Na miarę Wlenia (90)

REMANENT

Odra Opole, I liga

Uprzejmie proszę nie poprawiać tytułu, bo rzecz dotyczy lat 60. XX wieku, kiedy Odra Opole, podobnie jak Unia Racibórz, była na szpicy polskiej ligi piłkarskiej.

Klub miał dwa przydomki: Niebiesko–Czerwoni oraz Oderka. Lew był jego maskotką.

W 1954 roku Opolski Klub Sportowy awansował do ekstraklasy. W sezonie 1965/1966 zespół spadł do II ligi, ale w sezonie 1966/1967 piłkarze prowadzeni przez trenera Tadeusza Forysia powrócili do I ligi.

Dlaczego nagle piszę o Odrze Opole?

Otóż zimą, chyba 1967 roku, wychowawca z „Leśnego Dworu” Wacław Łazerewicz powiedział, że na boisku Pogoni Wleń trenuje zespół pierwszoligowy Odra Opole. Oczywiście, że z grupą poszliśmy zobaczyć tych, co byli na szczycie polskiego piłkarstwa. Zima. Murawa skuta lodem. Piłkarze w dresach, a ich filigranowy trener Tadeusz Foryś (1910−1987) w czapeczce z pomponem jak narciarz. Biega, krzyczy: Klose, Klose… Pan Łazarewicz mówi, że chodzi o Józefa Klose. Patrzymy i jesteśmy zachwyceni, liczymy, że może będzie sparing z piłkarzami Pogoni Wleń. Ale nic z tego.

W porze podwieczorku w sanatorium dla dorosłych mijamy się z piłkarzami, którzy wychodzą z autokaru, żeby skorzystać hydromasażu (i nie tylko!). Patrzyłem na zdrowych chłopów, wśród nich był napastnik Józef Klose, rocznik 1947, wzrost 171 cm oraz trener jak krasnal. (Józef jest ojcem Miroslava Klose, rocznik 1978).

To zdarzenie może wystarczyć za komentarza, jak Wleń leczył wszelkie bóle, kontuzje, urazy i zmęczenie. Przyjeżdżali goście z daleka. Mali do „Leśnego Dworu” , zaś dorośli do sanatorium głównego – tam była centrala, lub, inaczej, baza.

Pan naczelnik

O nim wspominam w Zapisku wleńskim (7).

9 listopada 1987 roku m.in. skreśliłem: W tle Ratusz się kłania pod rozczochraną brzózką / Pan Naczelnik jest zawsze niewyspany (…).

Z tym naczelnikiem Wlenia to była dziwna sprawa.

Idę z Michałem Fludrem ulicą Lipową albo Kościelną, i nagle ktoś jedzie traktorem. Wspaniały widok. Podjeżdża do nas kierowca ciągnika rolniczego i z gracją przystaje. Wyłącza silnik. Kłania się.

Co za maniery ma pan traktorzysta. Rzecz rzadko spotykana na polu albo na ściernisku; a w mieście to już w ogóle ledwo, co się w głowie mieści.

Michał mówi grzecznie: dzień dobry, panie naczelniku…

Witam pana naczelnika… − dodaję

A pan naczelnik Wlenia nie schodzi z traktora. Wystawia józwy (gumiaki) z kabiny. Poprawia beret. Coś gada do Michała, po czym zapuszcza silnik i naciska na gaz, zostawia dym za sobą. Ma świetne samopoczucie, jak chłop, któremu kwitnie interes.

Pamiętam, że z jego głosu i twarzy wyczytałem, że nie wylewa za kołnierz.

Poza tym zrozumiałem, jaką on zrobił karierę.

Rano był urzędnikiem-naczelnikiem, a po robocie chłopem z awansu.

Nie wiem, jak sobie poradził w czasach transformacji, po 1989 roku.

Pewnie został biznesmenem. A może politykiem lokalnym, co zawsze się gdzieś wciśnie i wie, jak spaść na cztery łapy. Dalej nie będę kluczył, żeby nie było, że piszę palcem na wodzie. Nie będę bobrował.

 

Gdzie zawiało ludzi w świat?

Zmyć się. Uprzedzam, że nie będę pisał o wodzie, mydle i innych detergentach. Dam sobie spokój z ciałem, oraz ręcznikiem.

Przypomnijmy sobie, jak Bartek, zwany Prusakiem (Pan Tadeusz. Rada, Księga siódma), który odbył wiele peregrynacji po świecie i nie ukrywa, że Ilekroć z Prus powracam, chcąc zmyć się z niemczyzny, / Wpadam do Soplicowa jak w centrum polszczyzny: / Tam się człowiek napije, nadysze Ojczyzny! .

