Na miarę Wlenia (89)

1993 rok

Adam Mickiewicz w Panu Tadeuszu, Księga 11, Rok 1812 rozpoczął od śródtytułu Wróżby wiosenne. W pierwszym zdaniu westchnął: O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!

Idąc tropem wieszcza, zajmę się rokiem 1993, w którym to były dwa wydarzenia o charakterze lokalnym. Ba! Powiatowym. Miałem trzy głębsze oddechy: wiosenny, letni oraz jesienny.

1. 23 kwietnia 1993 roku odbył się II Memoriał Uliczny im. Michała Fludra. O godz. 15 w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury otwarto wystawę jego prac plastycznych. Podczas wernisażu wygłosiłem stosowną mowę. O tym wydarzeniu jest wzmianka: (gel), II Memoriał im. Fludra, „Słowo Polskie”1993, nr 96.

Po spotkaniu uzgodniłem z Januszem Szupszyńskim, dyrektorem M-GOK we Wleniu, że przyjadę z Antonim Chodorowskim do Wlenia i Lwówka Śląskiego. Umówiliśmy się na październik, kiedy przesunie się babie lato i zacznie się strip-tease drzew i krzewów. Jowialny brodacz się zgodził i dotrzymał słowa, ale tym będzie później, tj. w 3. cząstce. Póki co, odhaczę, niech będzie antycypacja.

2. Po latach nieobecności zdecydowałem się, ulegając prośbom profesora Zdzisława Szeląga, że przyjadę do miasta, w którym zawiązano mój pępek. Czyli do Grójca. Postawiłem warunek, żeby też zaprosić Antoniego Chodorowskiego, felietonistę rysunkowego, który potrafił narysować nawet pomysł od czapy. Taką miał dowcipną rękę, ale tylko do piórka, w innych sztukach nie osiągał biegłości.

Czym się kierowałem, podejmując taką decyzję? Oczywiście, że względami kumoterskimi, jak na całym świecie. Moja ciocia Wandzia mieszkała w Kobylinie, ponad 2 km od Grójca. Ponieważ chrzestna nie miała powodów, żeby się mną pochwalić, wykorzystałem wieloletnie zaniedbanie i zapadła klamka.

Latami do niej nie przyjeżdżałem, bo nigdy mnie rodzice nie zabierali. W Kobylinie byłem dopiero na początku lat 90. XX w. Tak się wzruszyłem tą wizytą, że napisałem wiersz pt. Ballada z przyciętymi lotkami, który znalazł się w spisie treści Zapiski i ballady (Warszawski Ośrodek Kultury dawniej Szpital Świętego Ducha, Warszawa 1992). Oto co wyszło z cienia ręki:

Ciocia ma dom piętrowy, sad i przechowalnię

Chyba jesteś słabym pisarzem − mówi − bo

nie widziałam ciebie w telewizji.

Wujek też dorzuca swoje: Gdybyś był dobrym

wierszokletą to usłyszałbym o tobie w radiu.

Rozmawiamy sobie w Kobylinie, za plecami sadów,

ciocia waży w dłoni jabłka na zachód,

wujek coś szepce o pogodzie i pieniądzach,

jest tak, jakby ktoś przyciął lotki ptakom, więc

pora zarzucić chlebak na ramię i… odejść bez gniewu.

Oczywiście, że ciocia z wujkiem nie wiedzieli o tym, napisałem pierwszy wierszyk o nich, wspominając Kobylin, wieś szlachecką z XVI wieku, w której znajduje się pałac z XIX wieku.

Ponieważ ludzie omijają poezję, więc nikt tego nie zauważył, jaki popełniłem liryk.

Latami do Grójca zapraszał mnie prof. Zdzisław Szeląg. Wykręcałem się jak mogłem. Do czasu. Z okazji „Dni Kwitnącej Jabłoni ´93” zostałem zaproszony na spotkanie autorskie. Organizatorom zaproponowałem, żeby pojechał ze mną Antoni Chodorowski, rysownik, karykaturzysta; nietuzinkowy talent. Pomyślałem – zrobię to dla cioci Wandzi, która bywa w Grójcu i czyta, co na mury przyklejają. Od klepsydry do plakatu. Niech się wujenka nacieszy chrześniakiem i opowiada kobietom z Grójca i Kobylina, i Janówka, jakiego ma krewniaka.

