnej drodze zapytał: − Mirek, dlaczego zamówiłeś litr wódki? Odpowiedziałem, żebyśmy dwa razy nie musieli chodzić, lepiej raz, a dobrze.

(Ks. prof. Józef Tischner, 1931−2000, mawiał: Co to jest nic? – pół litra na trzech).

A gdy pojawiliśmy się w kawiarni, pan kierownik i reszta już była lekko senna. I jak nas zobaczyli, ożywili się jak chłopi w karczmie, którzy za pomocą ludowych instrumentów dodawali sobie ducha śpiewając: Będziem jedli, będziem pili, będziemy się weselili (powiedzenie spopularyzowała Maria Konopnicka, 1842−1910, w powieści O krasnoludkach i sierotce Marysi).

Doszlusowaliśmy do uczestników spotkania, zaproszonych do stołu, jak w piosence. Czekała drużyna nauczycieli i wychowawców, bo część sfeminizowana wróciła do swoich domowych pieleszy.

Michał, kładąc flaszki wódki na stół, dawał świecący przykład, że druh czuwa i problem rozwiązuje. Julian Ursyn Niemcewicz (1757−1841) w Śpiewach historycznych pisał o takich rycerzach: Kiedy kogo wychwalano / Przysłowiem było bojów towarzyszy / «Polegaj na nim, jakby na Zawiszy».

W tym miejscu poczynię wtręt.

Czasami mówi się, że aniołowie pijanych na rękach noszą.

Oto komentarz lekarza, który ma do czynienia z tymi, co nadużywają C2H5OH.

Coś jest w tej ludowej mądrości. Pijany jest wiotki i jakoś tak upada, że nic mu się nie dzieje [Mają 10 promili i wciąż żyją. Rozmowa z dr. Jackiem Rzepeckim z Kliniki Ostrych Zatruć w Instytucie Medycyny Pracy w Łodzi, rozmawiał Adam Czerwiński, „Gazeta Wyborcza” 2012, nr 105 (7 maja)].

Alkoholem zapijano wspomnienia. Podnoszono kieliszki w górę, nikt się nie trącał. Nie było powaśnionych.

Kiedyś o wódce pitej w restauracji dworcowej mawiano, że to wódka dalekobieżna. A ta, wypita w kawiarni kolejowej, nie wiem, jaka była. Wiem, że tego chciał pan kierownik, któremu nikt się nie sprzeciwiał. Odnotowuję ten fakt, o którym milczy kronika Wlenia. Historiografia pomija to, co jedli i pili. Ba! Nawet w Weselu Stanisława Wyspiańskiego (1869−1907) nie ma o tym wzmianki w didaskaliach.

Był 1985 rok, trwał stan wojenny. PRL był jeszcze przyspawany do ZSRR.

Nosiłem chlebak, a Służby Bezpieczeństwa elegancko ubrani, pod krawatami, w płaszczach, w kapeluszach, z małymi torebeczkami zwanymi pederastki. Robotnicy w brudnych drelichach, we flanelowych koszulach w kratę.

Późną nocą, kiedy zmęczenie dawało o sobie znać, podniosłem kieliszek z winem, które piłem, dłuższą chwilę odczekałem i zagaiłem: Salud y pesetas y tiempo para gastarlas (Zdrowia i pieniędzy, i czasu, żeby je wydać).

A pan kierownik, chwyciwszy kieliszek z wódeczką, szybko poprawił: Na zdrowie!

Wszyscy jak na komendę pryncypała objęli kieliszek i haustem wypili, i zrobiła się cisza, że było słychać, jak późne lato odchodzi boso i czuć, że zbliża się jesień.

Poetyzuję. Być może.

 

Pod osłoną nocy opuściliśmy kolejową kawiarnię. Grono i były pacjent, który starał się opisać radość, żeby zdążyła do tych, co są w smutku, który nie tonie w okowicie (woda życia, po łac. aqua vitae).

Wspominam wydarzenie z 1985 roku.