Czyli do źródła, gdzie trzeba uklęknąć i garścią nabierać wodę, jak żołnierze Gedeona, a nie chłeptać jak pies.

Zapytam grzecznie: a jak się współcześni zmywają? gdzie się puszczają cwałem do polszczyzny?

Pytam i wcale nie żartuję.

26 listopada 2020 roku minie 165 lat od śmierci, zaś 24 grudnia 222 lat urodzin Adama Mickiewicza, który z języka polskiego uczynił coś więcej niż sztuka słowa.

Piszę, żeby ktoś mnie nie posądził, że umywam ręce, bo papier czeka – cierpliwie, choć nigdy się nie rumieni. Skreślam tę garść słów, bo jest mi głupio, choć jestem już w przedziale wieku 65+.

Tą skomprymowaną notę nie z@łapałem się na papierowy nośnik. Oto jak zareagowały polskie redakcje. Z obcym kapitałem. A tam, gdzie wysłałem, odrzucono.

Ludzi z wioseczek, małych miasteczek i miast zawiewa po całym świecie.

Obywateli z Wlenia można spotkać w USA, Anglii, Irlandii, Francji, Niemczech, Szwajcarii…

Ponieważ piszę w wirtualnej przestrzeni, może mieszkańcy Wlenia dadzą głos i poinformuję, gdzie mieszkają, w ten oto sposób powstałaby mapa miejsc z wleńskimi znakami.

Gdzie ich zaniosło, choć eufemistycznie się mawia – że porwał ich wiatr i zawiał tam, gdzie mogli sobie wybrać miejsce na życie. Ale pamięta się to, co było pierwsze w języku, którym do nich mówiła matka, ojciec, dziadek, babcia…

A więc – po kądzieli i po mieczu.

Ze skarbonki wspomnień

Kiedy Andrzej Górecki jesienią 2014 roku zapraszał mnie do współpracy z „Kurierem Wleńskim”, to się sumitowałem, bo czy wypada mi pisać i zabierać łamy tym, którzy Wleń znają jak własną kieszeń? A ja siedzę za górami, za lasami, za rzekami, na lewym brzegu Wisły, która ma płytkie koryto. Potem przyszło opamiętanie. Andrzej był ode mnie ździebko starszy, więc młodszy powinien starszego słuchać, żeby nie błądzić. W czasie tej rozmowy telefonicznej, rzecz jasna, mój starszy koleżka z Góry Zamkowej, prosił, żebym coś o sobie napisał. Było to trudne wymaganie, bo gdybym podał arytmetykę bibliografii adnotowanej, to „Kurier Wleński” jest na 150. pozycji w wykazie czasopism, stacji radiowych i telewizyjnych, gdzie zamieszczałem teksty. Zawsze pisałem tak, że miałem na myśli Czytelnika, który jest ode mnie mądrzejszy i bardziej komunikatywny. Piszę, bo nie wiem. Nigdy tego nie ukrywałem, że jestem niespełnionym dziennikarzem oraz niepraktykującym pedagogiem specjalnym. Otóż marzyło mi się latami, żeby pisać do gazety, którą by roznosili do wiosek i miasteczek. Ja wcale nie żartuję, więc hejterzy niech nie wypisują na portalach, żem stuknięty.

Przed laty, pisząc o Zagórzu, w którym trzy razy przebywałem w sanatorium neuropsychiatrii dziecięcej, i miałem trzy operacje, m.in. pisałem: W Zagórzu bym redagował dla /służby zdrowia gazetkę, żeby pracownicy /mieli w sobotę i w niedzielę co czytać. /Za symboliczną złotówkę bym pisał /o tym, co jest i co odeszło bezpowrotnie. (…) (Niespełnienie, z tomu Mimo że, wydano nakładem własnym, 2013).

Z Zagórzem koło Warszawy mi nie wyszło, bo nikt się stamtąd nie odezwał, choć dawałem nieraz głos. Minęły lata i nagle ktoś mnie z drugiej strony Polski zawołał. Z Wleniem poszło mi nie najgorzej, więc już nie można powiedzieć, że jestem fajtłapa. Ma się tego farta. Piszę o tym, żeby Ci, co tak się szybko załamują, robili w co wierzą i nie poniechali nadziei. W życiu tylko paradoks jest pewny. Dalekie bywa bliskie. Pod warunkiem, że staramy się iść przez życie przyzwoicie. Masz prawo do błędów. Poucza polskie przysłowie: Kłamstwem daleko zajdziesz, ale nie powrócisz.