Antek zawiózł mnie do Grójca zielonym Polonezem Caro Plus. (O tym demonie mocy polskiej motoryzacji przeczytałem taką oto nie prawdę: Silnik pracuje głośno, co potęguje mizernie wyciszona kabina. Rozmawiać wewnątrz się da, choć nie jest to raczej atmosfera sprzyjająca recytowaniu poezji).

5 czerwca 1993 roku, w sobotę, kiedy przekwitły bzy i zaczęły rozkwitać jaśminy, ruszyliśmy trasą E 7 via Kopana (tu się wychowałem i zżyłem z… jabłoniami!). Zatrzymaliśmy się w parku, gdzie jest Regionalne Centrum Kultury, nieopodal dworca PKS. Na ścianie wisiał plakat, że w Czytelni CKR, ul. Józefa Piłsudskiego 3, o godz. 1500 odbędzie się rozstrzygnięcie XIII edycji ogólnopolskiego konkursu poetyckiego O Laur Jabłoni. Niżej zamieszczono informację: Spotkanie autorskie z Czesławem M. Szczepaniakiem i Antonim Chodorowskim. (O tym jest wzmianka z błędem w „Kurierze Grójeckim” nr 4).

Z tym spędem było jak z kamienia. Profesor miał do mnie pretensję, że nie przyjechałem sam. Na co odpowiedziałem, że powinni być zaszczyceni, że ich odwiedza taki gość jak Antek. Pamiętam, że długo szukano kluczy do czytelni. W końcu znaleziono zapasowe. Ledwo, co się zaczęło spotkanie, a pewna NN, starsza niewiasta, zapytała, czy może przeczytać swoje dzienniki. Proszę bardzo − powiedziałem. I czytała długo, ku przerażeniu organizatorów. Miała potrzebę zaprezentowania tego, co pisała w ukryciu. A kiedy skończyła, wziąłem kserokopie rysunków Antka i rozdałem je uczestnikom. Oglądali i robili dziwne (kwaśne) miny. Nie zauważyłem entuzjazmu, i w ogóle.

Po spotkaniu Antek nalegał na mnie, żeby organizatorzy przesłali obiecane honorarium. Żeby było zgodnie z umową. Na słowo.

W Grójcu jak to w Grójcu. Przyjęto nas wodą mineralną i słonymi paluszkami; po cichu liczyłem na krówkę Polską mleczną ze Spółdzielni Inwalidzkiej „Jedność”, w której – jak mawiano – połączenie tradycyjnej receptury z najlepszej jakości surowcami sprawia, że delikatny mleczny smak z nutką wanilii pozwoli Ci przenieść się w beztroskie czasy dzieciństwa.

Dobrze, że wzięliśmy ze sobą termos i kanapki trochę większe niż sznytki, bo głodni byśmy chodzili po mieście złotoustego kaznodziei z Grójca, szlachetki ks. Piotra Skargi. Bogaty Grójec ubogo nas ugościł. Mógłbym powtórzyć za francuską sprzątaczką: Niech sczezną artyści.

Strasznie mi było głupio, że w to wszystko wplątałem Antoniego z Chodorów. Wpadliśmy do moich rodzinnych stron, jak kasztan do kałuży − mówię.

Antoś spojrzał spode łba i zaczął mnie pocieszać: Nie martw się! Dowcipy o Grójcu są nadal aktualne!

3. W październiku 1993 roku wsiadłem z Antonim Chodorowskim do pociągu pospiesznego relacji Warszawa Wschodnia-Jelenia Góra. I zgodnie z zapowiedziami zjawiliśmy się we Wleniu.

Antek miał dwa wernisaże w Dolinie Bobru.

Z tej okazji wydano w technice xero katalog, w którym zredagowałem tekst pn. Ramka do portretu Antoniego Chodorowskiego [w:] Antoni Chodorowski, Rysunki. Galeria im. Michała Fludra, MGOK Wleń, Lwówecki Ośrodek Kultur, 1993

Podczas jesiennego spotkania wygłosiłem (krótkie) dwie mowy.