A w 1983 roku, ówczesny komendant milicji obywatelskiej we Wleniu o nielegalnym handlu alkoholem powiedział coś, co cytują tylko w monografii Wlenia: Każdemu wiadomo jest, gdzie jest melina, natomiast nikt oficjalnie nie chce tego potwierdzić (Ivo Łaborewicz, Wleń w latach 1974−1990. Zarys rozwoju, rozdział Bezpieczeństwo publiczne i powodzie w: Dzieje Wlenia. Jak Feniks z popiołów. Jubileusz 800-lecia nadania praw miejskich Wleń 12142014, Praca zbiorowa, Wydawca: Archiwum – System, Jelenia Góra 2014). Nie podano, kto był ówczesnym szefem służb mundurowych, więc nie będę szedł dalszym tropem. Nie jestem IPN. W głowie mam inne fajniejsze tematy, niż ludziom dokuczać i śledzić, i zaglądać w teczki.

Dalibóg. Zabieram milczenie – słowo daję, a filozofowie niech dalej śnią i marzą.

Czesław Mirosław Szczepaniak

____

* Zastosowałem zasadę, jaką już sprawdzili poeci.

Pierwszy, Antoni Malczewski (1793−1826) w Maria. Powieść ukraińska (1825) pisał: Prosty jego był ukłon, krótkie pozdrowienie; (…).

Drugi, Edward Stachura (1937−1979). O tym wspominam [w:] Anegdota literacka. Część II, „Poezja. Miesięcznik” 1988, nr 5. Przypomnę, żeby Czytelnicy nie musieli peregrynować do Książnicy Karkonoskiej w Jeleniej Górze lub do Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Lwówku Śląskim.

Oto zdarzenie, jakie miało miejsce w sklepie monopolowym na Dolnym Śląsku, nad rzeką Piławą. Podczas Dni Literatury w Dzierżoniowie, lata 60. i 70. XX wieku, kilku poetów zrobiło składkę na alkohol. Zdecydowano, że kupna podejmą się Marek Wawrzkiewicz (rocznik 1937, ksywka Serce przepiórki) i Edward Stachura (przydomek Sted).

Stachura podszedł do lady i wyjąkał modlitewnie: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, poproszę trzy litry gorzały!

Poeta! − wykrzyknęła sprzedawczyni.

Pozostańmy przy polskiej literaturze pięknej, o zasięgu powiatu.

Kazimiera Iłłakowiczówna (1892−1983) – poetka, która napisała mnóstwo wierszy, krótkich i długich, w tomie pt. Szeptem (1966) zamieściła liryk pt. List do brata w Ameryce od Walerci ze wsi Maciejowiec pow. lwóweckiego

Piszę do Ciebie, Julku, bracie mój najstarszy,

wierszem, bo mi zwyczajnej mowy już nie starczy.

Może, jak piszę tą zwyczajną mową,

Ty czytać nie chcesz, milczeniem surowym

mi odpowiadasz, nie braterskim listem.

Skąd mogę wiedzieć… No tak, oczywiście,

pół roku miałam, kiedyś wywędrował.

Nie znasz mnie nawet… Byłam ładna kiedyś,

wyszłam za Janka… Potem różne biedy,

wędrówki takie, o jakich nie wiedzą

w szczęśliwszych krajach. Teraz tutaj siedzę:

pracę mam, jadło także, nic mi nie brakuje,

ale tęsknię… Ty, Julku, tęsknoty nie czujesz.

Przywykłeś tam. Ja widzę zawsze ten świat inny:

nasz wspólny dom, ten Twój i mój dziecinny.

Nic mi od Ciebie innego nie trzeba,

tylko byś wspomniał o nieznanej siostrze,

napisał do mnie, mój bracie najdroższy.

Nie milcz więc dłużej, adresuj odpowiedź

do Maciejowca w pobliżu Pilchowic

powiatu Lwówek. Czekam z utęsknieniem

chociaż słówko w Boże Narodzenie.

Całuję Ciebie, nie milcz już tak srogo.

Całuję Ciebie i polecam Bogu.

W całości cytuję, choć wiem, że poezją nie wyremontuje się mostu w Pilchowicach i nie ruszy pociąg szerokotorowy, co wiezie baśnie i wspomnienia, oraz garść mitów.

W wagonach siedzą Ci, co byli i odeszli, i współcześni. W przedziale z biletami, a Ci, co na gapę, stoją na pomostach. Wszyscy mają wilgotne oczy. Może od dymu, a może to łzy szczęścia?

Kolejowe stacje są wypucowane, a na peronach świeżość – witają kuracjuszy (dużych i małych).