Wleń, który noszę w pamięci jest z XX wieku. Nie będę ukrywał tego, że za mną murem stoją li tylko wspomnienia, oraz dwóch Jędrusiów – Górecki i Jaśkiewicz. Wystarczy.

Bóbr

Rzeka Bóbr ma długość 272 kilometrów (270 km w Polsce i 2 km w Czechach). Płynie przez dwa województwa: dolnośląskie i lubuskie. W okolicach Krosna Odrzańskiego uchodzi do Odry.

W latach 60. XX wieku rzeka wydawała nieprzyjemny zapach. Miała lustro wody, ściekiem przetarte, że wszystkie w niej pomarły ryby, a o rakach nikt już nie pamiętał. Kąpiel w Bobrze kończyła się wysypką na skórze, jak pokrzywka. Na obu jej brzegach zlokalizowano fabryki papieru na Dolnym Śląsku, w których wytwarzano tektury, oraz materiał na oprawy introligatorskie, opakowania dla potrzeb budownictwa, przemysłu odzieżowego, a nawet do wyrobu skrzynek pocztowych lub walizek. Takie zakłady uruchomiono m.in. w Bardzie, Jałowcu, Jedlinie, Końcu Świata, Kościelniku, Miłkowie, Mroczkowicach, Nowej Ziemi, Pilchowicach, Przejęsławiu, Osiecznicy, Pieńsku, Szalejowie Górnym, Stojkowie, Starej Olesznie i Wrocławiu (2 zakłady). Produkcję tektury podejmowano również w wielu papierniach, a niektóre z nich z czasem całkowicie przestawiły się na wytwarzanie tego wyrobu.

Pani Stefania Krawiec, 28 sierpnia 2019 roku, napisała na portalu redagowanym przez Andrzeja Jaśkiewicza: Dobry gospodarz nie pokazuje bałaganu, a mamy co pokazać w naszym gródku i nie wiem czemu takie oburzenie. Mieszkam tu 55 lat i faktem jest, że miasteczko było inne, ale rzeka to był cuchnący ściek, na mojej ulicy wiosną trudno było otworzyć okno, wszystko się zmienia, a Wleń i okolice warto zwiedzić mimo wszystko.

Oto, jak się zmieniło lustro wody w Bobrze.

Po dawnej świetności papierniczej mam teczkę biurową, format B4 (250×353) z wkładem kalki kreślarskiej; cena detaliczna 480. – zł, wyprodukowana przez Karkonoskie Zakłady Papiernicze, Zakład Kartonaży i Tektury w Jeleniej Górze.

Pergamin planowałem wykorzystać w książce, jak w dawnym albumie filatelistycznym.

Jorge Luis Borges (1899−1986) pisał: (…) Noce pustyni mogą być zimne, ale ta była ogniem. Śniło mi się, że jakaś rzeka Tesalii (której wodą zwróciłem złotą rybę) przybywała mnie wykupić; słyszałem, jak się zbliża po czerwonym piasku i czarnym kamieniu; chłód i uporczywy hałas deszczu obudziły mnie. (…) (Nieśmiertelny).

Nie śnił mi się Bóbr. Pamiętam spienioną rzekę, czuliśmy jej fetor, szczególnie o szarej godzinie. Na brzegu nie było ani jednego wędkarza.

Piszę jak było, więc jej nie ubliżam. Po prostu tego nie da się opowiedzieć i opisać.

Nie zawsze ci, co mieszkają nad rzeką, pamiętają o tym, żeby w życiu nie być niedorzecznym.

Poezją mostów nie zbudujesz ani kładek, ale odważniej przez życie przejdziesz, nawet gdy los podstawi ci nogę.

Podobno w rzece Bóbr można już spotkać bobry. Samiec, jak mówią, porzuca rodzinę latem, a powraca jesienią. Niby rozwiązły, a jednak związany.

 

Z dzieciństwa Bóbr zapamiętałem, jak rzekę z bieżącą brudną wodą. Współcześni zapewne zachowają wspomnienia czystsze, co nie chlapią.

 

 

(Na szczycie) z aleją grabową

Pan dr Jerzy Kalinowski dyskretnie przesłał do wleńskiego portalu e-mail z pytaniami w sprawie alei grabowej z Góry Zamkowej. Ponieważ nie prowadzę korespondencji listowej i elektronicznej, bo już nie to zdrowie (samopoczucie), więc wracam do listu, pisanego 16 marca 2020 roku, w poniedziałek, godz. 01:29.