Dnia 15 października 1993 roku, w piątek, pojechaliśmy pociągiem do Lwówka Śląskiego, gdzie lud czekał na artystów. W Liceum Ogólnokształcącym spotkaliśmy się z młodzieżą – troszeczkę ich zdemoralizowaliśmy, bo życie daje nauczkę – a sztuka jest tylko dodatkiem. Były brawa i kwiaty. Czyli norma. Jak w szkole. A o zmierzchu odbył się wernisaż w Domu Kultury we Lwówku Śląskim, na którym wygłosiłem pierwszą mowę z papierowego zwoju:

Antoni Chodorowski słynie nie tylko ze śmigłego piórka, ale i z wielkiej siły. Gdziekolwiek się pojawi, to lubi się z chłopami wziąć na rękę. Dotychczas wszystkich położył. Nawet z Andrzeja Mleczki wycisnął śmietanę. Mój szwagier, który waży 130 kilogramów, też nie dał rady. Daniel Passent przed laty ostrzegał: Obdarzony niezwykłą siłą fizyczną (widziałem na własne oczy jak w pojedynkę przenosił pianino z pokoju do pokoju…

Podczas ślubu córki przez całe wesele podrzucał do góry plastyczkę z Holandii, która zwierzyła Mu się na uszko, że waży li tylko 120 kilogramów. W Kraju Tulipanów, czyli perwersyjnych kwiatów, swoim wyczynem wywołał podziw. Na zdjęciach zbiorowych widzimy Antoniego najczęściej z kobietami. Nie ma baby, żeby nie udźwignął, ani chłopa, żeby nie położył na rękę. Nie tak dawno Agnieszkę Osiecką uniósł do sufitu. A przecież Autorka szlagieru Małgośka, oj, głupiaś ty nie należy do wagi muszej. Ba! Jest cała dokumentacja fotograficzna w wyczynach siłowych Antoniego. Ostatnio to nawet wciągał kobiety na krzywe drzewa. I żadna z dam do tej pory się nie skarży, że zrobił jej krzywdę.

Swoich przeciwników Antoni traktuje bardzo czule. Wystarczy, że się z nimi serdecznie przywita. Z góry wiadomo, że podanie ręki skończy się wizytą u chirurga.

Oczywiście, że tej swojej krzepy nie wykorzystuje na darmo. Tylko w wyjątkowych sytuacjach przypomina sobie do czego służy mocna ręka i pasek od spodni.

Po spotkaniach zaprosił mnie dyrektor Domu Kultury. Poszedłem do jego gabinetu.

Proszę pana, ile mam panom zapłacić za spotkania? – zapytał.

Proszę do zwrotów kosztów podróży dorzucić tyle, co dla honoru domu – odpowiedziałem.

W takim razie niech będzie średnia krajowa…

Pani księgowa wypłaciła nam sporą gotówkę, więc ożywieni wróciliśmy do Wlenia. Nie liczyliśmy, że zarobimy w ciągu jednego dnia tyle, co inni muszą tyrać przez miesiąc.

Wystarczy być ździebko oczytany, żeby westchnąć: Eviva l’arte. Czyli mówiąc po polsku – niech żyje sztuka. Kazimierz Przerwa-Tetmajer (1865−1940) trafnie o tym pisał, więc zacytuję: Evviva l’arte! Niech psie brzuchy / nędzny filistrów naród! / My, artyści, / my, którym często na chleb braknie suchy, / my, do jesiennych podobni liści, / i tak wykrzykniem; gdy wszystko nic warte, / evviva l’arte!

Drugą mowę wygłosiłem w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury we Wleniu, 17 października 1993 roku, w niedzielę, przed godz. 13:

Przed wernisażem Antoniego Chodorowskiego w Galerii im. Michała Fludra należy już na wstępie powiedzieć, że po raz drugi dochodzi do spotkania Michała z Antonim. W 1988 roku po raz pierwszy się spotkali. A wszystko zaczęło się tak. Pod jesień przyjechał do mnie Michał. Zupełnie przypadkowo poszliśmy na wernisaż Antoniego Chodorowskiego w Galerii „U” na Ursynowie, przy ul. Zamiany 16, na parterze. Michałowi przypadły do serca rysunki Antoniego. Nie mógł się od nich oderwać. Kto znał Michała, ten wie, co to znaczyło, gdy na dłużej się Michał zatrzymał. Po wernisażu, kiedy rozdzwoniły się kieliszki i zaczęto chrupać słone paluszki, podeszliśmy do Antoniego. Pogadaliśmy. Zapaliliśmy sobie papierosa. Elegancko było! Gdy odszedł Antoni, nie omieszkałem powiedzieć do Michała, wskazując na Antoniego przydeptane buty, za długą marynarkę, że oto tak wygląda najelegantszy mężczyzna na Ursynowie.

Snuliśmy plany, żeby kiedyś zaprosić do Wlenia Antoniego z całą rodziną, kotami, psem. Słowem: z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Śmierć zabrała Michała. Wszystko runęło i zwaliło się z nóg.