Panie Mirosławie,
W 2017 r., w Pańskich Zapiskach Wleńskich szukałem śladów znajdującej się
przy pałacu Lenno alei grabowej o tzw. sklepieniu kołyskowym (franc. Voute
en bercau). Wtedy wydało mi się, że o alei nic nie znalazłem, choć graby
pojawiały się w opisywanym przez Pana pełnym drzew, kolorowym pejzażu
Wleńskiego Gródka u stóp Góry Zamkowej.
Lubił Pan te „wykręcone w pniach” drzewa , „za ich silne ramiona”…
Ale o alei nic nie było.
I dopiero teraz, po trzech latach, kiedy „zawiało mnie” znów do Pańskich
Zapisków, nareszcie znalazłem!

Przecież w Zapisku Wleńskim (9) [4], to nie o „alei grobowej” Pan pisze, ale
właśnie o alei grabowej, „za plecami buków i tulipanowca”, przy pałacu Lenno,
pod basztą zamkową.
Oczywiście mogę się mylić.
Byłbym jednak wdzięczny, gdyby Pan dał mi znać, czy moja aleja grabowa
rzeczywiście zabawiła się w chowanego i ukryła się pod „aleją grobową”  w
tekście, który otrzymałem od Pana.
(…)

Wszystko się zgadza.

Istotnie w tej małej alejce, bo chyba tak należałoby napisać, nieraz siedziałem na ławeczce bez oparcia. I to mi zupełnie wystarczyło. Było nagrodą, że doszedłem w pół drogi do baszty.

Pod jesień w alei grabowej zatrzymywałem się na dłużej. I było coś, co spotkać można w prozie zapomnianego polskiego pisarza Andrzeja Kuśniewicza (1904−1993): (…) Wszędzie dokoła pokłady liści objętych procesem leśnych śmierci – gniciem, butwieniem, rozkładem. I dominujący, zwycięski zapach świerczyny. Ona jednak nie umiera na zimę, zachowuje zielone igły: można mówić o zielonym śnie, nie o zgonie (Lekcja martwego języka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1977). Rzecz dotyczy regionu Karpat, ale to nic nie zmienia, bo jest uniwersalna jak w Sudetach, konkretnie w Karkonoszach, we Wleniu, tu gdzie byłem: (…) kolor biały przechodził w jasnopopielaty: tak wyglądają pnie buków, jakby polakierowane. Gładkie całe ich rzędy, tłum młodych buków z rudawymi grzywami jeszcze nie opadłych resztek liści. (…).

We Wleniu na Górze Zamkowej rosną stare buki, które o zachodzie słońca rzucają srebrem zmierzchu, co nadciąga. Nie wiedziałem, że gdy na dworze siarczysty mróz, aż od niego pękają pnie buków i stękają świerki, lub taka zawierucha, że świata nie widać i może się wydawać, że nie ma gór, tylko biała bezkresna równina kręcących się płatków, (…).

Ursula K. Le Guin (1929−2018), amerykańska pisarka, w opowiadaniu Malafren, schyłek dnia trafnie skreśliła, więc z jej końcówki wynotuję antycypację wiatru, co pachnie nocą: Blask miedzianego zachodu słońca leżał jeszcze (…) na zgarbionej górze (…) na szczycie (…) wysoko na zachodzie (…) a w powietrzu unosił się zapach zmierzchu [Ursula K. Le Guin, Cała Orsinia. Malafrena. Opowiadania i piosenki, Pod redakcją Briana Attebery’ego. Przełożyła Agnieszka Sylwanowicz, Wyd. Prószyński i S-ka, 2019].

Rozważałem w tej alei o świerkach, co były szpicem „Leśnego Dworu”. Ponieważ nie noszę zegarka, więc czas mnie nie ponaglał. Kiedy zmierzch nadciągał, jeszcze przed szarą godziną, schodziłem do miasteczka.

Niby siedziałem na górze, a byłem u jej podnóżka, po południowej stronie, jak się zeszło w dół, w kierunku rzeki Bóbr. Przesiadywałem na kamiennych ławach, paliłem papierosy, zwilżałem usta kawą z termosu, patrzyłem jak na wietrze falują grabowe liście. Wypisz – wymaluj jesień, z odrobiną mgły i szronu, i przemijania. Z błotem oraz deszczykiem, co zrywał liść za liściem i do ziemi przyklejał. Jak znaczek do widokówki/koperty. Przemijania już się nie dało zszyć babim latem, niestety.