Kiedy pracowałem nad wydaniem Zapisków wleńskich − Antoni wykonał mi okładkę. Potem jak przyszło do redagowania katalogu Michała, także mnie dopingował. A byłem wtedy bardzo wycieńczony. Tylko Antoni Chodorowski i Franciszek Maśluszczak umacniali mnie, żebym nie poniechał nadziei.

To, co Michał zaczął, próbowałem wykończyć.

I to co miało być, wreszcie się stało.

Jest z nami Antoni Chodorowski.

Wystawa jego rysunków jest jak klucz ptaków na jesiennym niebie. W tym odlocie odnajdziemy nutkę melancholii i wesoły smutek, że jednak nie jest tak źle w tej Kochanej Polsce.

Nie będę mówił o rysunkach Antoniego Chodorowskiego. Nie pisnę słówka o Jego życiorysie. Po co płoszyć uśmiech? Kto ma oczy, niechaj patrzy.

Przyjechaliśmy w gości do Kasztelanii Wleńskiej, a także do Lwówka Śląskiego.

Ja wziąłem ze sobą trochę wspomnień wleńskich, a Antoni garść rysunków. Wzięliśmy to, co w nas najlepsze, żeby czasami ktoś z Wlenia nie powiedział, że przyjechaliśmy z pustymi rękami …

I to by było tyle, jeżeli chodzi o wleński październik 1993 roku, z krótkim pobytem w Lwówku Śląskim. Oczywiście, że wpadliśmy na Górę Zamkową. Janusz Szupszyński zrobił mi pamiątkowe zdjęcie w alei grabowej. Jak idę oraz jak się oddalam. Pamiętam, że jak patrzyłem na Antka i Janusza, to pomyślałem sobie, że obydwaj wyglądali jak kowale (losu).

Janusz Szupszyński (1946−2019)

W trakcie pisania tekstu pt. 1993 rok robiłem kwerendę internetową. A potem cyzelowałem wspomnienie jak korektor, bo czas już wykreślił z listy obecności tyle osób, że człowiek jest zmieszany i w radości topnieje, jak pisał Antoni Malczewski (1793−1826) w Marii. Powieści ukraińskiej.

Janusz Szupszyński był z dystansem, skory do zadumy i krótkiego dowcipnego wtrętu. Nie odsłaniał się, a jeżeli już, to rąbkiem; strzegł tajemnic, choć lubił dociekać i pytać.

Kiedy go spotkałem po raz 1. był dyrektorem M-GOK we Wleniu. Na ścianach wisiały minerały skałotwórcze. Popatrzyłem. Janusz zerwał się z krzesła i zdjął eksponat. I dał mi na pamiątkę.

Jakby z lekka się otworzył.

Dowiedziałem się, że jest poszukiwaczem i kolekcjonerem minerałów, oraz instrumentów muzycznych. Był działaczem Sudeckiego Bractwa Walończyków, regionalistą i nie za głośnym muzykiem.

Jego kolekcjonerskie przygody zaczęły się od tego, że podczas imienin u kolegi odkrył na szafie stare, zniszczone skrzypce, wykonane przez niemieckiego lutnika z pierwszej połowy XX wieku: Kiedy wziąłem je do ręki, wróciły wspomnienia ojca grającego na gitarze i mnie, akompaniującego na skrzypcach. Było to tak silne przeżycie, że odkupiłem od przyjaciela ten sfatygowany instrument, zabrałem go do domu, wyremontowałem i przywróciłem do dawnej świetności. Potem kupił skrzypce od Cygana, zaś trzecie skrzypce wymienił za serię znaczków pocztowych. W jego kolekcji znajdowało się 45 skrzypiec, a wśród nich ośmiostrunowe skrzypce, zwane herdengami, to dzieło lutnika amatora z Jeleniej Góry, Jakuba Gryglickiego. W zbiorze są m.in.: kolekcja fletów afrykańskich, europejskich i amerykańskich, oraz wiedeńska lutnia barytonowa i gitara basowa z dwoma gryfami. Oczywiście, że na tych instrumentach potrafił zagrać. Tak opowiadali ludzie, więc – nie sprawdzając – powtarzam. Marzył, żeby zdobyć lirę korbową typu francuskiego i dudy irlandzkie lub szkockie albo wielkopolskie.

Poza tym poszukiwał szlachetnych kamieni. Należał do grona inicjatorów lwóweckiego „Agatowego Lata”.

Był fotografem.

Nie ukrywał, że bywa Walończykiem. Często można było go spotkać w Karpaczu w Starej Chacie Walońskiej, siedzibie bractwa, spadkobierców średniowiecznych mistrzów w dziele wydobywania i przetwarzania bogactw naturalnych, rud żelaza, metali, kamieni szlachetnych i kwarcu.

W 2003 roku w Wąsicach zdobył tytuł Mistera Wąsa 2003, o 0, 5 cm pokonał reprezentanta gospodarzy. Po wyborze pocieszał tuziemców: Wąsy nie należą do podstawowego wyposażenia oprawcy walońskiego. Nasz strój to czerwona szata, żeby być widocznym w górach i porządny skórzany kapelusz, żeby spadające w górach kamienie nie zrobiły nam krzywdy.

Jak się później okazało, wąsy Janusza, ukryte w gęstej brodzie, mierzyły 14 centymetrów (od nasady nosa do najdłuższego włosa wąsa).

Byli i odeszli: Michał Fluder (1945−1989), Antoni Chodorowski (1946−1999), Andrzej Górecki (1950–2020), Janusz Szupszyński (1946−2019) i prof. Zdzisław Szeląg (19322011), urodzony we wsi Ochmanów koło Wieliczki, która dzieli sól z całym światem.

Mogę za Kazimierą Iłłakowiczówną (1892−1983) powtórzyć: Zapomina człowiek w kieracie, w pośpiechu, w walce, w motłochu, / kogo nad życie wyróżniał, kogo i za co kochał; / zapomina człowiek we śnie, gdy popiół na powieki się sypie, / do kogo niedawno tęsknił tak bardzo, kiedy zasypiał.

Wydłuża się aleja wspomnień – czas ponagla przemijanie, a zapomnienie wpada w pamięć; porzucić życia szkoda.

Nie wiemy, że to odejście… / Wesoło wychodzi ktoś z bramy, / los zasuwa nad nami rygle / i – już więcej nie wracamy.*

 

Czesław Mirosław Szczepaniak

PS

Tadeusz Franciszek Machnowski (4 X 1937−30 VIII 2020)

30 sierpnia 2020 roku, w niedzielę, we Wrocławiu, zmarł poeta i prozaik Tadeusz Machnowski, urodzony 4 października 1937 roku we wsi Ostrykół Dworski koło Różana, powiat Ostrów Mazowiecki. Od lat związany z Ostrołęką i Grupą Literacką „Narew”, do której należeli m.in. Dionizy Maliszewski (1931−1987), Alfred Sierzputowski (1937−2015). W latach 1966−1989 roku w jej skład weszli m.in. Edward Kupiszewski (1940−2000), Czesław Parzych (ur. 1938), Henryk Bender, Bogusław H. Fedorowicz (1946−2008), Irena Knapik-Machnowska, Leszek Bakuła (1930−1997), Mieczysław Czychowski (1931−1996), Stanisław Kałucki.

O nim napisałem w 1973 roku swój pierwszy długi wiersz pt. Czy Tadek Machnowski znalazł miejsce, gdzie na dłużej zagrzeje? (Przepowiem źródła. Almanach literacki młodych. Ośrodek Mazowiecki Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy przy ZSMW, Warszawa 1976).

Dwa razy wyróżniłem go w lirykach. W debiutanckim tomiku Mieliśmy Białe ściany (Wyd. Iskry, 1977) zamieściłem liryk *** w roku 1974 na jesień, po wykopkach, zaś w drugiej książce Przerwane wiersze (Wyd. Iskry, 1981) też jest o nim wzmianka (*** Iść do pegeeru trzeba – na). Kilka razy przywoływałem w prozie jego imię i nazwisko.

Tadzio przeżywał życie – czas go zaniedbywał. Szedł za głosem serca, więc słyszał, jak biją myśli. Widział, że ideały są (mało)praktyczne. Że im bardziej się czegoś docieka, dochodzi się do źródeł, a nie do bieżących ścieków. Wiersz dla niego był tarczą przed czyhającą nachalnością. Dzięki literaturze pięknej utrzymywał się na powierzchni, nie tracił kontaktu. Jakiej to był miary wierszokleta, odpowie jego mowa wiązana pod trzema gwiazdkami (***): Ja tutaj tylko przejezdny / nie wyróżniony przez róże / więdnę na stacjach międzygwiezdnych / rozwijam się uśmiechami w podróży // zarosły swojskim krzewem na łące / widzę spadanie świateł meteorów / razem z roślinami roszę się i pocę / a rankiem zachodzę sokami pod korę.

Był ode mnie starszy o 16 lat. Spora różnica, choć tego nie było widać. Kiedy po raz 1. go spotkałem w PGR Pawłowice koło Tarczyna, między Kopaną a Kawęczynem, miał 33 lata. Robił wrażenie człowieka przystępnego, raczej słuchającego, mogę powiedzieć – lekki mruczek. Jak się mówiło, to zamieniał się w słuch i rozważał. Marszczył brwi, lekko odchylał głowę i starannie odpowiadał. Dziwił się ździebko. I mrugał powiekami, tak śmiesznie, jak chłopczyk, który ma w jednej kieszeni kamyczki i procę, zaś w drugiej długopis i kartkę wyrwaną ze szkolnego zeszytu – tak na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, kiedy poczujemy apetyt na wiersz.

Tadeusz Franciszek Machnowski – poeta, Kurpś.

Na wieki spoczął na cmentarzu komunalnym Oddział Osobowice we Wrocławiu przy ul. Osobowickiej 47−59; Pole 54, 1 od Alei Głównej.

Został jak pointa w kruchym wierszu pt. Mauzoleum: a ziemia kościom wierności dochowa / ostry żal w pamięć łagodną się zmieni.

Jeszcze o Lwówku Śląskim

W papierach znalazłem dwie wzmianki o 1993 roku, w którym to, jak trzmiele chodziliśmy po ziemi przepasanej wstążeczką rzeki Bóbr.

Przed wernisażem w Lwówku Śląskim pojawił się nadkomisarz mgr Zdzisław M. (zastępca komendanta) i wcisnął nam swoje wizytówki ze zdjęciem, adresem służbowym i prywatnym. Antoni Chodorowski wyjął ze swojej czarnej torby druczek i wydarł swoją wizytówkę, tj. rysuneczek jak siedzi na nocniku z niezapominajką.

Po wernisażu nadkomisarz Zdzisław znowu zdybał Chodorowskiego. Zapraszam pana na komendę. Wypijemy sobie kawę i pogadamy − powiedział.

Antoś koso popatrzył na policjanta i odrzekł: Tam to już chyba wymienimy się pałeczkami.

Poza tym ukazał się wywiad Wielki chłop, a takie lekkie piórko… Rozmowa z Antonim Chodorowskim − znanym warszawskim plastykiem, zaliczanym do grona najlepszych polskich satyryków. Tekst i zdjęcie: Daniel Antosik, „Nowiny Jeleniogórskie” 1993, nr 44:

Pański przyjaciel, poeta Mirosław Szczepaniak napisał o Panu: „Antoni Chodorowski słynie nie tylko ze śmigłego piórka, ale i z wielkiej siły (…) Nie ma baby, żeby nie udźwignął, ani chłopa, żeby nie położył na rękę (…) Nawet z Andrzeja Mleczki wycisnął śmietanę …” Ile prawdy jest w legendzie o Pana ponoć nieludzkiej sile fizycznej?

No, bez przesady… Ale możemy to sprawdzić… Idę o zakład, że jedną ręką powalę pana dwie, choćby nawet pomagały panu ze dwie albo trzy krzepkie osóbki. Spróbujemy? .. Poza tym wziąłbym dziś chętnie na rączki jakąś niewiastę…

* Ponieważ bose lato odchodzi, więc jest stosowna okazja, żeby przypomnieć jeszcze jeden z wierszy Emily Dickinson (1830−1886) w przekładzie

Kazimiery Iłłakowiczówny (1892−1983):

Lato minęło jak żal

nieznacznie, prosto,

tak że nie wyglądało to

wcale na podstęp.

Cisza przesiana przez zmrok

dawno kiedyś zaczęty.

Przyroda sam na sam z sobą

spędzająca przedwieczór święty.

Wcześniej zapadł zmierzch…

Ranek – jak obcy ktoś –

pełen grzecznego wdzięku wnet

odchodził, niechętny gość.

I tak, bez żadnych skrzydeł,

ni chwiania łodzi miękkich,

lato leciutko uleciało

ulatniając się w – Piękno.

 

Fot. Janusz Szupszyński, Aleja grobowa z Góry Zamkowej, październik 1993 roku. Obróbka komputerowa zdjęcia Paweł Szczepaniak.