 

Kronika

Tak nazwano księgę, jaką prowadzono przez lata przez dzieci, nauczycieli i wychowawców z sanatorium PKP „Leśny Dwór”. Była to istna kopalnia wiadomości z życia Leśnego Bractwa. Zamieszczano w niej zdjęcia, rysunki, wypowiedzi o charakterze wspomnieniowym, oraz ciekawostki i żarciki. W sanatorium wydawano nieregularnie gazetkę „Leśne Ludki”, pod kierunkiem Danuty Czopowicz, w opracowaniu graficznym i plastycznym Michała Fludra.

Z kroniki przepisałem sobie kilka historyjek z cyklu Zdarzyło się w „Leśnym Dworze”. Oto wyimki:

Przyjechaliśmy do sanatorium by się leczyć na głowę bo na nogi już za późno, a co dopiero mówić o kręgosłupie.

Na ćwiczeniach wyciągali zemnie 7 poty do kwadratu, które były potęgowane. Ale po tygodniu dowiedziałam się że to jest tylko rozwinięcie. Mieliśmy codziennie dużo wycieczek, które były do siebie trochę podobne odbywaliśmy je samodzielnie ponieważ chodziliśmy z pokoi do ubikacji na odwrut.

Pan Fluder miał zawsze chumor i było fajnie, ale gorsze było to, że ten chumor nie miał chumoru.

Pan Kamiński nie miał chumoru i było fajnie ale gorsze było to, że ten złu humor jeszcze krzyczał.

Pani Ela pięknie pisała uwagi i było fajnie ale gorsze było to, że każda uwaga straszyła pana kierownika.

Pan kierownik pięknie pisał uwagi i było fajnie, ale gorsze było to że każda straszyła panią Elę.

P.S. Zmora

Na początku było fajnie. Najgorsze przyszło z gimnastyką – wykończyła niesamowicie. Co sobotę biegaliśmy do warzenia. Pod koniec turnusu wyższy byłem o 3 cm i 6 mm. Druch Kamiński miał zawsze humor „na łańcuchu” – chyba bał się, żeby mu nie uciekał. Gdy zdarzyło się, że uciekł, to szukaliśmy go wszyscy w łóżkach.

Mariusz Kulik

Jak sanatorium, to sanatorium. Przyjechałem tu, bo nie miałem innego wyjścia. (…) Pilnują nas tu jak przedszkolaków.

Jak druch Kamiński krzyknie, to od razu jakby makiem zasiał. Trzeba chodzić jak w zegarku, bo inaczej uwaga. Druh Fluder łagodny, nie krzyczy, da się z nim wytrzymać. (…) Na konie[c] całe grono pedagogiczne przepraszam za moje zachowanie.

Janusz Konopka

Cytuję jak leci (expressis verbis), żeby oddać ducha dzieci i przy okazji pokazać, jak trudnym językiem jest język polski: ortografia, interpunkcja i znaki przestankowania.

Ileż to człowiek w swym życiu zrobił błędów, które potem poprawiał. Uchybienia są po to, żeby po latach zobaczyć, jakie zrobiliśmy postępy, jak się nasza myśl rozwinęła – od kwiatów do owoców.

Nie ma co tragizować!

Dbajmy o czyste dzieciństwo i młodość, żeby nie było jak brudnopis. Czuwajmy, aby starsi go nie zbrukali.

Kończę, bo zaczynam się wymądrzać.

Czesław Mirosław Szczepaniak

Dzieci i wychowawcy z „Leśnego Dworu”, lata 60. XX wieku. U góry, od prawej strony, stoję na ławce, obok mnie wychowawczyni Stanisława Kozłowska, dalej Andrzej Szewczyk, i duży chłopiec, którego nie rozpoznaję. Ta młoda niewiasta z włosami zaczesanymi i spiętymi w kucyk, to chyba wychowawczyni Waszkiewicz, o której Michał Fluder pisał w liście z 15 października 1970 roku: Co u nas słychać [?]! Są pewne zmiany personalne!

Odeszła od nas p. wychowawczyni Waszkiewicz. Nareszcie wydała się za pewnego naukowca z Wrocławia i powiła mu już wspaniałego syna. Obecnie pracuje w Zakładzie dla Niewidomych. Na jej miejscu mamy młoda panią (mężatkę), która jakoś pracuje, ale ja przewiduję, że w niedługim czasie zwinie żagle i opuści „Leśny Dwór”. A p. [Stanisława] Kozłowska przeszła do gr.[upy] dziewcząt (a była dopiero u maluchów) (…).

 


Obróbka komputerowa zdjęcia Paweł Szczepaniak.

%d bloggers like this: